niedziela, 27 grudnia 2015

Pangandaran cz. I - czyli jak dostaliśmy się w Dobre Miejsce.

Bardzo szybko mieliśmy dość sporego miasta jakim jest Bandung, zdecydowaliśmy ruszyć nad morze żeby od niego odpocząć. W zasadzie bez większego powodu zdecydowaliśmy się jechać do Pangandaran, miasteczko leży nad morzem. więc powinno zapewnić możliwość wypoczynku, może nurkowania, a na miejscu chcieliśmy się rozejrzeć za lokalnymi atrakcjami. No ale najpierw trzeba było spędzić ładnych kilka godzin w autobusie, żeby się tam dostać. Droga jak zawsze obfitowała w piękne widoki, którym bardzo bym chciał zrobić zdjęcie, jednak brudne szyby i prędkość jazdy nieszczególnie mi to umożliwiały.

czwartek, 24 grudnia 2015

Bandung - przez miasto i wokół miasta.

Przy Krakatau cieszyliśmy oczy indonezyjską prowincją, teraz przyszła pora, aby zobaczyć sobie jakieś miasto. Wybór padł na Bandung, nie to żeby było sławne ze swej architektury lub czegokolwiek innego, po prostu w okolicy znajdują się ciekawe miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, a żeby je odwiedzić to trzeba było najpierw do miasta dotrzeć i je oczywiście przy okazji pozwiedzać. Do Bandung wybraliśmy się całkiem dobrej klasy autobusem, znaczy wsiedliśmy do pierwszego, który podjechał i jakimś cudem okazało się, że podjechał wygodny i w miarę nie zdezelowany.

sobota, 19 grudnia 2015

U stóp Anak Krakatau.

Nareszcie nadszedł dzień, w którym mieliśmy zobaczyć Krakatau! Właściwie to jeszcze nie nadszedł, bo wstaliśmy o 3-ciej nad ranem i jeszcze było ciemno, spakowaliśmy swoje manatki i razem z resztą wycieczkowiczów załadowaliśmy się na łódkę. Na początku mieliśmy zamiar dzielnie siedzieć na pokładzie i obserwować wszystko wokół, ale jakoś nam się odechciało i większość rejsu przespaliśmy na plecionych matach pod pokładem. W okolicach wschodu słońca byliśmy już u wybrzeży Krakatau, właściwie to u wybrzeży Dziecka Krakatau. Pierwotny wulkan wyleciał w powietrze razem ze sporym kawałkiem okolicy, nieco później na jego miejscu wyrósł nowy, wciąż aktywny i to własnie do jego wybrzeża dobijaliśmy.

(Nowe wybuchowe maleństwo nadal rośnie w tempie 9 metrów rocznie, zabił do tej pory jedną osobę. Ustanowiono zakaz zbliżania się do wulkanu na mniej nić 3 km - Żywia)

sobota, 12 grudnia 2015

Sebesi - indonezyjska rafa koralowa z bliska.

Sebesi - tropikalna wyspa gdzieś u południowego wybrzeża Sumatry, wysepka będąca bazą wypadową dla chętnych, by zobaczyć wulkan Krakatau, ale również wysepka, wokół której można zanurkować na rafach koralowych. Jeszcze w Tajlandii słyszeliśmy o pięknie indonezyjskich raf koralowych, a teraz nadarzała się okazja żeby skonfrontować te opowieści z zastaną rzeczywistością. Zorientowaliśmy się tylko gdzie warto się zanurzyć i po chwili byliśmy gotowi na podbój podwodnego świata. Nasz kapitan twierdził, że najciekawsze rafy można zobaczyć wokół małej wysepki leżącej w pobliżu naszego noclegowiska, więc oczywiście postanowiliśmy to sprawdzić.

sobota, 5 grudnia 2015

Trzcinica 2015 - czyli o festiwalu słów kilka.

Jak co roku nie mogło nas zabraknąć na festiwalu historycznym Dwa oblicza w Trzcinicy. Na terenie skansenu znajduje się rekonstrukcja grodziska z wałami, bramami i chatami, położona na wzgórzu oraz park archeologiczny z dwiema wioskami. Jedna pokazuje zabudowania epoki brązu, druga słowiańskie z wczesnego średniowiecza. Jest też nowoczesny budynek z salami ekspozycyjnymi, kafejką i sklepikiem z całkiem nietandetnymi pamiątkami. Skansen powstał na miejscu dawnej osady jeszcze z czasów epoki brązu, stąd nazwa Karpacka Troja. Później nastąpiła przerwa w zasiedleniu tego obszaru, aż ponownie wzgórze upatrzyli sobie nasi słowiańscy przodkowie. Znaleziono ponad 160 tys zabytków z okresu funkcjonowania obu grodów, jak można wyczytać na stronie skansenu.

niedziela, 29 listopada 2015

Na Sebesi czyli pod palmami. Baza wypadowa na Krakatau.

Wczesnym rankiem 30 marca 2014 roku spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na pobliską przystań, żeby łapać statek na Sebesi, czyli wysepkę sąsiadującą z Krakatau. Trafiliśmy na dobry moment, przy pomoście bujało się kilka łodzi, a po nim przechadzało się trochę lokalnie wyglądających turystów i ludzi z załóg. Ktoś dowoził motorkiem jakiś towar pod burtę, grupa nastolatków śmiała się głośno. Nasze pojawienie się jak zwykle w tej części Indonezji wywołało małą sensację. Dość szybko udało się nam znaleźć kapitana jednej z łodzi i rozpocząć negocjacje. Pierwotnie planowaliśmy dostać się na Sebesi i tam szukać jakiegoś rybaka chętnego na wycieczkę. Kapitan zaproponował nam coś lepszego.

sobota, 21 listopada 2015

Kilka słów o tym jak przebijaliśmy się na Krakatau.

27 sierpnia 1883 matce Ziemi puściło się poważniejszego bąka, właściwie to największego jaki ludzkość odnotowała. Siłę wybuchu szacuje się dzisiaj na około 200 megaton trotylu, pyły wulkaniczne opadły na jakieś 70% globu, a fala sejsmiczna obiegła nasz glob 7 razy. Takie atrakcje zapewnił światu wulkan Krakatau znikając przy okazji z powierzchni globu wraz z kilkoma okolicznymi wysepkami. Wszystko to wydarzyło się w Cieśninie Sundajskiej znajdującej się pomiędzy Sumatrą i Jawą. Na miejscu starego Krakatau wyrosła nowa wysepka z aktywnym wulkanem o nazwie Anak Krakatau, czyli Dziecko Krakatau. Żywia uznała, że koniecznie chciałaby się na nią dostać, a ja nie śmiałem się takim planom przeciwstawiać. Nie tyle uznałam, ja od dziecka, kiedy w jakiejś książce przeczytałam o tej katastrofie, wiedziałam, że kiedyś koniecznie odwiedzę to miejsce. Już kiedy planowaliśmy podróż w tą część świata, wizyta na Krakatau to był dla mnie jedyny pewnik :) - Żywia.


piątek, 13 listopada 2015

Merak - czyli Indonezja poza turystycznym szlakiem.

Merak - miasteczko portowe na północno-zachodnim krańcu Jawy, punkt z którego można się w najprostszy sposób dostać na Sumatrę. Takie miasteczko, do którego każdy dojeżdża, od razu biegnie na prom i znika z niego po pół godziny, inaczej mówiąc miejsce wprost idealne żeby się zaaklimatyzować w nowym kraju. Do miasta dotarliśmy około 22-giej więc dość późno, wysiedliśmy na ostatniej stacji kolejowej na wyspie, rozejrzeliśmy się po zdezelowanym dworcu i postanowiliśmy odszukać jakiś nocleg. Tyle, że najpierw trzeba się było z tego dworca jakoś wydostać, nie bardzo było widać chodniki prowadzące na miasto, a nazywanie tego co było widać chodnikami zakrawało na spore nadużycie, znaleźliśmy więc jakąś ścieżkę, która poprowadziła nas wprost w betonowy płot. Na szczęście o płot była oparta jakaś drabinka mająca imitować przejście, widocznie myśl konstrukcyjna w Indonezji nie zawsze przewiduje budowę furtek lecz potrafi sobie potem poradzić w inny sposób z udrożnieniem komunikacji. Po przerzuceniu plecaków na drugą stronę i podążeniu ich torem wylądowaliśmy na jezdni.
Cała ta scenka musiała wyglądać jak z jakiejś dziwnej komedii, zwłaszcza z perspektywy zaskoczonych miejscowych. Wyobraźcie sobie, że oto z krzaków za ogrodzeniem wylatują na "chodnik" dwa plecaki, a zaraz potem wynurza się za nimi górna połowa mnie lustrująca teren, by za chwilę zeskoczyć a w ślad za mną wymemłany Mojmir :) Nasze drabinkowe dzikie przejście wychodziło akurat obok jakiegoś baraku, może był tam sklepik, a może typowa rodzinna knajpka warung, ale późnym wieczorem zebrało się tam kilkoro merakańczyków i aż na chwilę zaniemówili, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Aż parsknęłam z absurdu tej sytuacji :)


poniedziałek, 9 listopada 2015

Indonezja - pierwsze starcie.

Z Singapuru wyruszyliśmy samolotem w stronę Dżakarty, na pokładzie poza obiadem dostaliśmy do wypełnienia dwa druczki, jeden wizowy, a drugi dla celników, w którym mieliśmy zadeklarować czy przewozimy coś co według lokalnego prawa przewiezionym być nie powinno. Na druczku było na przykład pytanie o produkty roślinne, kolektywnie uznaliśmy z Żywią, że herbaty, które ma upchane w plecaku produktami roślinnymi absolutnie nie są, więc nie ma co deklarować. W samolocie spędziliśmy około 4 godzin oglądając debilne filmy i grając w szachy, nasz powietrzny pojazd był na tyle dobrze zaopatrzony, że każdy pasażer miał przed sobą ekranik i słuchawki ze sporą listą filmów, muzyki i gier do wyboru. Tak oto spokojnie i nieciekawie minęliśmy równik i po raz pierwszy w życiu znaleźliśmy się na południowej półkuli naszego globu.

czwartek, 29 października 2015

Singapur - czyli Światosław na nowoczesnej wyspie cz. II

Drugi dzień w Singapurze rozpoczęliśmy od wyspania się i spokojnego spakowania. Około 11-stej opuściliśmy definitywnie nasze luksusowe lokum. Żywia postanowiła, że pójdzie sobie na internet, ja uznałem, że przy innej okazji dowiem się co tam w Polsce i u znajomych, a zamiast tego pobiegam z aparatem po okolicy. Kolonialne uliczki ze swoimi kolorami i kolorytem były zdecydowanie bardziej interesujące. Czasu miałem sporo, a obiektów do sfotografowania jeszcze więcej. Tym razem zwiedziłem kilka buddyjskich świątyń, niezbyt wielkich, niezbyt starych, ale za to całkiem obficie okraszonych swastykami. Na uliczkach poza świątyniami stało też sporo prostytutek, okazało się, że pracują nie tylko wieczorami.

czwartek, 15 października 2015

Singapur - czyli Światosław na nowoczesnej wyspie cz. I

Nasza podróż wiodła nas wciąż na południe, tak jakoś wyszło, że na południe od Malezji, a przynajmniej jej kontynentalnej części znajduje się Singapur, czyli niewielkie miasto-państwo-wyspa + male wysepki, zamieszkałe w przeważającej części przez Chińczyków i będące zaraz po Japonii najbardziej rozwiniętym państwem Azji. Skoro mamy takie państwo po drodze to czemu by go nie odwiedzić, zwłaszcza, że stamtąd zamierzaliśmy lecieć do Dżakarty? Odpowiedź jest dość prosta, przez ceny. Drogo tam i nowocześnie czyli nieciekawie z naszego punktu widzenia. Dlatego też zdecydowaliśmy się na krótką wizytę w tym kraju, ot dwa noclegi i papa.

wtorek, 29 września 2015

Babie lato na Kaszubach.

Wrzesień w Polsce zazwyczaj obfituje w przepiękne zjawiska, by je dostrzec nie należy jednak wznosić wzroku w stronę horyzontu lub ku niebu, wystarczy spojrzeć pod nogi. W tym okresie pojawia się babie lato, czyli drobne pajączki cierpią na rodzaj biegunki przędnej i mają poważną nadprodukcję swojej nici, roznoszonej przez wiatr. Poza tym robi się już chłodniej, pojawiają się mgły, które opadają rankiem w postaci kropelek rosy osiadających na trawach, kwiatach i właśnie na pajęczynach. Pajęczyny wyglądają wtedy jak sznury z nanizanymi na nie przezroczystymi perłami, porównanie dość niepodobne do mnie no, ale prawdziwe więc go używam. (Zresztą wcześniej porównał babie lato do biegunki, więc drogi Czytelniku nie zasłodzisz się od nadmiaru poezji... - Żywia) 

poniedziałek, 21 września 2015

Święto Plonów 2015 w Białogrodzie.

English version at the end.

Wybraliśmy się tradycyjnie do pobliskiego Białogrodu na obchody święta Plonów organizowanego przez naszych znajomych. W ramach obchodów radosnego bądź co bądź wydarzenia - zbiory zebrane, bogate spiżarnie nie domykają się, a domowy zwierzyniec napasiony i tłuściutki - nasi gospodarze zorganizowali sporo konkurencji sprawnościowych. Nie załapaliśmy się na wszystkie, ponieważ trwały już od soboty rano, ale kibicowaliśmy podczas "biegu przez rżysko", rączy panowie ze słodkim balastem pod postacią niewiast musieli jak najszybciej przebiec wyznaczony dystans. Sposób pochwycenia balastu był dowolny :) Najbardziej rozbiegany okazał się Kvedulf niosący swoją żonę Iven.

piątek, 18 września 2015

Melaka - miasto neonowych riksz cz I.

Stolica szybko nam się znudziła więc postanowiliśmy się przenieść w nieco mniej zaludnione i podobno ciekawsze miejsce, czyli do Melaki. Żeby wydostać się tam ze stolicy musieliśmy dotrzeć na dworzec TBS, a żeby dotrzeć na dworzec TBS musieliśmy wsiąść do odpowiedniej kolejki. Żeby wsiąść do kolejki, musieliśmy się znowu zaopatrzyć w bilety. Bilet to żeton, który przykłada się do czytnika wchodząc do kolejki, a wychodząc wrzuca do otworu przy bramce. Warto to wiedzieć, żeby się przypadkiem od razu nie pozbyć żetonu, efekty mogłyby być całkiem zabawne, przynajmniej dla lokalnej policji. Sam dworzec TBS jest nowoczesny i bardzo rozbudowany, praktycznie każda firma przewoźnicza ma oddzielne okienka, w których można kupić bilet tylko na nią.


czwartek, 10 września 2015

Jaskinie Batu i inne atrakcje Kuala Lumpur.

Stolica Malezji z pewnością kryje w sobie wiele atrakcji, na pewno tak jest i wystarczy powtarzać to sobie odpowiednio często, żeby stało się prawdą. Niestety brak nam było dostatecznego zapału ku temu. Pierwsze kroki o poranku postanowiliśmy skierować na obrzeża stolicy do słynnych w szerokim świecie jaskiń Batu. Znaczy postanowiliśmy skierować kroki do autobusu, który zawiezie nas pod jaskinie, 13 km z buta jakoś nam się nie uśmiechało. Tu zaczęły się schody... Gdzie jest odpowiedni przystanek? Który autobus jest tym odpowiednim autobusem? Próbowaliśmy szukać sami, potem próbowaliśmy pytać. Za każdym razem uzyskiwaliśmy odpowiedź i za każdym razem była to odpowiedź inna niż poprzednia. Wystarczyło zaledwie pół godziny i ze 3 kilometry serpentyn i wracania się po własnych śladach, by dotrzeć na odpowiedni przystanek i wsiąść do autobusu oznaczonego jako U6.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Ulfowisko czyli żerkowska impreza prawie historyczna.

Jak zapewne nasi czytelnicy już zauważyli, preferujemy imprezy historyczne, które kładą jak największy nacisk na poziom rekonstrukcji. Lubimy poczuć klimat średniowiecza , którego nie psują pety i puszki z piwem. No ale... Jeśli impreza nie pretenduje do miana historycznej i doskonale sobie z tego zdajemy sprawę, wyżej wymienione przedmioty przestają razić i są odbierane jak zwykłe przedmioty przy zwykłym ognisku. Z taką sytuacją mamy do czynienia na Ulfowisku (nazwa używana póki co tylko przeze mnie, ale mam wrażenie, że się przyjmie). Chodzi o cyklicznie odbywającą się w lasach obok miejscowości Żerków imprezę towarzyską w konwencji historycznej organizowaną z okazji urodzin jarla drużyny Ulf Ragnarsson Hird czyli Ulfa Ragnarssona. "Impreza towarzyska w konwencji" chyba dobrze oddaje atmosferę wydarzenia, zapraszani są na nią drużynnicy i zaprzyjaźnieni rekonstruktorzy, by wspólnie potrenować i pobawić się we własnym gronie. To własnie towarzystwo, a nie rekonstrukcja jest na tej imprezie najważniejsze. Dlatego też nikt nie czepia się pomidorów ani papryki na kanapkach, osoby które nie mają pełnego stroju historycznego nie są z tego powodu wyrzucane na zbity pysk od ogniska ani nikomu nie potrzeba tarczy z desek. Oczywiście jeśli ktoś taką posiada to też nikomu to nie przeszkadza.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Na malezyjskiej plaży - część II.

Noc na plaży okazała się bardzo przyjemna, rano wypoczęci wypełzliśmy z namiotu, spakowaliśmy go i zaczęliśmy przygotowywać się do śniadania. Wtedy się zaczęło... Najpierw usłyszeliśmy hałas i pokrzykiwania, potem nastąpił atak! Pierwsza małpa rzuciła się na chleb, kolejna na mój plecak, za nimi szły następne. Ta od plecaka oberwała po rzyci, ale nawiała z zupką chińską, tej która chciała zwędzić chleb poszło trudniej, bo w tym samym momencie co ona, bochenek złapała Żywia i targały się z nim przez minutę. (To było najdziwniejsze i najbardziej komiczne wydarzenie w moim życiu. Ja trzymałam worek z chlebem za jeden koniec, a małpiszon wbijał pazury w drugi, patrząc sobie w oczy i jazgocząc przechodziłyśmy próbę charakterów... W końcu stwór odpuścił. - Żywia)

czwartek, 6 sierpnia 2015

W Tatrach - część III. "Wokół Morskiego Oka".

Na dziś miałem zaplanowane Rysy, najwyższy szczyt Polski, górę na której jeszcze nie byłem. Tym razem również... Obudziłem się wcześnie rano, otworzyłem oczy, do których dotarł po chwili obraz grubych i gęstych kropli padających za oknem, potem usłyszałem grzmot... No to sobie zdobyłem Rysy :/ Pech to pech, pogody nie przeskoczę, przekręciłem się na drugi bok i wróciłem do przerwanego snu. Ze schroniska wytoczyłem się około 9-tej rano. Już nie padało, było pochmurno, ale całkiem miło. Skierowałem się w stronę Morskiego Oka.

sobota, 1 sierpnia 2015

W Tatrach - część II. "Na Orlej Perci".

Już wczoraj wieczorem zastanawiałem się na co konkretnie poświęcić dzisiejszy dzień. Jakiś czas temu znajomek opowiadał mi o wyjściu na Świnicę twierdząc, że było ciężko. Przypomniałem sobie tą rozmowę przeglądając mapę. Skoro ciężko to pewnie i ciekawie. Decyzja zapadła, idę na Świnicę. Wstałem dość wcześnie, znaczy około 6.30 rano. Wpakowałem w siebie śniadanie, wpakowałem plecak ze zbędnymi rzeczami na górną półkę w głównej izbie schroniska, żeby sobie na mnie poczekał i z lekkim podręcznym plecakiem ruszyłem w drogę. Zapakowałem sobie do niego żarcie, tak na dwa dni, dwie butelki wody, ocieplacze, pałatkę przeciwdeszczową i kilka drobiazgów typu latarka i scyzoryk. Dobra... Podręczny plecak wcale nie był taki lekki, był po prostu lżejszy niż wczorajszy.

wtorek, 28 lipca 2015

Na malezyjskiej plaży - część I.

18 marca roku 2014 opuściliśmy hotel przy przystani w celu przedostania się na zachodni brzeg wyspy, a konkretnie gdzieś w pobliże Koralowej Plaży, przy której zamierzałem w końcu porządnie ponurkować w poszukiwaniu podmorskiego życia. Trzeba było tylko wykombinować jak się tam dostać z plecakami. Pieszo to by było kilkanaście kilometrów marszu i to jeszcze miejscami pod górkę, lokalny klimat jakoś mnie do tego nie nastrajał, różowa taksówka to znowu przynajmniej 30 RM, stan naszych finansów jakoś mnie do tego nie nastrajał. Więc co? Wymędrkowaliśmy, że można by wynająć gościa z motorkiem, z którym pojechałaby Żywia i plecaki, a ja sobie na lekko to kilkanaście kilometrów z przyjemnością (dyskusyjną) zrobię. Zostało tylko skuter z obsługą znaleźć. Popytaliśmy trochę i znalazł się odpowiedni pan, zaproponował nam albo dwa motorki, bo jak to na jednym, albo podwózkę osobowym autem za 20 RM. Ponegocjowałem trochę upierając się na Żywię z dwoma plecakami i jeden motorek, a stanęło na podwózce osobówką za 15 RM. Znośna cena. Dzięki temu dość wcześnie trafiliśmy na naszą plażę, przy okazji dowiedzieliśmy się, że na jednej z wcześniejszych plaż kiedyś znosiły jaja żółwie morskie, ale nie ma ich tam już od co najmniej 50 lat. Dojechaliśmy na miejsce we wprost idealnym momencie, słońce jeszcze nie wzniosło się za wysoko, było ciągle poniżej linii drzew i jego promienie tworzyły niesamowitą grę świateł przebijając się przez dżunglę.

czwartek, 23 lipca 2015

Wilczy Trop - Anno Domini 2015.

Doczekaliśmy się w końcu naszej ulubionej imprezy historycznej w roku, czyli Wilczego Tropu. Imprezy niezbyt obfitej w uczestników, ale z prawdopodobnie największym w Polsce naciskiem na historyczność jeśli idzie o wczesne średniowiecze. Imprezy, na której nie uświadczy się laleczek w sandałach z pomalowanymi na różowo paznokciami, ani turbowikingów w hełmach rodem z Cymerii Conana ze sklejkowymi tarczami w rękach.  Jak co roku spotkaliśmy się na wzgórzach w pobliżu Kalwarii Pacławskiej, by wspólnie ucztować i okładać się żelastwem na zmianę.

niedziela, 12 lipca 2015

Z planami rożnie bywa - Pangkor.

W naszym hotelu spotkaliśmy rodzinkę Malajów, młodzi byli i całkiem weseli, zaproponowali nam wspólną wycieczkę na Koralową Plażę, chcieli wynająć łódkę i dostać się nią na wysepkę w pobliżu plaży, a nie bardzo ich było na to stać. Gdyby wynajmowali z nami, opłacałoby im się znacznie bardziej. Zgodziliśmy się chętnie. Ustawialiśmy się na to poprzedniego wieczoru, rano o 10-tej mieli załatwić dwa skutery i nimi mieliśmy się przedostać na drugą stronę wyspy, niestety o wyznaczonej porze rodzinka się nie pojawiła. Pojawili się dopiero po pół godziny przepraszając nas bardzo i informując o chorobie dziecka, złapało im gorączkę i muszą się nim zająć.

wtorek, 7 lipca 2015

W Tatrach - część I. "Do doliny Pięciu Stawów".

Lata całe nie byłem w polskich Tatrach, albo bylem gdzie indziej, albo nie miałem czasu. W końcu stwierdziłem, że dość tego, trzeba jechać. Zaplanowałem sobie dwa dni wolnego, sprawdziłem połączenia i kiedy nadszedł w końcu piątek po południu, założyłem plecak i ruszyłem po przygodę (i odciski na stopach). W nocy wyjechałem pociągiem z Krakowa, tak żeby jak najwcześniej być w Zakopanem, udałoby się, gdyby nie to, że pociąg ponad godzinę za późno dotarł na miejsce, jedyną tego zaletą była możliwość wyspania się w przedziale. Zaraz po wysiadce uzupełniłem zapasy i wskoczyłem do busa jadącego w kierunku Kuźnic.

niedziela, 28 czerwca 2015

Pangkor - rowerem po wyspie.

Dnia dzisiejszego to jest 16 marca roku pańskiego 2014 zechcieliśmy sprawdzić co ciekawego można zobaczyć na Pangkor. Jako, że wysepka wcale nie jest taka mała jak się z mapy wydaje, zdecydowaliśmy się na wynajem rowerów od naszego gospodarza. O dziwo okazały się być zdatne do użytku (a na pewno zdatniejsze od tych, którymi zwiedzaliśmy Ajutthaję). Najpierw pomknęliśmy do pobliskiej restauracji, w której jedliśmy wczoraj kolację. Właściciel miał na ścianach gablotki z banknotami, z różnych stron świata, nie dostrzegliśmy wczoraj nic polskiego, więc przynieśliśmy mu papierek dziesięciozłotowy. Niech świat wie, że Polacy też tu byli! Następnie załadowaliśmy się na nasze wehikuły i ruszyliśmy w stronę starego fortu zbudowanego przez Holendrów. Nie było żadnych kłopotów ze znalezieniem drogi, bo była ona po prostu przedłużeniem uliczki, na której mieszkaliśmy i biegła w kierunku południowego krańca wyspy. Przemieszczaliśmy się niewielką, asfaltową drogą mijając po drodze domy mieszkalne miejscowych. Trasa wiodła głównie wzdłuż morza, gdy nadarzyła się okazja, zeszliśmy na plażę w jakiejś wiosce, żeby zobaczyć co tam ciekawego sobie żyje. Było sporo łodzi, trochę fajnych muszelek, stara czapka, kilka butów i kawałek sieci. Oczywiście wymieniłem tylko najciekawsze znaleziska. Był też dzioborożec! Usiadł sobie na pniu złamanej palmy i pozwolił sobie zrobić znośne zdjęcie. Mocno się ucieszyłem jego widokiem, dzioborożce do tej pory widzieliśmy tylko w tajlandzkim Kao Yai i to z dużej odległości. Tam siedziały sobie w gęstwinie liści i czasem tylko przelatywały gdzieś nad głową, albo ponad koronami drzew zdradzając swoją obecność głośnym świstem piór. A ten tutaj przeleciał sobie nad plażą, a potem wystawił się jak modelka na pniaku. W prawdzie mógłby wystawić się bliżej, no ale cóż...

sobota, 20 czerwca 2015

Ruszamy na wyspę Pangkor.

Pobyt na wyżynach był pełen wrażeń i niezapomnianych widoków jednak przyszła już pora by je pożegnać i ruszyć w dalszą drogę. Zdecydowaliśmy się wybrać w kierunku wyspy Pangkor by dla odmiany nacieszyć się słońcem, plażą i podwodnym światem jaki spodziewaliśmy się zastać przy wybrzeżach. Tylko żeby móc się tym wszystkim cieszyć to najpierw trzeba się było tam dostać. Przemieszczanie się na dłuższych dystansach zazwyczaj trwa cały dzień i bywa wyzwaniem. My naszą przeprawę rozpoczęliśmy około siódmej rano.

czwartek, 11 czerwca 2015

XI Ogólnopolski Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie nad Wartą - w końcu jakiś festiwal !!!

Rok 2015 nie obfituje dla nas niestety w imprezy historyczne. Oczywiście te imprezy się odbywają, ale my nie mamy możliwości się na nie dostać. Nic więc dziwnego, że z wielką radością czekaliśmy na festiwal w Lądzie. Żywia zaklepała sobie na wtedy wolne w pracy, ja też postarałem się o dostatecznie dużo wolnego czasu i w piątek po południu ruszyliśmy w trasę. Do przejechania było tylko 360 km, tyle że pod słońce. Nie byłoby źle, gdyby to nie było zachodzące słońce. Miejscami widoczność spadała tak do dwóch metrów, i wcale nie żartuję. To cudowne uczucie jechać przed siebie nie widząc niemalże nic lub jedynie niewyraźnie majaczące plamki auta jadącego przede mną. Na szczęście było takich momentów ledwo kilka i żaden nie zakończył się podskokiem auta na rozjechanym rowerzyście. Po tak przyjemnej trasie ucieszyliśmy się jeszcze bardziej, kiedy nocą dotarliśmy na miejsce festiwalu. Przywitał nas znajomy i jakże wytęskniony gwar rozmów, gromkie śmiechy, blask ognisk i uśmiechnięte gęby dziesiątek znajomków z przeróżnych drużyn. (Dźwięki wieczornego obozu historycznego to jedna z urokliwszych rzeczy podczas wyjazdów - zwłaszcza gdy człowiek ma ich mało i zdąży zatęsknić tak porządnie. Zasypianie w namiocie na skórach, gdy wokół ludzie śmieją się, śpiewają i opowiadają przy ogniskach, pachnie dymem i słomą, to zawsze była taka moja chwila cieszenia się miejscem, którą nie dzielę się z nikim. Myślę, że chyba każdy odtwórca, który to czyta, wie o czym mówię - Żywia).

niedziela, 31 maja 2015

Wycieczka po farmach Wzgórz Camerona.

14 marca 2014 przeznaczyliśmy sobie na zorganizowaną wycieczkę, która została nam zaproponowana w hotelu. Za 20 RM na osobę można się było szarpnąć. O 8.45 zostaliśmy odebrani spod hotelu i ruszyliśmy w trasę. Kierowcą i przewodnikiem był starszy, niewielki Chińczyk, poza nami w busiku znalazła się jeszcze para młodych Holendrów i starych Kanadyjczyków. W programie wycieczki było zwiedzenie kilku różnych plantacji, pierwszą do której nas zawieziono była farma kwiatowa "Rose Center". Niestety cena wycieczki nie obejmowała ceny wejściówek i musieliśmy zapłacić po 5 RM za wstęp. Nazwa farmy odpowiadała rzeczywistości i różnokolorowych róż było tam całkiem sporo, poza nimi były też inne, często tropikalne kwiaty hodowane w szklarniach. Mieliśmy około pół godziny na obejście sobie plantacji samodzielnie i trzeba było już wracać na umówione miejsce do busa. Wystarczyło na dość pobieżne zwiedzenie obiektu, zdążyliśmy przynajmniej wyjść na taras widokowy i posłuchać śpiewu jakiegoś ptaszka w jednej ze szklarni.

niedziela, 24 maja 2015

Mchy i dziwne drzewa czyli nadal w Cameron Highlands.

Mocno podbudowani wczorajszą wyprawą postanowiliśmy dzisiaj, czyli 13 marca AD 2014 znowu wyruszyć na szlak i przebyć kolejne ścieżki przygotowane dla amatorów spacerów po dżungli. Po przestudiowaniu mapy wytypowaliśmy szlak nr 10. Udało mi się wygonić Żywię z łóżka koło piątej rano, dzięki temu wchodziliśmy już na szlak, gdy słońce dopiero co wschodziło nad górami. Tym razem mieliśmy spore kłopoty ze znalezieniem wejścia na ścieżkę. Zresztą nie tylko my, para Hindusów z Australii miała ten sam problem. Wybrnęliśmy z niego dzięki informacjom jakiejś lokalnej Hinduski, która wskazała nam prawidłową drogę. Szlak okazał się od razu dość stromy, mimo to szło się całkiem wygodnie, korzenie drzew stworzyły na nim coś na wzór stopni, dzięki którym stopa za każdym razem miała pewne podparcie.

czwartek, 7 maja 2015

Historia Morda co złoto wygrał rycerzując - wywiad z członkiem reprezentacji Polski w Walkach Rycerskich.

Z okazji niedawnego zwycięstwa reprezentacji Polski w Mistrzostwach Świata w Sportowych Walkach Rycerskich, zadaliśmy kilka pytań naszemu koledze, który czynnie przyczynił się do tego sukcesu. Oto pierwszy w historii naszego bloga wywiad :)

Michał "Mord" "Viking" Bednarski, lat 31, urodzony w Kielcach. Absolwent Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, kierunek Bibliotekoznawstwo i dziennikarstwo. Pracuje jako zastępca kierownika wydziału ekspedycji logistyki i administracji w jednej z kieleckich firm. Od 2005 roku członek Klubu Historycznego HIRD, odtwórca wczesnego średniowiecza. Wraz ze Zbigniewem Kowalskim bierze udział także w rekonstrukcji 1939 oraz powstania styczniowego. Od 2011 bierze udział w sportowych walkach rycerskich. Uczestnik Bitwy Narodów we Francji 2013, IMCF* Belmonte Hiszpania 2014 - srebro w kategorii 5vs5, IMCF Malbork 2015 - złoto 5vs5 i 10vs10 oraz Bitwy Narodów w Pradze 7-10.05.2015.

* International Medieval Combat Federation
  

czwartek, 30 kwietnia 2015

Wokół Zdziechowic czyli najbliższa okolica też może być ciekawa.

Mieszka sobie człowiek od dziecka w swojej rodzinnej wiosce na pięknym Podkarpaciu i niby ją poznał, ale wcale to nie oznacza, że poznał jej okolice. Z tego też powodu pewnego dnia wybraliśmy się z Żywią, by zobaczyć kilka interesujących miejsc w odległości mniejszej niż 10 km od Zdziechowic. Na początek skierowaliśmy się do Gościeradowa, by zobaczyć bunkier stojący tam od czasów II Wojny Światowej. Schron bojowy, który wybudowali tam Niemcy w 1940 roku, był jednym z punktów tworzących sieć umocnień Wisły na wypadek przyszłej wojny z ich sowieckimi kumplami. Bunkier typu Regelbau 514 przetrwał do dzisiaj w niemalże nienaruszonym stanie. Stoi sobie na polu w pobliżu cmentarza i jest doskonale widoczny z jezdni. Najpierw obejrzeliśmy go sobie od zewnątrz, nie dostrzegliśmy na nim śladów walk. Prawdopodobnie nie był używany w jakichś ciężkich starciach. Bardzo się ucieszyliśmy, że da się też wejść do środka. Nie jestem szczególnym fanem nowoczesnych militariów więc niewiele wyczytałem z organizacji wnętrza, ale przynajmniej pogapiłem się tępo na beton. Z dawnego wyposażenia nie zostało tam nic, no może nie licząc metalowych elementów wpuszczonych w beton. W zamian pojawiło się sporo śmieci na podłodze. Zabraliśmy ze sobą latarkę, żeby dokładnie obejrzeć wnętrze i nawet się przydała żeby oświetlić nam ściany i sufit. Może i bunkier nie powalił nas na kolana, ale zawsze to kawałek historii w zasięgu dłoni. W dodatku świetnie zachowanej historii. Schron jest fajny. ale niewielki i dłużej niż 20 min nie mieliśmy co tam robić. 

piątek, 24 kwietnia 2015

Wyprawa w góry Cameron Highlands.

Dzień 11 marca przywitał nas upalnym słońcem. Nie było to nic niezwykłego, każdy dzień w Azji witał nas upalnym słońcem... Podelektowaliśmy się nim nieco przemierzając drogę na dworzec, zastanawiając się przy okazji jak się dostać tam, gdzie dostać się chcemy, czyli do spiżarni Malezji noszącej nazwę Cameron Highlands i przy okazji nie zejść na udar słoneczny. W końcu znajdowaliśmy się w co najmniej prowincjonalnym miasteczku, żeby nie napisać ciężkim zadupiu, bo to nieładnie. Stanęliśmy sobie na przystanku, po chwili kierowcy odesłali nas na drugą stronę jezdni, tam załadowaliśmy się do jakiegoś busa, który dopiero zawiózł nas na główny przystanek, przesiedliśmy się na bus do miejscowości Ipoh. Wysiedliśmy na nowoczesnym dworcu położonym gdzieś na przedmieściach, pełnym białych turystów i drogich biletów, nieszczególnie nas to urządzało. Trzeba było władować się w kolejny autobus, którym dojechaliśmy na stary dworzec położony w centrum miasta. No to już był jakiś sukces!

czwartek, 16 kwietnia 2015

Tam gdzie czosnek niedźwiedzi rośnie łanami czyli rezerwat Skarpa Wiślicka.

Wolny dzień w tygodniu to ostatnimi czasy dla mnie święto. Człowiek musi niestety wybierać czy poodpoczywać sobie dłużej i w końcu się wyspać, czy może lepiej wybrać się gdzieś z aparatem... Jakoś dziwnie często zdarza mi się postawić na drugą opcję, tym razem decyzję ułatwiły mi jeszcze promienie słońca wpadające przez okno. W taki dzień warto wyjść aparatem. Tym razem padło na rezerwat przyrody Skarpa Wiślicka leżący przy trasie nr 81 pomiędzy Skoczowem, a Ochabami Wielkimi. Już wielokrotnie spoglądałem tęsknym wzrokiem na poprzecinane strumykami i połączone zwalonymi pniami wąwoziki przejeżdżając wyżej wzmiankowaną drogą, ale jakoś nigdy nie było okazji się zatrzymać, a nawet jeśli była okazja, to nie bardzo było się gdzie zatrzymać. Postanowiłem nadrobić zaległości, z braku dogodnego parkingu zrezygnowałem z samochodu i wybrałem się pieszo. Ze Skoczowa nie jest tam daleko, trzeba tylko przejść kawałek poboczem ruchliwej jezdni, jest to o tyle zabawne, że pobocza nie ma tam za wiele. 

sobota, 11 kwietnia 2015

W poszukiwaniu świetlików - Nibong Tebal.

Jednym z punktów programu jaki Żywia chciała zaliczyć w Azji była wycieczka w poszukiwaniu świetlików. Świetliki sobie zazwyczaj nad rzekami świecą, więc bez łódki ciężko się do takich dostać. Trzeba było się na jakąś zorganizowaną wycieczkę załapać. Internet powiedział nam, że w okolicach Kuala Lumpur są takie tyle, że chyba niezbyt tanie. Żywii udało się jednak znaleźć inną ofertę na folderze informacyjnym leżącym w hostelu w George Town.


czwartek, 2 kwietnia 2015

Bunkry pod Czarkowem.

Znajomości zawarte w rekonstrukcji historycznej czasem procentują w niespodziewany sposób. Na imprezach historycznych poznałem młodego chłopaka o mieniu Dominik, minęło potem kilka lat, on odpadł z rekonstrukcji, ja się przeprowadziłem i okazało się, że mieszkam teraz około 20 km od niego. W czasie pogadanki na necie wyszło, że wybiera się na zwiedzanie jakiegoś kompleksu wojskowego w lasach pod Pszczyną. Ja, jak to ja dość szybko zainteresowałem się tematem. Kilka dni później jechaliśmy już w stronę Czarkowa na podbój nieznanego. Znaczy mi nieznanego, Dominik był tam już kiedyś i teraz robił za przewodnika. Samochód zostawiliśmy na poboczu, na skraju wioski i dalej ruszyliśmy pieszo. Najpierw szliśmy zwykłą, leśną drogą, potem weszliśmy na mniej zwykłą, bo wyłożoną betonowymi płytami. Leśnicy zazwyczaj nie układają sobie takich przejazdów, wywnioskowaliśmy więc błyskotliwie, że chyba tędy coś ciężkiego jeździło, czołgi jakieś? Dość możliwe, a może jakieś transportery lub po prostu ciężarówki? Trzeba by zapytać żołnierzy, którzy w jednostce służyli, tyle, że nie mieliśmy akurat żadnego pod ręką. 

sobota, 28 marca 2015

W chińskiej świątyni Kek Lok Si.

Dowiedzieliśmy się bez najmniejszych kłopotów jak i czym dotrzeć do Kek Lok Si. Jest to w końcu najsławniejsza świątynia w Malezji, wzniesiona z datków lokalnej, chińskiej elity. (Mało tego, jest to jedna z największych i najświetniejszych świątyń południowo - wschodniej Azji. - Żywia) Trzeba było tylko rozmienić pieniądze i mieć dokładnie wyliczoną kwotę dla kierowcy autobusu czyli w naszym wypadku 2 RM na osobę. Po około półgodzinnej drodze kierowca poinformował nas, że tutaj mamy wysiadkę, nie było to w zasadzie konieczne, bo świątynię było widać z okna, ale było bardzo sympatyczne. (Autobus zatrzymuje się w zasadzie pośrodku targowiska, pełnego blaszanych straganów i sklepików oraz knajpek z typowymi plastikowymi taborecikami. Było dość wcześnie, więc i ludzi nie było bardzo wielu jak na miejscowe warunki i całe miejsce dopiero szykowało się na impet zwiedzających popołudniu. Targowisko płynnie i nie wiedzieć kiedy przeszło w skupisko kramików wzdłuż schodów do świątyni. - Żywia) 


czwartek, 19 marca 2015

Zaćmienie słońca okiem Mojmira - 4 stycznia 2011 roku.

O zaćmieniu słońca każdy słyszał, nieco mniej osób zaobserwowało to zjawisko w naturze. Do zaćmienia dochodzi, gdy tarcza księżyca ustawia się na tej samej linii co tarcza słońca w stosunku do ziemi. Istnieje kilka typów zaćmień, których nie chce mi się tutaj wymieniać, na potrzeby wpisu wystarczy wspomnieć, że ja miałem okazję obserwować częściowe zaćmienie, a było to 4 stycznia 2011 roku. Tak się złożyło, że dzień wcześniej wylądowałem w Krakowie u mojego kumpla Krzyśka. Nie pamiętam już z jakiej okazji, w tamtych pięknych czasach pół życia spędzałem włócząc się z miejsca na miejsce i odwiedzając przy okazji znajomych. Rankiem Krzyś oświecił mnie, że zaćmienie ma być, uznałem to za wystarczający argument żeby zwlec się rankiem z posłania i wyleźć z aparatem na miasto. Poranek był mglisty, ale niezbyt chłodny więc mimo stycznia dłonie nie przymarzały mi do aparatu, sama mgła też bardzo mnie urządzała. 

wtorek, 17 marca 2015

Dzień św. Patryka w Dublinie A. D. 2008

Dawno już minęły czasy mojego pobytu w Irlandii, spędziłem tam 4 miesiące trochę pracując i sporo się włócząc po najbliższej okolicy miasta Carlow, w którym mieszkałem. Trafiłem tam na zaproszenie swoich znajomych pod koniec roku i doczekałem wiosny. Był to właściwie mój pierwszy poważny pobyt za granicą obfitujący w nowe widoki i fascynujące doświadczenia. Irlandię przemierzałem na zdezelowanym rowerze odkupionym od jakiegoś lokalnego Polaka znalezionego w internecie i z małym aparacikiem cyfrowym pożyczanym od kolegi. Aparacikiem, który pozbawiony był jakichkolwiek sensownych funkcji, a te które posiadał i tak były dla mnie tajemnicą, tak samo zresztą jak sztuka fotografii, w której stawiałem swoje pierwsze, nieporadne kroki. W Irlandii zobaczyłem całkiem sporo miejsc drobnych i nieciekawych dla wytrawnego podróżnika lecz dla mnie fascynujących i niezwykłych. Przeżyłem też kilka interesujących wydarzeń. Najciekawszym z nich była parada z okazji dnia świętego Patryka, którą dane mi było zobaczyć w Dublinie.

niedziela, 15 marca 2015

Malezja - pierwszy kontakt.

Stało się, 8 marca wsiedliśmy do pociągu, który miał dowieść nas do Malezji. Bilety na niego Żywia kupiła jeszcze w Polsce, okazało się, że nikt nie zrobił nas w konia i pomyślnie przeszły kontrolę. Na granicy musieliśmy opuścić z bagażami przedział i wyjść na peron. Na tajskiej odprawie musieliśmy oddać świstki, które wypełnialiśmy przed wlotem do kraju i zapozować do zdjęcia. Potem spacerek do malezyjskiej kontroli, tam pobieżnie zerknięto w nasze bagaże, pieczątki do paszportów i mogliśmy sobie iść do pociągu, musieliśmy poczekać jeszcze z pół godziny zanim z powrotem znaleźliśmy się w drodze.

piątek, 6 marca 2015

Zimą po Beskidach - Trzy Kopce.

Tak się złożyło, że mam teraz blisko w Beskidy, znaczy jakieś 15 minut samochodem. Mając do dyspozycji wolny dzionek i zapowiadającą się dobrze pogodę postanowiłem wszystkie te elementy ze sobą złożyć i wybrać się na górski spacerek. Jako że miałem do dyspozycji jeden i to w dodatku krótki dzień, wybrałem sobie niezbyt długą trasę, której koniec wypadnie blisko jej początku. Po spacerku musiałem przecież dostać się jakoś do auta i wrócić do mieszkania. Po kilku minutach gapienia się w mapę miałem już plan działania. Dojechać do Ustronia, znaleźć zielony szlak biegnący na Orłową, potem niebieskim przebić się na Świniorkę, stamtąd przejść na Zakrzosek i czarnym szlakiem zejść do Dobki skąd mam już blisko do Ustronia i miejsca gdzie chcę zostawić pojazd.

poniedziałek, 2 marca 2015

Hat Yai - ostatni przystanek w Tajlandii.

Trochę wynudziliśmy się w parku narodowym, nie było po co w nim dłużej siedzieć, więc rankiem 6 marca wyruszyliśmy w drogę do Hat Yai, miasta z którego mieliśmy za kilka dni pociąg do Malezji.
Park opuściliśmy w ten sam sposób w jaki do niego dotarliśmy czyli pieszo, poczekaliśmy trochę na przystanku i o 9.30 ruszyliśmy busem do Surat Thani (150 bahtów na osobę), gdzie mieliśmy się przesiąść na pociąg do Hat Yai. Na dworcu czekała nas przykra niespodzianka, najbliższy pociąg odjeżdżał dopiero w okolicach północy. Trzeba było dostać się na dworzec autobusowy, tylko jak się tu dowiedzieć gdzie on jest? Nieszczególnie było się kogo zapytać, przed dworcem stali panowie moto-taksówkarze w niebieskich kamizelkach narzuconych na koszule z nazwą firmy. Wyglądali całkiem profesjonalnie więc zapytaliśmy ich. Zerknęli na zegarek i stwierdzili, że trzeba się śpieszyć to jeszcze zdążymy na autobus, a dworzec jest 7 km stąd.

niedziela, 22 lutego 2015

Znowu w dżungli - park narodowy Khao Sok cz II

Kolejny dzień w parku (czyli 4 marca) postanowiliśmy przeznaczyć na wyprawę dłuższym szlakiem. Zgoniłem Żywię z karimaty wcześnie rano, bo liczyłem na to, że z rana uda nam się jakieś stwory zobaczyć, zjedliśmy szybkie śniadanie w minibarze obok parku i ruszyliśmy w trasę. Przy wejściu na szlak musieliśmy okazać bilety strażnikom siedzącym w budce strażniczej i już można się było cieszyć naturą. No może nie do końca... Natura była po bokach, ale my szliśmy szeroką drogą, po której mogły poruszać się auta, nie jest to mój ideał szlaku.


niedziela, 15 lutego 2015

Znowu w dżungli - park narodowy Khao Sok cz I.

Park narodowy Khao Sok miał być naszym ostatnim parkiem narodowym w Tajlandii, zdjęcia które go reklamowały mocno nas zachęciły do odwiedzin. Rankiem 3 marca zapakowaliśmy się w autokar, który powiózł nas w odpowiednim kierunku. (Nie mogę się powstrzymać i wtrącę krótką opowiastkę z cyklu "Koloryt lokalny". Dość szybko po zajęciu miejsc w autobusie okazało się, że będąc pasażerem lokalnych linii trzeba zachować czujność i refleks. Pan kierowca miał w zwyczaju często, gęsto spluwać przez okno. Ja siedziałam po stronie kierowcy, a wszystkie okna były pootwierane, żeby zapewnić jakąkolwiek wentylację tej nagrzanej puszki... Z rosnącą trwogą obserwowałam przy każdym splunięciu trajektorię lotu pocisków, które niebezpiecznie zbliżały się do mojego okna ;) Na szczęście obyło się bez niechcianego "odświeżenia". - Żywia)


czwartek, 5 lutego 2015

Z prądem na rybki.

Pewnego wieczoru Żywia powiedziała mi, że jej kolega będzie łowił ryby prądem i czy nie zechciałbym mu pomóc. Od razu przed oczami stanął mi jakiś menel z dwoma kablami podłączonymi do słupa wysokiego napięcia mordujący w stawie wszystko co żyje żeby zamienić na denaturat kilka kilogramów karpi... Wyraziłem swoje wątpliwości co do etyki tego typu połowów, usłyszałem jednak w odpowiedzi, że ma na to odpowiednie zezwolenia i będzie to praca badawcza. Nastąpiło u mnie zjawisko dysonansu poznawczego, z którego nie potrafiłem wybrnąć więc stwierdziłem, że nie będę gimnastykował mózgownicy i dowiem się u źródła o co chodzi.

niedziela, 25 stycznia 2015

Podwodny świat wysp Mu Ko Surin cz. III

Kolejny dzień na wyspie Surin (konkretnie 1 marzec) oznaczał kolejny dzień nurkowania. Po śniadaniu złożonym z krakersów i konserwy ruszyliśmy do wody. Już na starcie się nam poszczęściło, bo znaleźliśmy murenę. Była dość mała, na oko miała około 5 cm średnicy, ale i tak nie wyglądała na przyjaźnie nastawioną. Na mój widok zaczęła szczerzyć zęby dając mi jasno do zrozumienia, że jeśli zbliżę się za bardzo to stracę palec. Z grzeczności nie sprawdziłem czy tak się stanie w istocie i zdjęcia robiłem z bezpiecznego (w moim mniemaniu) dystansu.


niedziela, 18 stycznia 2015

W wiosce Mokenów. Plemię morskich cyganów w zderzeniu z cywilizacją.

Wyspy Surin to nie tylko piękna woda i dżungla. Jest tam jeszcze jedno miejsce warte odwiedzenia, choć cieszące się mniejszą popularnością od raf koralowych. Jest nim wioska Mokenów. Nazywanych też Morskimi Cyganami ze względu na koczowniczy tryb życia jaki prowadził ten lud do niedawana, lub gdzieniegdzie jeszcze prowadzi. Gdy tylko dowiedzieliśmy się o możliwości wprawy tam, od razu się na nią zdecydowaliśmy.


poniedziałek, 12 stycznia 2015

Podwodny świat wysp Mu Ko Surin cz. II

Tego dnia postanowiliśmy wypłynąć na nurkowanie łodzią. Na rejs trzeba się było zapisać wcześniej w specjalnym dzienniku (my zrobiliśmy to poprzedniego dnia) i stawić o wyznaczonej porze (9.00 lub 14.00, rejsy były dwa razy dziennie) na plaży, na której nas wysadzono po przypłynięciu. Cena to 100 bahtów od osoby. Park dysponuje w zasadzie wszystkim czego potrzeba do nurkowania, można sobie wynająć płetwy i maski do nurkowania, jest nawet książka ze zdjęciami ryb spotykanych na miejscowej rafie.

wtorek, 6 stycznia 2015

Obchody Jule i Szczodrych Godów w osadzie białogrodzkiej. Celebrating Yule and Koliada in Bialogrod settlement

English version below.

Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się w tym roku uczestniczyć w obchodach świętowania zimowego przesilenia. Złożyło się tak, że mogliśmy dotrzeć do pobliskiego Białogrodu, co wcale nie było takie pewne.
Jako, że zgromadzone towarzystwo wyznaje bogów tak skandynawskich jak i słowiańskich odbyły się dwa obrzędy, a każdy mógł dowolnie uczestniczyć, w zależności od wewnętrznej potrzeby. Po zmroku, gdy potrawy na ucztę były już gotowe - obrzędowy gulasz perkotał w kociołku, mięso uwędzone, a słodkości rozłożone na tacach - zgromadziliśmy się w centrum osady, by pójść na miejsce obrzędu.


niedziela, 4 stycznia 2015

Podwodny świat wysp Mu Ko Surin cz. I

"To jest ta bajka, którą mamy w głowach. Piasek drobny jak mąka, szumiąca palma, żółw przepływający leniwie obok i jasnoturkusowa woda wokół." Tak Tomasz Michniewicz pisze w jednym z artykułów o Karaibach, ale wypisz wymaluj jest to opis tego co zastaliśmy na Surin.

Rankiem okazało się, że chętnych na rejs na Surin wcale nie jest tak mało. Dostaliśmy wstążki, które trzeba było przymocować na plecaki, buty powędrowały do wora i boso wsiedliśmy na łódź. Ledwo się tam pomieściliśmy, nasze wątpliwości co do nieopłacalności promu dziwnie dzięki temu wzrosły.


czwartek, 1 stycznia 2015

Port, o którym zapomniał świat.

Poprzedni park narodowy udało nam się w miarę sprawnie obskoczyć, więc trzeba się było dostać do kolejnego czyli na Mu Ko Surin.
Najpierw trzeba się było wyrwać z Khao Sam Roy Yot, wyszliśmy rano na stopa i dość szybko złapaliśmy pierwszą podwózkę, potem drugą, potem trzecią.... Tyle, że trasa którą jechaliśmy w żaden sposób nie pasowała nam do trasy, którą chcieliśmy jechać. Z paki auta dobrze było widać na przykład morze, które nie powinno znajdować się tak blisko według naszych założeń trasy.