niedziela, 31 maja 2015

Wycieczka po farmach Wzgórz Camerona.

14 marca 2014 przeznaczyliśmy sobie na zorganizowaną wycieczkę, która została nam zaproponowana w hotelu. Za 20 RM na osobę można się było szarpnąć. O 8.45 zostaliśmy odebrani spod hotelu i ruszyliśmy w trasę. Kierowcą i przewodnikiem był starszy, niewielki Chińczyk, poza nami w busiku znalazła się jeszcze para młodych Holendrów i starych Kanadyjczyków. W programie wycieczki było zwiedzenie kilku różnych plantacji, pierwszą do której nas zawieziono była farma kwiatowa "Rose Center". Niestety cena wycieczki nie obejmowała ceny wejściówek i musieliśmy zapłacić po 5 RM za wstęp. Nazwa farmy odpowiadała rzeczywistości i różnokolorowych róż było tam całkiem sporo, poza nimi były też inne, często tropikalne kwiaty hodowane w szklarniach. Mieliśmy około pół godziny na obejście sobie plantacji samodzielnie i trzeba było już wracać na umówione miejsce do busa. Wystarczyło na dość pobieżne zwiedzenie obiektu, zdążyliśmy przynajmniej wyjść na taras widokowy i posłuchać śpiewu jakiegoś ptaszka w jednej ze szklarni.

Kolejnym przystankiem była farma truskawek "Raaju Hill". Ta farma była mocno nieciekawa, do zwiedzania było zaledwie kilka rządków truskawek uprawianych w szklarni na podwieszanych platformach, żeby nie brudziły się od ziemi. Wprawdzie nie płaciło się wejściówki, ale truskawki były tylko do kupienia i to w strasznie wysokich cenach. Można było sobie na przykład uzbierać samemu pół kilograma i zapłacić za to 30 RM! Bardzo nędzny interes... Rzeczywiście, uzbierałem sobie samemu, tyle że ani jedna z zerwanych przeze mnie truskawek nie trafiła na wagę, natomiast wszystkie trafiły do żołądka. Żeby nie było, że kradnę, kupiliśmy potem dosłownie kilkanaście truskawek ze śmietaną za 8 RM... Te zakupione truskawki razem z tymi które zeżarłem i tak były warte mniej niż kwota, którą na nie wyłożyliśmy (8 złotych to w końcu było!).
(Ja dodam od siebie, że wcale tych ośmiu złotych nie żałuję, bo truskawek nie jedliśmy od dwóch lat. Rok wcześniej wiosnę i lato spędzaliśmy na Islandii, gdzie takie rarytasy są niedostępne, a  jeśli są, to truskawki przypominają tylko kształtem, na pewno nie smakiem. Nadal będę się trzymała wersji, że truskawki zjedzone na plantacji Raaju były najpyszniejsze w 2014 roku :) - Żywia)

Następnie skierowaliśmy się do Sungai Palas Boh Tea Estate czyli plantacji herbaty, którą mijałem poprzedniego dnia wracając z omszałego lasu. Znowu jechaliśmy pełną zakrętów drogą trąbiąc przed każdym z nich. Po drodze przystanęliśmy w miejscu ze szczególnie dobrą (według kierowcy) panoramą na okolicę. Widok rzeczywiście był niezły, czyli taki sam jak na większości pozostałych zakrętów. Prawdziwymi zaletami tego miejsca okazały się krążące na niebie orły (właściwie to nie orły ale wyglądały jak orły) i pracownicy plantacji zbierający herbatę. Drapieżne ptaki, które krążyły nam nad głowami okazały się być wężojadami czubatymi (Spilornis cheela malayensis), czyli sporymi ptakami drapieżnymi z rodziny jastrzębiowatych, z rozpiętością skrzydeł sięgającą do półtorej metra i majestatycznym lotem. Sporo się nagimnastykowałem żeby strzelić im jakąś znośną fotkę, ale w końcu się udało. Z robotnikami na plantacji było dużo łatwiej, ci zachowywali się całkiem spokojnie i nigdzie nie próbowali odlatywać.


Niestety kiedy mierzyłem do nich z aparatu to nie bardzo chciało im się zbierać herbatę. Nie udało mi się odkryć czy był to świadomy sabotaż moich wysiłków reporterskich czy zwyczajna przerwa. Okazało się przy okazji, że reklamy kłamią i szczęśliwy pracownik nie zrywa trzech najmłodszych listków ze szczytu krzewu. Robotnik ścina nożycami zaopatrzonymi w skrzyneczkę szczyty krzewów, a następnie wrzuca pozyskaną biomasę przez głowę do kosza na plecach. Gdy dotarliśmy do samej plantacji okazało się, że spędzimy tam najwięcej czasu. Najpierw obejrzeliśmy film przedstawiający historię uprawy herbaty, Potem sam proces przygotowywania herbaty do spożycia. Świeże listki herbaty zapachem w żaden sposób nie przypominają zawartości naszych szklanek z naparem herbacianym. Aromatu nabierają dopiero po odpowiednim przygotowaniu. Przy okazji dowiedzieliśmy się kilku ciekawostek na temat upraw. Krzewy herbaciane przycina się raz na 3 tygodnie i tak naprawdę nie są to wcale krzewy, a drzewa którym nie pozwolono wyrosnąć do normalnej formy. Kierowca pokazał nam jak wygląda drzewo herbaciane stojące przy drodze. Ciężko by je było samemu skojarzyć z krzewami herbacianymi. Dość interesująca była również informacja, że fabrykę założono w latach 30-tych ubiegłego stulecia i maszyny które oglądaliśmy w czasie zwiedzania pracują tam od początku jej istnienia. Czasu jaki mieliśmy na zwiedzanie siedziby plantacji wystarczyło jeszcze na przejrzenie sklepu firmowego, odpoczynek w pawilonie widokowym i krótki spacer poza siedzibę, żeby zrobić zdjęcia tego pawilonu. Spotkaliśmy tam również grupkę Polaków, miło było znowu usłyszeć ojczystą mowę.


Po herbacianej przyszedł czas na farmę pszczół Ee Feng Gu Honey Bee Farm. Tam byliśmy krótko i nie zobaczyłem nic ciekawego. Kilka pszczelich uli i niewiele ponad to. Na szczęście przystanek naszej wycieczki okazał się znacznie lepszy. Tym razem była to ferma motyli kosztująca 5 RM za wejście. W specjalnym pomieszczeniu ogrodzonym siatkami latała cała masa tych kolorowych owadów. Nie były szczególnie płochliwe więc można było swobodnie im się przyglądać z bliska, czasem nawet na nas siadały. Poza motylami były też woliery z innymi gatunkami sześcionogów, czasem ośmionogów, beznogi też się trafiały. Generalnie na farmie można było obejrzeć sporo zwierząt zarówno bezkręgowców jak i gadów czy małych ssaków. Mi najbardziej podobały się terraria z wężami, było ich tam kilkanaście i w każdym inny gatunek tych gadów. Niestety mieliśmy tylko pół godziny na tą atrakcję czyli co najmniej o pół godziny za mało. Ostatnim punktem naszej wycieczki była świątynia buddyjska Sam Poh. Nie było w niej nic nadzwyczajnego ani powalającego, ale też nie było z nią jakoś bardzo źle. Po wycieczce zostaliśmy odstawieni z powrotem pod hotel. Wycieczkę w ogólnym rozrachunku uznaliśmy za udaną i na upartego wartą swojej ceny. Jako że zwiedzanie nas mocno wygłodziło, wybraliśmy się na kolację. Zdecydowaliśmy się na lokalny specjał czyli czerwonego kurczaka tanduri. W restauracji spotkała nas spora niespodzianka, kelner o aparycji hindusa podszedł do nas i zapytał mniej więcej po polsku "jak sie mas?". Szczęki nam opadły, szybko się wyjaśniło skąd kelner umie to kilka słów po naszemu, po prostu w restauracji siedziało już kilkoro Polaków i zdążyli go nauczyć :) Facet był bardzo pojętny, my też nauczyliśmy go kilku zwrotów, które od biedy dało się zrozumień w jego wykonaniu. Zorientowaliśmy się jeszcze w jaki sposób można opuścić wzgórza i na tym zakończyliśmy kolejny udany dzień w Malezji.



















W drodze do BOH Tea Estate.


Wężojad czubaty (Spilornis cheela)
Taras widokowy pawilonu wychodzący na wzgórza herbaciane.
Zwiedzanie fabryki i podgląd pracy na żywo przez szybę, maszyneria stara, ale jara.
Przedstawiamy jeden z etapów produkcji herbaty typu "Minutka" ;) tutaj tuż przed zamiataniem do torebek :D



Sklep herbaciany w pawilonie, bardzo zachodni, a przy tym oferujący mnóstwo rodzajów herbaty BOH i degustację herbat smakowych.
Pawilon BOH Tea Estate od środka, dowód, że architektura w tej części świata może być ciekawa i nowoczesna poza wielkimi miastami.












Pijący skorpion, nieczęsty widok.





















Obiad w trakcie przygotowania :)
Kurczak tandoori i pieczywo naan z sosami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz