czwartek, 29 grudnia 2016

Gady z Różowej Plaży czyli nurkujemy u brzegów Komodo.

Ucieszeni i mniej więcej spełnieni po spotkaniu z waranami zamieszkującymi wyspę Komodo, wyruszyliśmy statkiem na inną, nieco mniej znaną, a również interesującą część wyspy czyli na Różową Plażę. Niby dziwna i nie kojarząca się najlepiej nazwa, ale trafna. Piasek na tej plaży rzeczywiście ma różowy odcień, a to za sprawą zmielonych na piasek drobinek czerwonych szkieletów koralowców, które występują dość obficie w okolicznych wodach. No ale nie płynęliśmy tam, żeby się na piach gapić. (Ja się gapiłam, bo śliczny był -  Żywia)

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Chalets de Varan czyli niskopienne Alpy zimą.

Wylądowałem po raz kolejny we Francji, znów w okolicach Chamonix, a konkretniej w miejscowości Passy. Wiocha jakich tu pełno, nic w niej ciekawego, natomiast za nią wznosi się całkiem pokaźna góra. Trzeba było w końcu sprawdzić, co tam ciekawego można zobaczyć.

czwartek, 24 listopada 2016

Wyspa Komodo czyli Światosław w krainie smoków.

Pulau Komodo!!! Kraina smoków, waranów się znaczy, największych jaszczurów chodzących po Ziemi! Na chwilę obecną oczywiście. Wyspa ogromna nie jest, ma jakieś 330 kilometrów kwadratowych powierzchni i dość górzystą powierzchnię, w większości porosłą trawami, które zastąpiły pierwotny dla tego terenu las równikowy, znaczy lasu tez jeszcze trochę zostało, ale jego skupiska są w mniejszości. Wyspa charakteryzuje się bardzo rozwiniętą i nieregularną linią brzegową, do tego jej nazwa jest znana na całym świecie, tylko mało kto by potrafił wskazać jej lokalizacje na mapie. 

piątek, 4 listopada 2016

Skorpena i inne stwory czyli w drodze do krainy smoków.

Kiedy my mniej lub bardziej wygodnie spaliśmy sobie na pokładzie, statek cały czas płynął pokonując spory kawałek morza. Rankiem zostaliśmy nakarmieni na pokładzie, niewiele potem pojawił się cel nocnego etapu podróży, czyli słone jezioro na wysepce Satonda (Pulau Satonde). Znowu przerzucono nas na brzeg, tam mieliśmy krótką wycieczkę nad brzeg jeziora wyglądającego jak niski, zalany wodą krater wulkaniczny i z powrotem. Podobno do niedawna woda w jeziorze była słodka, ale w wyniki bliżej mi nie znanych procesów geologicznych zmieniło się to dość nagle na niekorzyść lokalnej ichtiofauny. jezioro zostało zasolone, a niemalże cała słodkowodna fauna wyginęła.

Wysepka jest praktycznie niezamieszkała, za to jest popularnym przystankiem dla podobnych do naszej wycieczek, właśnie ze względu na jezioro w kraterze oraz cudowną rafę. Podpływa się do niej od południa, gdzie na plaży jest nawet kawałek molo z zadaszeniem, a od plaży prowadzi brukowana ścieżka do jeziora. - Żywia

czwartek, 6 października 2016

Mech, kamienie i olbrzymy, czyli na szwedzkim szlaku.

Pobyt w nowym miejscu nieuchronnie łączy się dla mnie z próbami choćby pobieżnego poznania okolicy. Tak się sympatycznie złożyło, że w Szwecji miałem do towarzystwa kumpla równie zainteresowanego takim podejściem do życia. Razem z Kokim, bo to o nim przed chwilą wspominałem, postanowiliśmy wyruszyć na wycieczkę w okolicach rezerwatu natury Sixtorp. leżącego na południowy zachód od Orebro (miejscowi czytają to jak Orebruu i ni cholery nie wiem czemu).

sobota, 17 września 2016

Gili Kondo IV - ostatnie chwile.

Nadszedł ostatni dzień naszego pobytu na Gili Kondo, to dzisiaj mieliśmy się pożegnać z rajską wysepką i jej rafami. Tak więc szczególnie dużo uwagi poświęciłem żegnaniu się z tymi ostatnimi. Większość dnia z morza wystawał mi tylko końcówka rurki oddechowej. Po południu dostaliśmy porządny obiad już w cenie wykupionego rejsu. Niewiele później na horyzoncie pojawił się statek, na który mieliśmy się dzisiaj zaokrętować. Zacumował niedaleko brzegu, a turyści z pokładu zostali dotransportowani łodzią na suchy ląd. Na plaży zorganizowano nam odprawę z przewodnikiem i każdy miał trochę czasu dla siebie, chętni mogli ponurkować lub połazić po wysepce.


wtorek, 6 września 2016

Mojmir na alpejskich szlakach - Ku lodowcom. Cz II

Siódmego sierpnia o świcie otworzyłem niemrawo oczy by zerknąć na pierwsze promienie słońca rozlewające się po górach, zrobiłem 3 zdjęcia i poszedłem spać dalej. Codziennie wstawałem przed 6-tą do pracy to chociaż dzisiaj chciałem sobie odespać. Co z tego, że odsypiałem zawinięty w śpiwór przynajmniej 1500 m,n.p.m.? Przed dziewiątą wyczołgałem się ze śpiwora i zacząłem pakować graty do dalszej drogi. Nockę spędziłem ciepło i przyjemnie, kilka razy się budziłem, żeby przeturlać się na drugi kraniec karimaty, ale poza tym nic nie zakłócało jakże zasłużonego po wczorajszych wędrówkach (tu można zerknąć do wpisu na ten temat) spoczynku. Dotarcie z noclegu pod Grand Hotel du Montenvers zajęło mi nie więcej niż 20 minut.

sobota, 3 września 2016

Gili Kondo cz. III - czyli jak się łowi dynamitem.

W poniedziałek na wyspie znowu było pusto i bezludnie, turyści już wczoraj przed wieczorem zabrali się na Lombok, a nam została cisza i spokój na złotej plaży. Obsługa hotelu chyba uznała nas za niedożywionych. Najpierw zafundowali nam darmowe śniadanie, a potem dorzucili sympatyczny bonus do obiadu. No ale po kolei, wyczołgaliśmy się już z namiotu i zbieraliśmy się na poranne nurkowanie, gdy zjawił się przy nas jeden z chłopaków i zaprosił na poczęstunek. Właściwie to zaprosił na porządne śniadanie składające się z omletu, ryżu i gotowanej kapusty zapitych herbatą.

piątek, 26 sierpnia 2016

Mojmir na alpejskich szlakach - Ku lodowcom. Cz I

Kolejna sobota zamajaczyła mi na horyzoncie, cóż by tu z nią począć? Może by tak kieliszek wódki i telewizja wieczorem, a kac rankiem? Perspektywa wydała mi się na tyle kusząca, że z niej nie skorzystałem. Zamiast tego spakowałem plecak i z rana ruszyłem w kierunku Chamonix. Języki lodowców spływające ze zboczy gór działały na mnie niemalże hipnotycznie podczas codziennych dojazdów do pracy. Czułbym się chory i niespełniony, gdyby nie udało mi się ich zobaczyć z bliska, a bardzo nie chciałem się czuć chory, niespełniony też nie. Nie było więc innego wyjścia, niż zaplanować sobie wyjście w kierunku lodowców. Rzut oka na mapę (taki w przenośni) wystarczył, żeby znaleźć pierwszy punkt wycieczki, reszty nie planowałem bo i po co?

czwartek, 18 sierpnia 2016

Mojmir na alpejskich szlakach - Le Brevent.

Złożyło się przypadkiem i to w dodatku nieplanowanym, że wylądowałem we Francji, a konkretniej w Alpach nieopodal Chamonix (takie francuskie Zakopane). Wprawdzie trafiłem tam do pracy, ale nie byłbym sobą, gdym nie wykorzystał wolnego od obowiązków służbowych końca tygodnia na jakąś włóczęgę. Tak się przykro ułożyło, że większość górskiego ekwipunku została mi w Szwecji, może nie większość, ale wysokie buty, porządna latarka, pałatka i plecak piechoty górskiej na pewno. Musiałem więc kombinować, żebym miał w czym i z czym się na okoliczne pagórki wybrać. Spakowałem się więc w stary, wysłużony na azjatyckich bezdrożach plecak, wrzuciłem do niego śpiwór i goreteksowy pokrowiec na niego, papu, trochę ubrań i plastikowe wory na śmieci i już byłem gotowy do drogi. Prawie...

czwartek, 11 sierpnia 2016

Na rajskiej wyspie - Gili Kondo cz. II

Po nieszczególnie przespanej nocy przywitał nas śliczny poranek na tropikalnej wyspie. Po lekkim śniadaniu zabraliśmy się za poznawanie miejscowej rafy koralowej. Żywia dość krótko wytrzymała w wodzie, ja natomiast odkryłem w sobie duszę foki i moczyłem się prawie trzy godziny. Z wody jak zwykle wygoniło mnie dopiero zbliżające się południe. Udało mi się przy tym przekonać, że opowieści o nasadzaniu tutaj rafy koralowej są prawdziwe. Sadzonka koralowca wygląda dość prosto. Betonowa płytka z metalową, ustawioną pionowo rurką pośrodku, do której przymocowuje się kawałek koralowca z żywymi polipami. Potem wrzuca się taką do wody i czeka aż urośnie.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Żerków 2016 czyli znów na Ulfowisku.

Sezon 2016 wypadł nam nadzwyczaj ubogo jeśli chodzi o wyjazdy historyczne. Udało się nam odwiedzić ledwo kilka imprez, ostatnią z nich był znany już naszym czytelnikom Ulffest czyli odbywająca się w lasach pod Żerkowem impreza niemalże historyczna. Spakowaliśmy nasz namiot, trochę swoich gratów, dużo gratów Radosza i w sobotni ranek ruszyliśmy w drogę. Okazja była dość wyjątkowa, bo Ulfhird świętował tam dziesięciolecie swojego istnienia.

wtorek, 19 lipca 2016

Na rajskiej wyspie - Gili Kondo cz. I

Łódź zbliżyła się do piaszczystego brzegu łagodnie obmywanego morskimi falami. Z bagażami na plecach zeskoczyliśmy do morza i brodząc w sięgającej kolan wodzie dotarliśmy do usłanego szczątkami koralowców brzegu. Stanęliśmy właśnie na niewielkiej wysepce znajdującej się pod opieką biura podroży Perama. (Wysepka ma około 200 m długości i jeszcze 20 lat temu była to po prostu piaszczysta łacha niedaleko Lomboku. Perama wynajmuje ją od rządu za jakieś grosze. Nasadzili trochę zieleni, żeby na wyspie był jakikolwiek cień i dziś jest to uroczy zakątek odwiedzany w weekendy przez miejscowych - Żywia) 


sobota, 9 lipca 2016

Wilczy Trop na grodzisku w Żmijowiskach.

Kolejna edycja Wilczego Tropu już za nami, pomimo przeciwności losu udało mi się dotrzeć na miejsce oraz nacieszyć się zacnym towarzystwem i klimatem imprezy. W tym roku organizatorzy zmienili lokalizację imprezy, odbyła się na grodzie w Żmijowiskach leżącym w pobliżu Kazimierza Dolnego. Dzięki temu impreza zachowała dawne zalety i pozbyła się kilku wad. Przede wszystkim dało się dojechać autem niemalże pod sam gród. Każdy kto pamięta długie marsze z całym ekwipunkiem na plecach do poprzedniej miejscówki z pewnością to doceni.

czwartek, 30 czerwca 2016

Wielka wtopa - czyli jak nie zobaczyliśmy Rinjani.

26 kwietnia 2014, dzień naszej wtopy i największej klęski podczas całego wyjazdu. Mieliśmy zamiar wyjść dzisiaj na wulkan Rinjani, potężny krater, którego najwyższy punkt wznosi się na wysokość 3726 metrów, no bo chyba określenie "potężny" pasuje do krateru, który ma 8,5 km długości i 6 km szerokości? Wewnątrz wulkanu znajduje się spore jezioro z kolejnym mini wulkanem pośrodku. Niesamowite krajobrazy, widok ze szczytu na niemalże całą wyspę i jeszcze do tego geotermalne źródła do kąpieli. Jak można nie chcieć zaliczyć takiego miejsca?

niedziela, 19 czerwca 2016

U stóp Rinjani.

25 kwietnia, dzień jak to zazwyczaj na tych szerokościach geograficznych, był ładny i pogodny. Byliśmy już kawałek nad poziomem morza, więc nie był też nazbyt upalny. Taki w sam raz, żeby coś ciekawego zobaczyć, a tak się sympatycznie złożyło, że w okolicach Senaru było co oglądać. Przede wszystkim wodospady. Wyczytaliśmy gdzieś w necie, że są tu takie i warto je zobaczyć. Koniecznie trzeba było zweryfikować tą informację i sprawdzić samemu. Niestety nie posiadaliśmy mapy i tylko blade pojęcie o lokalizacji. No ale nic, jakoś sobie przecież damy radę!(?)

niedziela, 15 maja 2016

Kierunek Lombok.

Lovinę opuściliśmy 23 kwietnia, do Kuty dotarliśmy autobusem Peramy i autobusem tej samej firmy opuściliśmy kolejnego dnia wyspę z przedłużonymi wizami w kieszeniach. Bilety kupiliśmy do miejscowości Senggigi, miały nas kosztować po 150 tys rupii, ale po okazaniu poprzednich biletów firmy, dostaliśmy po 20 tys. zniżki. Tym razem mieliśmy już prawidłową godzinę na komórkach, więc obeszło się bez niespodzianek. O 6-tej rano załadowaliśmy się do busa, a około 8-mej byliśmy już w porcie. Razem z pozostałymi pasażerami zostaliśmy poprowadzeni na pokład promu do portu Lembar (rejs w cenie biletu) i spędziliśmy tam kolejne 3 dość nudne godziny. (Chociaż ja podczas smażenia się na górnym pokładzie promu z daszkiem dającym wątpliwy cień, wyobrażałam sobie, że oto przekraczamy magiczną granicę pomiędzy krainami i na drugim lądzie wydarzy się coś niesamowitego - przekraczaliśmy granicę Wallace'a, oddzielającą zoogeograficzną krainę orientalną od australijskiej. - Żywia)

niedziela, 8 maja 2016

Lovina cz. V - podwodny ogród z prawdziwego zdarzenia.

22 kwietnia przeznaczyliśmy sobie niemal w całości na nurkowanie. Wczoraj znalazłem idealne ku temu miejsce, dzisiaj chcieliśmy się z nim bliżej zapoznać. Zebraliśmy się jak zwykle z rana, żeby przed południem wyjść już z wody. Nie miałem najmniejszej ochoty na powtórkę oparzeń słonecznych w stylu tych z Tajlandii. (O nurkowaniu na wyspach Surin możecie przeczytać TU


piątek, 8 kwietnia 2016

Lovina cz. IV - w buddyjskiej świątyni.

Wiedziałem już co ciekawego kryje się pod wodą na zachód od naszego hotelu, dzisiaj z rana postanowiłem sprawdzić czy znajdę coś ciekawego na wschodzie. Po śniadanku z czarnego ryżu Żywia wróciła pod namiot, a ja poszedłem szukać przygód pod wodą. Przeszedłem kilkaset metrów i wszedłem do wody przy kolejnym, betonowym molo. Dość szybko zrozumiałem, że tym razem naprawdę mi się poszczęściło, w końcu znalazłem rafę z prawdziwego zdarzenia. Długa, szeroka i bardzo różnorodna, były tam koralowce zarówno miękkie, jak i te budujące wapienne szkielety.

piątek, 1 kwietnia 2016

Bogowie i Ludzie czyli jak na rękawce w 2016 roku było.

Jak co roku, we wtorek po Wielkanocy na Kopcu Kraka odbyło się święto Rękawki nawiązujące swoją tradycją do przedchrześcijańskich obrzędów wiosennych Dziadów, zorganizowane przez Drużynę Wojów Wiślańskich "Krak". Kraki już od dwutysięcznego roku regularnie organizują tą imprezę, w bieżącym roku również nie zawiedli, dzięki czemu 29 marca nasza redakcja w pełnym składzie mogła pojawić się na tym święcie. Jak zawsze poza zwykłą okazją do spotkania się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, na Rękawce można było zawalczyć sobie w całkiem interesujących bitwach i pojedynkach, uzupełnić niedobry ekwipunku na nadchodzący sezon wyjazdowy w wystawionych kramach czy kupić lub uwarzyć sobie coś smacznego do jedzenia.

środa, 30 marca 2016

Wodzenie Judosza po Skoczowie.

Skoczów jest niewielkim miasteczkiem leżącym na Śląsku Cieszyńskim mogącym pochwalić się kilkusetletnią historią, ale nie tylko. W Skoczowie kultywuje się pewną ciekawą tradycję nazywaną "wodzeniem Judosza" i jest to ostatnie miejsce w Polsce, w którym ta tradycja ostała się do dnia dzisiejszego. Na czym ona polega? Otóż w Wielki Piątek i Wielką Sobotę ulicami Skoczowa prowadzona jest słomiana kukła symbolizująca nowotestamentowego Judasza.

niedziela, 27 marca 2016

Turki czyli wielkanocna straż grobowa z Woli Rzeczyckiej.

Wola Rzeczycka jest niewielką miejscowością leżącą na północy Podkarpacia, w gminie Radomyśl nad Sanem. Ani ona ładniejsza niż okoliczne wioski, ani brzydsza, ot zwyczajna miejscowość w południowo-wschodniej Polsce. Niezwyczajna jest natomiast kultywowana w niej tradycja wielkanocnej straży grobowej zwanej Turki. Zwyczaj ten przywędrował do Woli z pobliskiego Radomyśla w dwudziestoleciu międzywojennym. W tym okresie powstał w Woli Rzeczyckiej nowy kościół i parafia pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. W 1924 roku za sprawą Stefana Wydry przy parafii został zorganizowany oddział straży tureckiej.

czwartek, 24 marca 2016

Turki czyli wielkanocna straż grobowa z Radomyśla nad Sanem.

Nasza piękna ojczyzna obfituje w wiele mniej lub bardziej barwnych tradycji lokalnych, wiele z nich przegrywa z "nowoczesnością" i powoli odchodzi do lamusa, są jednak takie, które wciąż trzymają się mocno i cieszą się dużą popularnością w lokalnych społecznościach. Jedną z nich jest wielkanocna straż grobowa pełniona co roku przy symbolicznym grobie Jezusa przez młodzież z Radomyśla nad Sanem.

niedziela, 20 marca 2016

Jare Gody 2016 w osadzie warownej Białogród.

Jak co roku, postaraliśmy się chociaż na chwilę wyrwać do pobliskiego Białogrodu, żeby uczestniczyć w radosnych obchodach nadejścia wiosny. Tegoroczne święto miało dla nas jednak szczególne znaczenie, jako że po raz pierwszy pojechaliśmy we troje. Była to pierwsza historyczna impreza naszego 5- tygodniowego synka Radosza.


niedziela, 6 marca 2016

Lovina cz. III - Polowanie na delfiny.

Dzisiaj, to jest 20 kwietnia 2014 roku zerwaliśmy się wczesnym rankiem, spakowane plecaki czekały już w kącie namiotu, wystarczyło zarzucić je sobie na plecy i byliśmy gotowi. Czekał nas w końcu wielki dzień, spotkanie z delfinami, największa atrakcja turystyczna w ofercie Loviny, niesamowita przygoda. Niecierpliwie czekaliśmy na faceta, który miał nas zabrać na tak niesamowitą wycieczkę. Zjawił się po kilkunastu minutach czyli koło szóstej, razem ze swoim kolegą. Do łódki cumującej przy plaży przed Kalibukbuk dotarliśmy na motorkach za ich plecami. Tam zostaliśmy przekazani pod opiekę kapitanowi.

wtorek, 1 marca 2016

Lovina cz. II - Rafa Koralowa.

Dzień 19 kwietnia był dla nas dniem spokojnym. Bez pośpiechu wygrzebaliśmy się z namiotu i ruszyliśmy na śniadanie. Upatrzyliśmy sobie bardzo sympatyczną knajpkę po drodze nad morze, w której żywiliśmy się przez cały nasz pobyt na Lovinie. W ramach programu lojalnościowego dla klientów, dostaliśmy darmową herbatkę i kilka minut sympatycznej pogawędki z właścicielem. Facet miał na imię Putu, nosił sarong i ziarenka ryżu przyklejone na środku czoła, do tego mówił o sobie "święty człowiek", nie to żeby w czymś przypominał Franciszka z Asyżu, po prostu opiekował się pobliską świątynią. Trzeba przyznać, że miał dobry kontakt z klientami, świetnie gotował i chodził wiecznie uśmiechnięty więc zaglądnie do jego knajpki było czystą przyjemnością. 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Lovina cz. I - aklimatyzacja.

Bilety na Lovinę kupiliśmy z datą 18 kwietnia, znaczy się na dzień tutaj opisywany. Bus miał wyruszyć około 9-tej rano, my spakowaliśmy się wcześniej i mniej więcej godzinę szybciej zjawiliśmy się pod lokalem Peramy, wychodząc z założenia, że będzie jeszcze czas kupić sobie jakieś picie na drogę czy coś w tym stylu. Pojazd już stał więc podeszliśmy do niego wrzucić plecaki, kierowca wyraźnie się ucieszył i kazał nam wsiadać. Dwie minuty później byliśmy już w drodze.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Kuta - miasto artystów.

Nasz uroczy nocleg w namiocie na trawniku dworca autobusowego Mengwi zakończył się około godziny 6-tej rano, kiedy to umundurowany funkcjonariusz (do tej pory nie wiem czy to był policjant czy zwykły ochroniarz) obudził nas i poinformował, że musimy już się zbierać. Po piętnastu minutach byliśmy poskładani i dopinaliśmy plecaki. Za dnia nie było kłopotów z opuszczeniem dworca, zapakowaliśmy się do niebieskiego busiku, który powiózł nas na dworzec Tegal w stolicy Bali znaczy Denpasar, dopiero tam złapaliśmy transport do Kuty czyli ostatecznego celu naszej podróży.

piątek, 12 lutego 2016

Droga ku Bali.

Po Merapi mieliśmy w planach dotrzeć pod wulkan Bromo, miejsce sławne i powszechnie znane. Trochę nam nie wyszło. Najpierw kupiliśmy sobie bilety (po 70 tys. rupii sztuka) do miejscowości Surabaya, bilety były drogawe, ale zawierały w sobie koszt obiadu przez co cena stała się dla nas bardziej strawna. W mieście widzieliśmy tylko dworzec wypełniony dziesiątkami autobusów i setkami naganiaczy. Ze wszystkich stron słyszeliśmy, że tu koniecznie trzeba wsiadać i to najlepsza cena, nie ma co szukać, bo nic tańszego nie znajdziemy, wsiadać trzeba już, teraz bo za chwilę odjedzie, kolejnego busu oczywiście już nie będzie. 

piątek, 5 lutego 2016

Gunung Merapi - Góra Ognia.

Kolejnym etapem naszej wędrówki miał być wulkan Gunung Merapi, co w tłumaczeniu na ludzką mowę znaczy "Góra Ognia". Podkreślę tutaj, że nie mówimy o byle wulkaniku jakich pełno na Jawie. Mówimy o jednym z najaktywniejszych wulkanów w całej Indonezji i prawdopodobnie o wulkanie, który ma na koncie największą ilość wyemitowanego materiału piroklastycznego na świecie! Jak by ktoś wiedział, ale tak nie do końca to wyjaśnię, że materiałem piroklastycznym nazywa się w nauce okruchy (czasem rozmiarów sporej ciężarówki) materii wyrzucane podczas erupcji wulkanów. Chodzi głównie o lawę i pokruszone kawałki skał wynoszone w powietrze podczas wybuchów.

piątek, 29 stycznia 2016

Yogyakarta cz. III - w pałacu sułtana.

Przekonaliśmy się, że okolice Yogyakarty nieszczególnie nas lubią i całkowicie odmawiają współpracy, pora było sprawdzić jak przyjmie nas miasto. Tego dnia to jest 11 kwietnia roku pańskiego 2014 chcieliśmy obejrzeć pałac sułtana i po prostu posnuć się tu i ówdzie. Zaczęliśmy od krótkiej przebieżki po sklepach i fryzjera. Z brutalną bezwzględnością pozbyłem się nadmiaru owłosienia z głowy i twarzy. To drugie ku rozpaczy Żywii. Odmłodzony i lżejszy o pół kilograma futra byłem gotów na odwiedziny pałacu zwanego Kraton i wciąż zamieszkałego przez bieżącego Sułtana.

środa, 27 stycznia 2016

Efemeryczne cuda zimy.

Jako, że na chwilę obecną mamy w Polsce coś na wzór zimy uznaliśmy, że będzie to najlepszy moment, by podzielić się porcją zdjęć z analogicznego okresu kilka lat temu. Zdjęcia powstały w kilku miejscach, głównie w moich rodzinnych Zdziechowicach lub w ich najbliższej okolicy, ale również w pobliżu mojego, obecnego miejsca zamieszkania. Zresztą miejsce powstania nie ma tu szczególnego znaczenia, lód zimą pojawia się w całym kraju i zazwyczaj wpływ na jego powstanie mają konkretne warunki pogodowe, a nie region.

sobota, 23 stycznia 2016

Yogyakarta cz. II - w buddyjskiej świątyni Borobudur.

Po dwóch dniach wegetacji udało mi się zażegnać kryzys i jakoś dojść do siebie. Nie powiem żeby mi wrócił apetyt, ale byłem w stanie już jeść i się przemieszczać na własnych kończynach. To oznaczało oczywiście, że wracam do zabawy i znowu mogę zwiedzać. Najpierw zmieniliśmy lokalizację, Żywia znalazła nam normalny dwuosobowy pokój w innym hotelu za 150 tys, czyli nawet taniej niż za dwa oddzielne łóżka w dormitoriach. Potem postanowiliśmy zobaczyć jedną z największych atrakcji okolicy czyli buddyjską świątynię Borobudur, a właściwie to jej pozostałości wygrzebane spod dżungli kilkadziesiąt lat temu.

wtorek, 19 stycznia 2016

Yogyakarta cz I - czyli redakcja na chorobowym.

Ze względu na kłopoty z biletami postanowiliśmy zostać w naszym hotelu jeszcze jedną dobę i spędzić ją na obijaniu się pomieszanym z wypoczynkiem. Żeby się z Pangandaran wydostać, zamówiliśmy na kolejny dzień, czyli 8 kwietnia, miejsca w busiku (150 tys. Rp/osoba) za pośrednictwem naszej noclegowni, a następnie zaczęliśmy postępować zgodnie z wcześniej wymienionym planem. Wszystko było caca do pewnego momentu, zaczęło się wieczorem.


piątek, 15 stycznia 2016

Pangandaran cz. IV - cuda dżungli.

Dnia dzisiejszego, to jest 6 kwietnia AD 2014 mieliśmy w planach wycieczkę po dżungli z wczorajszymi przewodnikami - Seunem i Din Dinem. Byliśmy z nimi umówieni na 11-tą pod hotelem, więc mieliśmy sporo czasu żeby postarać się o bilety kolejowe, bo właśnie pociągiem chcieliśmy opuścić Pangandaran. Niestety nam nie wyszło, bo w pierwszym biurze nie dało się zapłacić kartą, a w drugim bilety były dopiero na pojutrze, pewnie byśmy je wzięli, ale do zakupu konieczne było okazanie paszportów. Jakoś się tak złożyło, że nie mieliśmy ich przy sobie. Niezbyt spełnieni, ale też bez objawów załamania psychicznego spowodowanego tą druzgocącą klęską wróciliśmy na hotelowe śniadanie i wycieczkę. Przewodnicy zjawili się nieco wcześniej, zorganizowali motorki, którymi dostaliśmy się pod bramę parku i ruszyliśmy w trasę. Wycieczka znowu kosztowała nas 150 tys. na osobę, z wliczonymi w tą kwotę wejściówkami do parku. Znowu było nas pięcioro, dwoje Polaków czyli nas i troje Holendrów, i to takich  będących Holendrami dłużej niż dekadę.

sobota, 9 stycznia 2016

Pangandaran cz. III - z przewodnikami przez pola, doliny i kaniony.

Tak się złożyło, że częstymi bywalcami i współpracownikami, jak mniemam, naszego hotelu było dwóch całkiem sympatycznych przewodników po tutejszych atrakcjach turystycznych. Din Din i Seun przesiadywali z nami wieczorami na werandzie, grywali z nami, znaczy wszystkimi zebranymi tam gośćmi w karty i opowiadali całkiem ciekawe rzeczy o sobie, Indonezji i najbliższej okolicy. Opowiadali na tyle ciekawie i byli przy tym na tyle kontaktowi, iż zdecydowaliśmy się zabrać z nimi na wycieczkę i na własne oczy zobaczyć co też mają do zaoferowania.

czwartek, 7 stycznia 2016

Pangandaran cz. II - urodziny w dżungli.

Nadszedł 4 kwietnia, dzień ważny i szczególny, przynajmniej dla nas, a najbardziej dla Żywii, która tego oto dnia pojawiła się na świecie. Trzeba było jakoś miło spędzić ten dzień, zaczęliśmy od wyspania się, dobry początek jest przecież bardzo ważny. (Oczywiście oprócz wyspania, potrzebne jest odpowiednio pyszne paliwo, a w naszym hoteliku serwowano pyszne naleśniki ze świeżymi owocami, sałatki owocowe i parzoną kawę, która w Indonezji jest wyjątkowo smaczna. Po takim śniadaniu byłam gotowa na wkroczenie w dzień. - Żywia) Następnie wybraliśmy się na spacerek do pobliskiego parku narodowego w towarzystwie poznanej w hotelu dziewczyny. Elma? (Hemma! Nauczycielka angielskiego z akcentem tak brytyjskim, że niezłego skupienia wymagało pojęcie co właściwie mówi :) zapytana o to jak jej akcent ma się do przedmiotu, którego uczy dzieci, tylko sie zaśmiała- Żywia) Urodziła się w Indiach, a mieszkała w Wielkiej Brytanii i nie bardzo wiem dlaczego podawała się za Angielkę, poza tym była całkiem sympatyczna i już spory kawałek czasu włóczyła się z plecakiem po Azji. Nie miała ochoty sama wchodzić do dżungli z powodu agresywnych małp grasujących po okolicy, my byliśmy już zaprawieni w takich bojach i nie mieliśmy oporów.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Melaka - miasto neonowych riksz cz II.

Pobyt w Melace traktowaliśmy rekreacyjnie, chcieliśmy w końcu porządnie wypocząć i przygotować się do dalszej części podróży, czyli zwiedzania Singapuru i znacznie ciekawszej z naszego punktu widzenia Indonezji. Wstaliśmy sobie późno i bez pośpiechu przeszliśmy do pobliskiej jadłodajni prowadzonej przez Hindusów. Trzeba przyznać, że ta nacja (jeśli można używać tego określenia do bardziej cywilizacji niż narodu jaką tworzą mieszkańcy subkontynentu indyjskiego i okolic) ma naprawdę dobre jedzenie. Po śniadaniu wybraliśmy się do recepcji na ledwo działający internet, żeby się zorientować w jaki sposób możemy dotrzeć do Indonezji. Pierwotnie mieliśmy zamiar skorzystać z promu, niestety ta forma podróży okazała się droższa i znacznie trudniej dostępna niż zwyczajny samolot z Singapuru do Dżakarty. Doszliśmy przy okazji do wniosku, że miesiąc w tym kraju to będzie dla nas odrobinę za mało. Żywia kupiła nam jeszcze bilety autobusowe na przekroczenie granicy pomiędzy Indonezją, a Malezją na Borneo. Potrzebowaliśmy dowodu, że mamy czym opuścić Indonezję na wypadek żądania pograniczników. Bilety kosztowały grosze więc można było spokojnie je sobie kupić dla spokoju ducha i nie mieć parcia na ich wykorzystanie.

niedziela, 3 stycznia 2016

Utgard - pierwszy festiwal historyczny na Słowacji.

Bywałem już na festiwalach w Czechach, ale jakoś nigdy nie zdarzyło mi się wyprawić w tym celu na Słowację, jakoś nigdy nikt nie zapraszał ani nie wspominał, że tam był lub będzie. Nigdy się nawet nie zastanawiałem dlaczego tak jest. Odpowiedź poznałem dopiero kiedy chłopaki z Bielskiej Drużyny Najemnej "Svantevit" zaprosili mnie na wyjazd do Słowacji. Okazało się, że jedziemy na pierwszą w ogóle imprezę wczesnośredniowieczną w tym kraju. Przynajmniej taka wersja została mi przedstawiona. Festiwal został przez organizatorów nazwany Utgardem, jest to nawiązanie do mitologii skandynawskiej według której Utgard to kraina znajdująca się pod korzeniami drzewa życia Yggdrasil, a zamieszkiwana przez lodowe olbrzymy i charakteryzująca się raczej chłodnym klimatem.

Przez herbaciane pola.

Skoro już dojechaliśmy w góry to trzeba było je sobie choć trochę obejrzeć. Uzbrojeni w mapę i dobre chęci ruszyliśmy w poszukiwania szlaku. Pamiętaliśmy jakim to było wyzwaniem w Tajlandii i spodziewaliśmy się podobnej przeprawy, a tu szok! Szlaki są jasno oznaczone, wiadomo gdzie jest na nie wejście, a tak w ogóle to każdy napotkany tubylec płynną angielszczyzną wskaże drogę. Pierwotnie zamierzaliśmy zrobić sobie spokojny spacerek i dostać się na górę Gunung Berembun. Zwiedzanie zaczęliśmy od Wodospadu Robinsona, a potem zatopiliśmy się w dżunglę... Ładną dżunglę, zieleńszą i bardziej urozmaiconą niż te z Tajlandii, do tego zaopatrzoną w sporą ilość mchów i drzewiastych paproci. Od razu przypomniały mi się filmy dokumentalne o dinozaurach, w których to pradawne stwory przechadzały się pod roślinami wyglądającymi dokładnie jak te, na które patrzyliśmy. Dość ciekawe wrażenie, w dodatku mocno stymulujące wyobraźnię. Mapa wydawała się bardzo czytelna, ale chyba nie do końca idealna, coś nam się pociapało i poszliśmy niewłaściwym szlakiem oznaczonym numerem 9 a potem 9a.

piątek, 1 stycznia 2016

Jare Gody 2015 w osadzie Białogród.

Po raz pierwszy od kilku lat mogliśmy uczestniczyć w obchodach równonocy wiosennej, znanych również jako Jare Gody. W poprzednich latach zawsze tak się składało, że byliśmy za granicą, jesteśmy więc bardzo zadowoleni, że tym razem okoliczności pozwoliły przybyć do pobliskiego Białogrodu i spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi.