niedziela, 30 listopada 2014

Przepiórcze jaja, demonstranci i inne przypadki w pociągach tajlandzkich. W drodze na pływający targ.

Nasz pierwszy pobyt w dżungli dał nam więcej wrażeń niż byśmy się śmieli spodziewać. Nic więc dziwnego, że z żalem opuszczaliśmy to miejsce, choć pora nam było w drogę. Kolejne fascynujące miejsca czekały na odkrycie. Z rana spakowaliśmy plecaki i podreptaliśmy do głównej drogi, aby łapać stopa. Jezdnia przecina cały park, więc postanowiliśmy wyjechać z niego po przeciwnej stronie. Znowu łapanie stopa zajęło nam aż 15-20 min, bo nikogo prawie nie było na drodze. W końcu zatrzymała nam się jakaś rodzina Tajów i zaprosiła na pakę auta.


niedziela, 23 listopada 2014

Khao Yai czyli Światosław w dżungli cz. III

19 luty 2014

Trzeciego dnia stwierdziłem, że żeby zobaczyć coś ciekawego, trzeba wstać jak najwcześniej. Żywia wcale nie była zachwycona, że zdzieram ją przed 5-tą rano, no ale czasem trzeba pocierpieć dla wyników. Było całkiem ciemno kiedy wyszliśmy z kempingu, tak że wczesnym świtem byliśmy pod kwaterą parku. Dalej liczyliśmy na gibbony więc znowu przeszliśmy betonowy szlak, gibbony gdzieś tam hałasowały, ale nie miały ochoty się zbliżać, zamiast nich zobaczyliśmy jakiegoś węża w kolorze ciemnej miedzi, który spełzał ze szlaku, widać nie miał żadnej ochoty na spotkanie z ludźmi. (Wyszliśmy jeszcze przed świtem i spacer po parku po ciemku to niezłe przeżycie! Rośliny po bokach ścieżki są jakieś takie wyższe i pełne niewiadomych. Słyszy się dużo, a widzi tylko tyle ile oświetla latarka, człowiek nagle zdaje sobie sprawę jaki jest nieporadny i zależny od wzroku - Ż.)


niedziela, 16 listopada 2014

Khao Yai czyli Światosław w dżungli cz. II

Kolejny dzień w parku postanowiliśmy w całości przeznaczyć na wędrówki, wstaliśmy sobie przed 7-mą rano, żeby jak najszybciej dostać się na szlak tylko troszkę nam to nie wyszło... Chcieliśmy sprawdzić trasę wyrysowaną nam na mapce. Przeszliśmy szmat drogi po asfalcie nie widząc niczego ciekawego, żeby dotrzeć do kwatery parku (dopiero wtedy zrozumieliśmy jakim szczęściem dla nas był facet, który pokierował nas na skróty). Mieliśmy nadzieję, że może zobaczymy gibbony, którymi szczyci się park.


piątek, 7 listopada 2014

Khao Yai czyli Światosław w dżungli cz. I

Nocka na trawniku między bungalowami pomimo szczekania gekonów minęła nam spokojnie. Rankiem zdecydowaliśmy, że zostaniemy na tym miejscu, a do parku będziemy tylko zaglądać na spacerki po szlakach i wracać z powrotem na nocleg. Naiwni... Nie mieliśmy zielonego pojęcia jak wyglądają realia pobytu w takim parku (w necie udało nam się trafić na kilka relacji z wizyt w parku, ale bez żadnych informacji praktycznych). Szczęśliwie i na lekko doszliśmy sobie do bramy, tam strażnicy poinformowali nas, że wejście to 400 bahtów na osobę (ok. 40 zł) i musielibyśmy płacić za każdym razem gdy wchodzimy na teren parku, a tak w ogóle to do centrum turystycznego wokół którego koncentruje się większość szlaków jest jakieś 15 km.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Obchody Dziadów w Białogrodzie.

Rekonstrukcja historyczna to nie tylko strój i broń, ale również obyczaje naszych przodków. Nic więc dziwnego, że czas Zaduszek spędziliśmy w strojach historycznych próbując się wczuć w realia minionej epoki. Skorzystaliśmy z zaproszenia naszych przyjaciół, którzy w Białogrodzie zorganizowali obrządek "Dziadów" wraz z ucztą. 

Karaboszki i instrumenty to ważny element obchodów. Maski (karaboszki) chronią przed niechcianymi spotkaniami z nieprzyjaznymi duszami - zasłaniamy twarz, więc jesteśmy "anonimowi". Instrumenty zaś wskazują Dziadom drogę do ciepła i jadła.

sobota, 1 listopada 2014

W trasie do parku narodowego Khao Yai.

Na zwiedzanie Ayutthayi wystarczy swobodnie jeden dzień i właściwie tylko tyle czasu na to poświęciliśmy. Po nocce spędzonej w naszym komfortowym hotelu wybraliśmy się w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Poza Bangkokiem łatwiej o tanie żarcie więc udało się nam kupić dwie, bardzo smaczne zupy z przezroczystym makaronem (makaron ryżowy - Ż.) i kawałkami mięsa za 75 bahtów (znaczy się 7,5 zł). Potem wpadliśmy do internetowej kafejki, skąd daliśmy znać światu, że jeszcze nas nic nie zeżarło. Wnętrze kafejki mocno odbiegało od widoków z jakimi oswoiliśmy się już w Tajlandii. Dobre komputery, wygodne fotele, schludnie, czysto, porządna klimatyzacja. Do kafejki (jak i do większości pomieszczeń) należało wejść bez butów, więc nasze sandały dołączyły do japonek przebywających wewnątrz dzieciaków. Godzina netu kosztowała 15 bahtów i transfer był adekwatny do ceny... (Musieliśmy się też zmierzyć z Windowsem i przeglądarką internetową w obcym alfabecie, a znalezienie ustawień językowych wśród tych dziwnych robaczków to dopiero zadanie, w końcu musiał nam pomóc pracownik kafejki - Ż.)