czwartek, 5 lutego 2015

Z prądem na rybki.

Pewnego wieczoru Żywia powiedziała mi, że jej kolega będzie łowił ryby prądem i czy nie zechciałbym mu pomóc. Od razu przed oczami stanął mi jakiś menel z dwoma kablami podłączonymi do słupa wysokiego napięcia mordujący w stawie wszystko co żyje żeby zamienić na denaturat kilka kilogramów karpi... Wyraziłem swoje wątpliwości co do etyki tego typu połowów, usłyszałem jednak w odpowiedzi, że ma na to odpowiednie zezwolenia i będzie to praca badawcza. Nastąpiło u mnie zjawisko dysonansu poznawczego, z którego nie potrafiłem wybrnąć więc stwierdziłem, że nie będę gimnastykował mózgownicy i dowiem się u źródła o co chodzi.


Z Tomkiem umówiłem się przy moście nad rzeką Sołą w Kętach. Miałem w ramach wolontariatu pomóc mu w charakterze niewykwalifikowanej siły roboczej. Kogoś na wiosła do pontonu potrzebował, a ja miałem ochotę sobie popływać. Gdy się już znaleźliśmy można było chwilkę pogadać, okazało się, że Tomek jest ichtiologiem i prowadzi firmę zajmującą się badaniami przyrodniczymi. Przyjechał wraz ze swoim kolegą Hubertem. Tamtego dnia mieliśmy poszukać głowaczy białopłetwych (Cottus gobio) na terenie objętym programem ochrony przyrody Natura 2000. 
Nadal nie bardzo rozumiałem jak to się ma do łowienia prądem, dopóki nie zobaczyłem narzędzi, których mieliśmy używać. Najważniejszy był generator niewielkiego napięcia elektrycznego zbudowany w formie plecaka z podłączonym do niego podbierakiem, do tego drugi podbierak i dwa wiadra. Teraz moje poczucie etyki całkowicie się uspokoiło. Tomek wyjaśnił mi, że do połowu wykorzystuje się prąd stały, który po pierwsze przyciąga ryby pod podbierak, który jest anodą i lekko je ogłusza. Dzięki temu można je swobodnie złowić, a następnie oznaczyć do gatunku i pomierzyć, a potem żywe i w dobrej kondycji wypuścić do rzeki. Tomek wziął generator, Hubert drugi podbierak, a mi zostały wiadra. Stan wody był tak niski, że o jakimkolwiek wiosłowaniu nie mogło być mowy. Dołączyli do nas jeszcze dwaj panowie z Polskiego Związku Wędkarskiego zarządzającego rybami w Sole, którzy mieli pilnować czy naprawdę połowy są tylko badawcze i ruszyliśmy nad rzekę. Połowy wyglądały w ten sposób, że Tomek szedł z przodu usiłując ogłuszyć rybki i łowił je przy okazji w swój podbierak, te których nie udało mu się złowić łapał Hubert, a ja miałem za zadanie nosić wiadro z wodą, w którym rybki lądowały. Na przyjazd miałem zaopatrzyć się w jakieś gumiaki, na szczęście udało mi się pożyczyć wodery, więc mogłem swobodnie spacerować sobie rzeką za chłopakami.


Trzeba przyznać, że się nam poszczęściło, pierwsza rybka jaką złapaliśmy to był właśnie głowacz białopłetwy. Rybka bardzo rzadka w polskich wodach i krytycznie zagrożona wyginięciem. A to z powodu jej wrażliwości na zanieczyszczenia wody. Rybka była niewielka (kilkanaście cm długości), głowę miała sporą w stosunku do reszty ciała i charakterystyczne płetwy piersiowe. Jak się potem dowiedziałem głowacze są spokrewnione ze skorpenami i rzeczywiście dało się dostrzec podobieństwo do skorpeny, którą udało mi się wypatrzeć na rafie koralowej w Indonezji. Rybka została zmierzona, zważona, obfotografowana, a następnie z powrotem wypuszczona do wody gdzie osiadła sobie między kamieniami całkowicie wtapiając się w tło. Był to jedyny okaz tego gatunku jaki spotkaliśmy przez cały dzień. Zazwyczaj do wiadra trafiały słonecznice, strzeble potokowe, ślizy i pstrągi, znalazł się też okoń i kilka innych gatunków. W którymś momencie Hubert zalał sobie but wodą i noga zaczęła mu drętwieć z zimna. Z przyjemnością zamieniłem się z nim funkcjami i zabrałem się za łowienie. Poza rybkami udało mi się wypatrzyć dwa raki amerykańskie, gatunek w Polsce obcy (ściągnięty do Europy przez jakiegoś Niemca, oczywiście nie sugeruję, że wszystko co złe spotkało kontynent z ich winy, ale... ), nieprzydatny gospodarczo w dodatku wypierający ze środowiska europejskie raki szlachetne. Z tych właśnie powodów raki jako jedyne nie wróciły do wody, żal byłoby je tak po prostu zabić więc skończyły jako sushi. Tomek zjadł swojego, ja też już ze sporą nadzieją zabierałem się do mięsa z odwłoku swojej sztuki, ale niestety było na nim coś dziwnego przypominającego nicień :( Na wszelki wypadek odpuściłem sobie konsumpcję. Tym razem odpuściłem... Jakiś amerykański rak trafi kiedyś w moje łapska i na pewno nadrobię wtedy zaległości.

W ciągu całego dnia udało nam się przebadać tylko dwa stanowiska na rzece, Tomek miał nadzieję, że wyrobimy się przynajmniej z trzema. Mimo tego udało się potwierdzić, że głowacze żyją w wodach Soły, a mi dane było poczuć się przez chwilę jak przyrodnik-naukowiec, którym chciałem zostać w dzieciństwie wertując książki traktujące o przyrodzie lub gapiąc się w filmy z serii "Zwierzęta świata".

P.S. Wszystkie fotografie na których nie ma znaku wodnego wykonał Hubert.



A oto głowacz białopłetwy (Cottus gobio).
Tutaj wyraźnie widać białą płetwę piersiową wskazującą wyraźnie że jest to głowacz białopłetwy. Nie mam pojęcia skąd taka nazwa?

U rybek trzeba było rozpoznać gatunek, zmierzyć rozmiar i zważyć.

Śliz (Barbatula barbatula), rybka pokryta gęstą warstwą śluzu i ciężka do utrzymania w dłoni. Podobno drzewiej ludzie knot w taką, wysuszoną rybkę montowali i mieli gotową świeczkę.
Strzebla potokowa (Phoxinus phoxinus)
Pstrąg potokowy (Salmo trutta)
Tak się łowi prądem.







Rak amerykański (Orconectes limosus)

Przekąska z raka amerykańskiego.

Po pomiarach wszystkie rybki szczęśliwie wróciły do rzeki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz