niedziela, 22 lutego 2015

Znowu w dżungli - park narodowy Khao Sok cz II

Kolejny dzień w parku (czyli 4 marca) postanowiliśmy przeznaczyć na wyprawę dłuższym szlakiem. Zgoniłem Żywię z karimaty wcześnie rano, bo liczyłem na to, że z rana uda nam się jakieś stwory zobaczyć, zjedliśmy szybkie śniadanie w minibarze obok parku i ruszyliśmy w trasę. Przy wejściu na szlak musieliśmy okazać bilety strażnikom siedzącym w budce strażniczej i już można się było cieszyć naturą. No może nie do końca... Natura była po bokach, ale my szliśmy szeroką drogą, po której mogły poruszać się auta, nie jest to mój ideał szlaku.



Po jakiejś godzinie doszliśmy do polany nad rzeką z budką imitującą bar. Budka oferowała ciepłą wodę i jakieś przekąski typu chrupki. Obok było coś co pewnie uchodziło za wodospad, na szczęście tutaj zaczynał się prawdziwy szlak, czyli ścieżka wijąca się przez dżunglę. Tak jak wczorajsza, ścieżka biegła trawersem po stromych zboczach wąwozów, czasem trzeba było schodzić kilka metrów w dół po niemalże pionowym zboczu czepiając się korzeni drzew, gdybyśmy trafili tutaj w porze deszczowej to spacer byłby sporym wyzwaniem... szkoda że nie trafiliśmy tu w porze deszczowej :( Żywych stworzeń było jak na lekarstwo, jakieś pojedyncze ptaszki gdzieś daleko, kilka tłustych jaszczurek i ze dwa razy małpy, chyba makaki daleko w koronach drzew się przewinęły. Ludzi na szlaku też praktycznie nie było, spotkaliśmy dwie dziewczyny z rana i jakiegoś chłopaka wracając po południu. Spacer był dość męczący, wysoka temperatura najbardziej nam doskwierała, obydwoje mieliśmy w plecakach wodę (z 5 litrów na dwoje) i trochę jedzenia. Właściwie za każdym razem gdy ruszaliśmy w trasę mieliśmy przy sobie prowiant i wodę, bez jedzenia dałoby się cały dzień bez większych kłopotów wytrzymać, ale bez wody to już by było dużo gorzej.
Kilkakrotnie na trasie spotykaliśmy informacje o wodospadach, które mijamy, zazwyczaj były małe i nieszczególnie warte uwagi. Ostatni wodospad, który był celem naszej wędrówki prezentował się równie nieciekawie co pozostałe, różnił się jednak od nich szerokim i porządnie głębokim rozlewiskiem, w którym można się było wykąpać. Po około 4 godzinach marszu wskoczyliśmy do wody z czystą rozkoszą. Tutaj też było sporo pszczółek łażących po kamieniach i interesujących się naszymi ubraniami i plecakami. Owady były dość wścibskie, ale całkowicie nieagresywne i dało się ich pozbyć bez półgodzinnych wrzasków. Po kąpieli i wygrzewaniu się na kamieniach zanurzonych w wodzie, zabraliśmy się za skromny posiłek składający się z pikantnej konserwy rybnej. Dla Tajów byłaby pewnie lekko ostra lub łagodna, my ledwo sobie z nią poradziliśmy. W międzyczasie przesuszyliśmy przepocone ubrania i odpoczęliśmy sobie. Drogę powrotną przebyliśmy już spokojniejszym marszem, wiedzieliśmy już ile mniej więcej czasu nam zajmie i z kalkulacji wyszło, że na pewno wyrobimy się przed zmierzchem. Nie wiem na pewno jaki dystans pokonaliśmy, ale obstawiałbym, że do końca szlaku było z 10 kilometrów i drugie tyle z powrotem. Przy budce musieliśmy ponownie pokazać bilety, strażnicy przyczepili się do wczorajszej daty i im trzeba było tłumaczyć, że śpimy na terenie parku i to dlatego. Jakoś pojęli i można było już wracać na biwak. Pod namiotem byliśmy około 16-tej. Resztę dnia spędziliśmy na obijaniu się z książka (brutalna walka o czytnik trwała nam całą podróż) lub przebieraniu zdjęć. Oszczędzałem miejsce na karcie więc zdjęcia segregowałem na bieżąco odrzucając te które nie wyszły lub były kiepsko wykadrowane.



Nie mogę nie opowiedzieć tutaj historii pewnych japonek, przypuszczam, że były to japonki o przebiegu kilometrów i właścicieli większym niż niejedne buty ;) Gdy już wracaliśmy do obozu, w jednym z licznych zagajników bambusowych spostrzegliśmy wśród liści but - japonkę właśnie. Leżał sobie niewinnie świadcząc o wielkim pośpiechu właściciela i pobudzał wyobraźnię, co takiego musiało się przytrafić poprzedniej użytkowniczce (bo ewidentnie należał do kobiety), że zostawiła buta na bądź co bądź, dość uciążliwym szlaku dla bosej osoby. Wzruszyliśmy ramionami i poszliśmy dalej. Po kilkudziesięciu metrach na ścieżce wypatrzyliśmy jednak japonkę do pary :) No to już było zabawne, wyobrazić sobie panią kicającą boso przez dżunglę. Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem kupienia sobie dodatkowych lekkich butów i trochę niepoważnie rozpoczęłam oględziny porzuconego obuwia. Okazało się, że nie dość, że klapki były praktycznie nowe i zupełnie nie znoszone, to leżały idealnie - jakby dla mnie dżunglowego Kopciuszka podstawione :P Jak Jedyny Pierścień postanowiły zmienić właścicielkę i czekały na mnie spokojnie pośrodku szlaku. Mojmir szybko zawrócił po klapek, który zostawiliśmy za sobą i od tamtego dnia służyły mi wiernie niczym domowe kapcie, do czasu... Ale o tym w odpowiednim czasie ;) - Żywia.

Postanowiliśmy zostać jeszcze jeden dzień w parku. Nie chciałem zmarnować go w całości więc wybrałem się ponownie na krótszy szlak, tym razem mi się poszczęściło i spotkałem jakiegoś węża, niestety nie chciał przystanąć i zademonstrować mi swoich charakterystycznych cech gatunkowych. Do zdjęcia też mi nie zapozował. Innych atrakcji nie odnotowałem. Po południu wybraliśmy się na spacer poza teren parku. Trafiliśmy na sporą ciżbę turystów włóczących się pomiędzy biurami podróży i barami. Dziwnie nam to kontrastowało z pustką na szlakach. Park Khao Sok był chyba najmniej ciekawym z parków narodowych, które odwiedziliśmy, gdyby nas było stać, mielibyśmy pewnie inne wrażenia. Płacąc za wycieczkę moglibyśmy dostać się wgłąb parku nad zalew w górach i tam podziwiać piękne krajobrazy, niestety zbliżała nam się podróż po Malezji, a nie wiedzieliśmy jakie sumy będziemy musieli tam wydać. Trzeba było oszczędzać i radzić sobie samemu.












Szlak często był stromy i oznaczony tabliczkami "uwaga ślisko". Byliśmy na nim w porze suchej więc szło się bez kłopotów. Uważam, że wycieczka w porze deszczowej byłaby znacznie bardziej fascynująca. Tyle, że mogłaby się łatwo skończyć poważnym złamaniem.






Niewiele spotkaliśmy żywych stworzeń po drodze, wyjątkiem było kilka jaszczurek.

Jeden z wodospadów po drodze.





Cel naszej wycieczki połączony z kąpieliskiem.




Pszczółki kręcące się w pobliżu wody, to te zwierzątka doprowadziły wczoraj do pisku jakąś Francuzkę, a dzisiaj usiłowały pozwiedzać wnętrze naszego obuwia.
Powrót pod górę nie był najłatwiejszym zadaniem.

Przerwa na papu, puszka z pikantną rybką niezbyt przypadła nam do gustu.
Po drodze mijaliśmy takie kopczyki. Były bardzo twarde, z otworkiem w środku, przypominały małe kominy. Nie mamy zielonego pojęcia jakie zwierzę je stworzyło, ale sądząc po rozmiarach wewnętrznego otworu miało ponad centymetr średnicy.




Stromo...











Czekając na autobus z parku mieliśmy okazję podziwiać takie widoki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz