niedziela, 29 listopada 2015

Na Sebesi czyli pod palmami. Baza wypadowa na Krakatau.

Wczesnym rankiem 30 marca 2014 roku spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na pobliską przystań, żeby łapać statek na Sebesi, czyli wysepkę sąsiadującą z Krakatau. Trafiliśmy na dobry moment, przy pomoście bujało się kilka łodzi, a po nim przechadzało się trochę lokalnie wyglądających turystów i ludzi z załóg. Ktoś dowoził motorkiem jakiś towar pod burtę, grupa nastolatków śmiała się głośno. Nasze pojawienie się jak zwykle w tej części Indonezji wywołało małą sensację. Dość szybko udało się nam znaleźć kapitana jednej z łodzi i rozpocząć negocjacje. Pierwotnie planowaliśmy dostać się na Sebesi i tam szukać jakiegoś rybaka chętnego na wycieczkę. Kapitan zaproponował nam coś lepszego.

sobota, 21 listopada 2015

Kilka słów o tym jak przebijaliśmy się na Krakatau.

27 sierpnia 1883 matce Ziemi puściło się poważniejszego bąka, właściwie to największego jaki ludzkość odnotowała. Siłę wybuchu szacuje się dzisiaj na około 200 megaton trotylu, pyły wulkaniczne opadły na jakieś 70% globu, a fala sejsmiczna obiegła nasz glob 7 razy. Takie atrakcje zapewnił światu wulkan Krakatau znikając przy okazji z powierzchni globu wraz z kilkoma okolicznymi wysepkami. Wszystko to wydarzyło się w Cieśninie Sundajskiej znajdującej się pomiędzy Sumatrą i Jawą. Na miejscu starego Krakatau wyrosła nowa wysepka z aktywnym wulkanem o nazwie Anak Krakatau, czyli Dziecko Krakatau. Żywia uznała, że koniecznie chciałaby się na nią dostać, a ja nie śmiałem się takim planom przeciwstawiać. Nie tyle uznałam, ja od dziecka, kiedy w jakiejś książce przeczytałam o tej katastrofie, wiedziałam, że kiedyś koniecznie odwiedzę to miejsce. Już kiedy planowaliśmy podróż w tą część świata, wizyta na Krakatau to był dla mnie jedyny pewnik :) - Żywia.


piątek, 13 listopada 2015

Merak - czyli Indonezja poza turystycznym szlakiem.

Merak - miasteczko portowe na północno-zachodnim krańcu Jawy, punkt z którego można się w najprostszy sposób dostać na Sumatrę. Takie miasteczko, do którego każdy dojeżdża, od razu biegnie na prom i znika z niego po pół godziny, inaczej mówiąc miejsce wprost idealne żeby się zaaklimatyzować w nowym kraju. Do miasta dotarliśmy około 22-giej więc dość późno, wysiedliśmy na ostatniej stacji kolejowej na wyspie, rozejrzeliśmy się po zdezelowanym dworcu i postanowiliśmy odszukać jakiś nocleg. Tyle, że najpierw trzeba się było z tego dworca jakoś wydostać, nie bardzo było widać chodniki prowadzące na miasto, a nazywanie tego co było widać chodnikami zakrawało na spore nadużycie, znaleźliśmy więc jakąś ścieżkę, która poprowadziła nas wprost w betonowy płot. Na szczęście o płot była oparta jakaś drabinka mająca imitować przejście, widocznie myśl konstrukcyjna w Indonezji nie zawsze przewiduje budowę furtek lecz potrafi sobie potem poradzić w inny sposób z udrożnieniem komunikacji. Po przerzuceniu plecaków na drugą stronę i podążeniu ich torem wylądowaliśmy na jezdni.
Cała ta scenka musiała wyglądać jak z jakiejś dziwnej komedii, zwłaszcza z perspektywy zaskoczonych miejscowych. Wyobraźcie sobie, że oto z krzaków za ogrodzeniem wylatują na "chodnik" dwa plecaki, a zaraz potem wynurza się za nimi górna połowa mnie lustrująca teren, by za chwilę zeskoczyć a w ślad za mną wymemłany Mojmir :) Nasze drabinkowe dzikie przejście wychodziło akurat obok jakiegoś baraku, może był tam sklepik, a może typowa rodzinna knajpka warung, ale późnym wieczorem zebrało się tam kilkoro merakańczyków i aż na chwilę zaniemówili, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Aż parsknęłam z absurdu tej sytuacji :)


poniedziałek, 9 listopada 2015

Indonezja - pierwsze starcie.

Z Singapuru wyruszyliśmy samolotem w stronę Dżakarty, na pokładzie poza obiadem dostaliśmy do wypełnienia dwa druczki, jeden wizowy, a drugi dla celników, w którym mieliśmy zadeklarować czy przewozimy coś co według lokalnego prawa przewiezionym być nie powinno. Na druczku było na przykład pytanie o produkty roślinne, kolektywnie uznaliśmy z Żywią, że herbaty, które ma upchane w plecaku produktami roślinnymi absolutnie nie są, więc nie ma co deklarować. W samolocie spędziliśmy około 4 godzin oglądając debilne filmy i grając w szachy, nasz powietrzny pojazd był na tyle dobrze zaopatrzony, że każdy pasażer miał przed sobą ekranik i słuchawki ze sporą listą filmów, muzyki i gier do wyboru. Tak oto spokojnie i nieciekawie minęliśmy równik i po raz pierwszy w życiu znaleźliśmy się na południowej półkuli naszego globu.