poniedziałek, 2 marca 2015

Hat Yai - ostatni przystanek w Tajlandii.

Trochę wynudziliśmy się w parku narodowym, nie było po co w nim dłużej siedzieć, więc rankiem 6 marca wyruszyliśmy w drogę do Hat Yai, miasta z którego mieliśmy za kilka dni pociąg do Malezji.
Park opuściliśmy w ten sam sposób w jaki do niego dotarliśmy czyli pieszo, poczekaliśmy trochę na przystanku i o 9.30 ruszyliśmy busem do Surat Thani (150 bahtów na osobę), gdzie mieliśmy się przesiąść na pociąg do Hat Yai. Na dworcu czekała nas przykra niespodzianka, najbliższy pociąg odjeżdżał dopiero w okolicach północy. Trzeba było dostać się na dworzec autobusowy, tylko jak się tu dowiedzieć gdzie on jest? Nieszczególnie było się kogo zapytać, przed dworcem stali panowie moto-taksówkarze w niebieskich kamizelkach narzuconych na koszule z nazwą firmy. Wyglądali całkiem profesjonalnie więc zapytaliśmy ich. Zerknęli na zegarek i stwierdzili, że trzeba się śpieszyć to jeszcze zdążymy na autobus, a dworzec jest 7 km stąd.


Nie bardzo mieliśmy inny pomysł co ze sobą zrobić, więc zgodziliśmy się jechać na motorkach. 250 bahtów to niezbyt zachęcająca cena, ale lepsze to niż zmarnować cały dzień. W drogę ruszyliśmy na dwóch motorkach, plecaki podręczne poszły pod nogi kierowców, duże jechały na naszych plecach. Utrzymać się na motorku z takim obciążeniem w połączeniu ze sposobem jazdy Tajów to niezły wyczyn. Przejechaliśmy rzeczywiście kilka kilometrów wciskając się pomiędzy auta, zawracając im przed zderzakami i mijając kolanami na centymetry pojazdy, które wymijaliśmy. Fajna była ta jazda... Oczywiście nie zostaliśmy podstawieni pod dworzec tylko pod zaprzyjaźnione biuro podróży, które z pewnością zaoferowało by nam komfortowy i absolutnie za drogi transport. Od razu skierowaliśmy się na widoczny już po drugiej stronie ulicy oficjalny dworzec autobusowy. Tam czekała nas kolejna przeprawa ze zdobyciem informacji na temat właściwego autobusu. Z dużym trudem przeskoczyliśmy to zadanie, a nawet dowiedzieliśmy się z którego stanowiska ma jechać. Bus miał podstawić się w południe, spóźnił się tylko pół godziny. Bilety kosztowały nas 240 bahtów na osobę, w kasie mówili że będzie 280, ale nie wykłócaliśmy się o różnicę. Szczęśliwi usadowiliśmy się w busie, wyjechaliśmy z dworca i po jakichś trzech minutach zobaczyliśmy dworzec pociągowy, z którego przyjechaliśmy motorkami... w dodatku nasz bus się nawet pod nim zatrzymał :/ No cóż... Chyba daliśmy się zrobić w jajo, na szczęście nie wycyckano od nas poważnej kwoty. Powiem nawet, że opłacało się zapłacić to 25 zł za taką przejażdżkę.

W autobusie spędziliśmy kilka upojnych godzin z przebojami tajskiej muzyki rozrywkowej, było ciężko. W autobusie tak jak i w pociągach pojawili się sprzedawcy z przekąskami, była też przerwa na obiad dla kierowcy, z której i my skorzystaliśmy żeby się posilić. Wieczorem byliśmy już w Hat Yai. Znaleźliśmy sobie znośny cenowo hotel (240 bahtów za dwuosobowy pokój na noc) oferujący dość niestandardowy standard pokoju. Na wyposażeniu mieliśmy łóżko, wieszak z zespawanych drutów, plastikowy stołek, lub stolik (nie jestem do końca pewien) i plastikową rurę biegnącą przez cały pokój. Było luksusowo... Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na spacer po mieście, które raczej nie zrobiło na nas szczególnego wrażenia i poszliśmy odpocząć po trasie.


Następnego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Nieco różniło się od poprzednich, przede wszystkim rzucała się w oczy większa obecność Chińczyków, dość łatwo było trafić na restaurację prowadzoną przez tą nację. Miasto było również bardziej zindustrializowane, widać było warsztaty i jakieś małe fabryki, dostępny towar również miał często techniczny charakter. Pierwszym wyzwaniem jakie sobie wyznaczyliśmy było odnalezienie pralni. Nasze ciuchy bardzo potrzebowały gorącej wody... Do tej pory radziliśmy sobie ręcznie. Przy każdej okazji praliśmy w dłoniach wszystko co było akurat brudne i suszyliśmy na słońcu. Ja po cichu liczyłem, że pamiątka jaką zostawiły mi na krótkich spodenkach rudawki w Ayutthayai spierze się w pralce. Niestety się zawiodłem... Fioletowa plama została ze mną już do końca podróży. Kolejnym punktem była poczta, chcieliśmy wysłać widokówki do Polski i przy okazji pozbyć się kilku drobiazgów i pamiątek z plecaka. Paczka z Tajlandii to średnio opłacalny interes, wyszło nam za nią jakieś 70 złotych, a wcale nie była ciężka. Wracając z poczty trafiliśmy na manifestację antyrządową. Niestety nie była zbyt wielka, nikt do nikogo nie strzelał ani nie latały butelki z benzyną. Nuda ogólnie rzecz biorąc. No ale i tak podeszliśmy sobie popatrzeć, dostaliśmy butelkę wody tak jak inni demonstranci, pstryknąłem kilka zdjęć policjantom i  demonstrantom, posłuchałem przemów w języku, z którego nie rozumiem ani słowa i sobie poszliśmy z powrotem. Rozglądaliśmy się po mieście za czymś ciekawym do zwiedzania, niestety raczej ubogo było pod tym względem. Trafiliśmy tylko na chińską świątynię buddystów. Niemalże cała jej powierzchnia z zewnątrz i od wewnątrz była wyłożona kafelkami przedstawiającymi, smoki, swastyki, zdobienia, scenki rodzajowe i tym podobne. Dla zobaczenia tego przybytku zdecydowanie było warto wytoczyć się z hotelu. Resztę dnia spędziliśmy na przygotowaniach teoretycznych do pobytu w Malezji. Pociąg mieliśmy o 16-tej dnia następnego, przedtem zaopatrzyliśmy się w prowiant na drogę, zdobyłem sobie ostatnie drobniaki do kolekcji zagranicznych monet i ruszyliśmy na dworzec. Udało nam się jeszcze poznać parę sympatycznych Czechów, z którymi pogadaliśmy trochę przy okazji posiłku. Dziwnym trafem ze Słowianami dogaduje nam się zawsze najlepiej... Ostatnie chwile w Tajlandii spędziłem czając się z aparatem na bywalców dworca. Większość ludzi tutaj była muzułmanami więc różnili się już strojami od przeciętnego Europejczyka, szczególnie kobiety w swoich hidżabach. Trzeba było wyzyskać okazję, że się nie przemieszczają. W końcu podjechał nasz pociąg i ruszyliśmy w nim do nowego kraju i po nowe przygody.

Miasto nocą.
Nasz luksusowy apartament...
... oraz równie luksusowa łaźnia.
Pod pocztą znaleźliśmy plakat z polską dwuzłotówką, miło się nam zrobiło.
Manifestacja antyrządowa, którą odwiedziliśmy, przebiegała bardzo spokojnie. Nikt nie rzucał koktajlami Mołotowa, nie padały zastrzelone trupy. Nudy....








Stoisko z ozdobami patriotycznymi, szkoda, że u nas takie to rzadkość.
Żywia zawsze znajdzie jakiegoś kota... (To koty znajdują mnie...)
Wnętrze chińskiej restauracji, nadzwyczaj schludnej jak na lokalne standardy.

Szyld jakiegoś sklepu z sympatycznymi motywami zdobniczymi.
Buddyjska świątynia w całości wyłożona kafelkami, jeden z niewielu interesujących punktów w mieście (chyba, że tych interesujących nie udało nam się znaleźć).



























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz