sobota, 21 listopada 2015

Kilka słów o tym jak przebijaliśmy się na Krakatau.

27 sierpnia 1883 matce Ziemi puściło się poważniejszego bąka, właściwie to największego jaki ludzkość odnotowała. Siłę wybuchu szacuje się dzisiaj na około 200 megaton trotylu, pyły wulkaniczne opadły na jakieś 70% globu, a fala sejsmiczna obiegła nasz glob 7 razy. Takie atrakcje zapewnił światu wulkan Krakatau znikając przy okazji z powierzchni globu wraz z kilkoma okolicznymi wysepkami. Wszystko to wydarzyło się w Cieśninie Sundajskiej znajdującej się pomiędzy Sumatrą i Jawą. Na miejscu starego Krakatau wyrosła nowa wysepka z aktywnym wulkanem o nazwie Anak Krakatau, czyli Dziecko Krakatau. Żywia uznała, że koniecznie chciałaby się na nią dostać, a ja nie śmiałem się takim planom przeciwstawiać. Nie tyle uznałam, ja od dziecka, kiedy w jakiejś książce przeczytałam o tej katastrofie, wiedziałam, że kiedyś koniecznie odwiedzę to miejsce. Już kiedy planowaliśmy podróż w tą część świata, wizyta na Krakatau to był dla mnie jedyny pewnik :) - Żywia.


Z tego też powodu w dniu 29 marca 2014 roku opuściliśmy hotelik w Merak i ruszyliśmy na prom mający dostarczyć nas gdzieś w pobliże, pierwotnie chcieliśmy samodzielnie dotrzeć na wysepkę Sabesi, tyle że bezpośrednio z Merak nic tam nie pływało, trzeba było zrewidować plany i dostać się najpierw na Sumatrę. To akurat było proste, prom kosztował nas 13 tys. rupii na osobę i wyprawa nim okazała się przygodą samą w sobie. Dość szybko po zajęciu siedzeń na pokładzie rozpoczęliśmy konwersację z jakimś panem siedzącym obok, w zasadzie to on rozpoczął konwersację z nami. Coś tam gadał po angielsku i wypytywał nas po osiem razy o to samo, kiedy powiedzieliśmy mu, że wybieramy się na Krakatau był bardzo zdziwiony, gdy usłyszał że nie mamy w planach wynajmowania przewodnika, był w szoku. Ciągle powtarzał że to jest "krejzi", w ogóle sprawiał wrażenie trochę upośledzonego. Szczerze odetchnęliśmy kiedy w końcu się odczepił i zajął jedzeniem. Przy okazji zrozumieliśmy czemu w Indonezji jest taki syf. Wszystko co miał do jedzenia było zapakowane w jakieś plastiki czy torebki. Wszystkie te opakowania bez najmniejszego wyjątku zaraz po wykorzystaniu leciały za burtę. Wszystko to absolutnie bezrefleksyjnie i odruchowo, ot jest śmieć i nie ma śmiecia. Nie tylko nasz sąsiad tak robił, a ja aż się skręcałem na ten widok. Gdybym był świadkiem czegoś takiego w Polsce to prawdopodobnie śmiecący delikwent poleciałby tym samym torem co jego odpadki, ale tutaj w obcym kraju nie zamierzałem pouczać miejscowych, nawet gdybym próbował, to szybciej by mnie chyba posłali do psychiatryka niż zrozumieli o co mi chodzi.
Inną, dla odmiany ciekawą atrakcją promu były dzieci zarobkujące sobie u podróżnych. Jeszcze przed wypłynięciem biegały pomiędzy nimi i prosiły o drobne oferując w zamian widowisko w postaci skoku do wody. I rzeczywiście, gdy prom oddalił się nieco od portu chłopcy zaczęli skakać. Niby nic, chyba, że patrzy się na sześciolatków skaczących z wysokości 3 piętra. Widocznie często to robili, bo niewiele w nich było obawy przed lotem i wodą. Potem chłopcy dopłynęli sobie do molo i pewnie czekali na kolejny prom, w którym da się zarobić trochę drobnych. Albo papierosów, bo były tu równie dobrą walutą na takie okazje - Żywia.


Ostatnią przygodą na promie było wychodzenie z niego, gdy tylko zacumowaliśmy wszyscy rzucili się do wyjścia, jakby statek miał za chwilę zatonąć. Jakoś udało nam się uniknąć stratowania i wydostać na zewnątrz, by utknąć w zwyczajnej i całkowicie spokojnej kolejce do wyjściowej bramki.
W końcu opuściliśmy port i znaleźliśmy się w miejscowości Bakauheni, niestety nawet nie zerknęliśmy na miasto, od razu zapakowaliśmy się w jakiś zdezelowany autobus żeby ruszyć w dalszą drogę, chcieliśmy jeszcze dzisiaj dostać się do portu Canti z którego podobno pływają promy na Sabesi. Gdzieś po dziesięciu minutach dowiedzieliśmy się, że ten autobus nigdzie nie jedzie i wszyscy mamy się przesiąść do innego zdezelowanego grata. Odrapanego, pordzewiałego, z szybami ledwo trzymającymi się w oknach i poniszczonymi siedzeniami. W tym oto pięknym pojeździe przyszło nam spędzić dwie kolejne godziny. Jechaliśmy w towarzystwie papierosowego dymu i pustych butelek po napojach przewracających się po całej podłodze na każdym zakręcie usypiani rzężeniem silnika ledwo radzącego sobie z wyjeżdżaniem na pagórki. Oczywiście nasz pojazd zaopatrzony był w układ wentylacyjny uprzyjemniający drogę, tworzyły go szczeliny w oknach i tylne drzwi otwarte na oścież. Przy okazji tej podróży warto się było pogapić za okno, mijaliśmy trochę tarasowych upraw ryżu z pracującymi na nich ludźmi w stożkowatych, plecionkowych kapeluszach idealnie pasujących do uprawy ryżu. Z plecionki zbudowanych było też sporo chat w których ci ludzie mieszkali. Nie ma co, egzotyka jak ta lala, na takie widoki liczyłem jadąc do Azji, wszelkie niedostatki w transporcie traciły w tym kontekście na znaczeniu, a bez tego kontekstu i tak bym je odbierał najwyżej jako zabawne lub pełne lokalnego kolorytu.


Na mapie odległość pomiędzy Bakauheni i Canti wcale nie wydawała się za wielka, nieco inaczej wyglądało to w praktyce. Mam dziwne wrażenie że jechaliśmy tam odrobinę na około. Tak czy inaczej autobus nie dowiózł nas bezpośrednio do portu, wysiedliśmy na przystanku w miejscowości Kalianda i rozejrzeliśmy się za kolejnym środkiem transportu, czyli tym razem skuterami. Poszło dość łatwo, trochę ponegocjowałem i za 40 tys, pomknęliśmy oboje na dwóch motorkach w siną dal, jechaliśmy dość długo, chyba około pół godziny. Byłoby krócej gdybyśmy przypadkiem nie utknęli w motocyklowej manifestacji komunistów. Trąbili, darli pyski, śmiecili ulotkami i wymachiwali swoimi czerwonymi gałganami z głową byka tarasując cała drogę. Cała grupa liczyła z 60 pojazdów, na jej czele jechał samochód z megafonem i głośnikami obwieszczając światu, że już wkrótce wybory więc warto by zagłosować na ich kandydatów. Oczywiście nie rozumiałem ani słowa, ale jestem dziwnie przekonany, że lokalne pikiety przedwyborcze są dość podobne do naszych przesłaniem, nawet jeśli różnią się formą. Kierowcy naszych motorków dzielnie przebijali się przez zatłoczoną drogę, siła rzeczy byliśmy na wyciągnięcie ręki od innych motorków i budziliśmy tam spore zainteresowanie, coś tam do nas krzyczano i usiłowano zaczepiać, nie było to nazbyt przyjemne. (Ja miałam konkretnego pietra, bo nieraz zaczepiali mnie o dolary albo proponowali małżeństwo, miałam bolesną świadomość tego, że wystarczy mnie pociągnąć za plecak i leżę jak długa na ulicy otoczona buzującymi komunistycznymi byczkami...- Żywia) W końcu trafił się kawałek wolnego pobocza i nasi kierowcy wyrwali się przed demonstrację niemalże gubiąc nas przy okazji. Okazało się, że punkt docelowy był już blisko, w pięć minut byliśmy na miejscu, przy rozliczaniu się kierowcy udawali, że nie mają wydać reszty, ale jakoś im to nie przeszło i pieniądze szczęśliwie wysupłali. W chwilę po uregulowaniu należności pojawiła się nasza ukochana demonstracja, faceci jadący na pace samochodu pozdrowili mnie lewą pięścią nawet, a ja z rozpaczą przypomniałem sobie, że nie mam przy sobie ani jednego granatu :(


Miejscowość, w której wylądowaliśmy okazała się straszną dziurą, odkryliśmy w niej jeden sklepik połączony z jadłodajnią i niezbyt zachęcający w dodatku drogi hotel. Nie bardzo mieliśmy ochotę wydawać 200 tys. rupii na pojedynczy nocleg i poważnie zastanawiałem się nad odszukaniem kawałka płaskiego pleneru pod namiot. Los jednak zechciał by było inaczej. Na dziedzińcu hotelu spotkaliśmy sporą grupę indonezyjskich turystów, zaczęliśmy rozmowę z jednym z nich, okazało się, że są z Dżakarty i mają tu spotkanie klasowe po latach. Facet bardzo dobrze mówił po angielsku, byliśmy tym lekko zdziwieni, bo już traciliśmy nadzieję na spotkanie kogoś takiego w Indonezji. Gdy mieliśmy się już zwijać mówiąc mu, że to trochę dla nas za drogo, facet stwierdził, że jego klasa zajęła wszystkie lepsze lub tańsze miejsca noclegowe więc my będziemy jego gośćmi. Teraz to dopiero się zdziwiliśmy. Facet mówił całkowicie poważnie, podszedł do recepcjonistki i zapłacił za nasz nocleg twierdząc jeszcze, że to dla niego przyjemność. Łoooo...

Tak więc dzięki uprzejmości absolutnie obcego nam człowieka wylądowaliśmy w hotelowym pokoju. Wyglądał on wprawdzie na taki, w którym za nocleg to hotel powinien płacić klientowi, a nie odwrotnie, no ale był. Były też jakieś graty stojące pod ścianami, dziury w ścianach i były komary, nie było natomiast żadnego wiatraka ani wentylacji, nie było również moskitier, ani nic co za moskitiery mogłoby posłużyć. Noc którą tam spędziliśmy była długa i swędząca...















Poszukiwanie dobrego miejsca do nurkowania przy naszym hotelu.


Widok z podwórka hotelowego.
Nasz nocleg.
Salonik hotelowy, tak tam w ścianie jest dziura, bo i po co szczelny budynek? Mrozów u nich nie ma, a tak przynajmniej gekony i reszta ferajny może swobodnie migrować :)

Pierwszy zaobserwowany okaz kunsztu pracy w drewnie w Indonezji, później na Bali już tylko płakałam, że nie mogę taszczyć ze sobą wielkich rzeźbionych szaf czy drzwi...
Tyle pisaliśmy o warunkach sanitarnych, a tu obraz do słowa: mandi. po lewej ubikacja, po prawej umywalka i spłuczka oraz chyba prysznic. A całość w surowym stylu, chociaż kamienna ściana i wdzierające się do wnętrza rośliny mają swój urok :)
Wersja bardziej luksusowa ze zbiornikiem na wodę, chociaż ja i tak wolałam nalewać bieżącej z kranu...
A tu nasz darowany apartament, widać prześwity w ścianach przez które wlatywały komary, ogólnie spaliśmy w takim składziku. I tak to suszy się mój stanik na belce ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz