sobota, 28 marca 2015

W chińskiej świątyni Kek Lok Si.

Dowiedzieliśmy się bez najmniejszych kłopotów jak i czym dotrzeć do Kek Lok Si. Jest to w końcu najsławniejsza świątynia w Malezji, wzniesiona z datków lokalnej, chińskiej elity. (Mało tego, jest to jedna z największych i najświetniejszych świątyń południowo - wschodniej Azji. - Żywia) Trzeba było tylko rozmienić pieniądze i mieć dokładnie wyliczoną kwotę dla kierowcy autobusu czyli w naszym wypadku 2 RM na osobę. Po około półgodzinnej drodze kierowca poinformował nas, że tutaj mamy wysiadkę, nie było to w zasadzie konieczne, bo świątynię było widać z okna, ale było bardzo sympatyczne. (Autobus zatrzymuje się w zasadzie pośrodku targowiska, pełnego blaszanych straganów i sklepików oraz knajpek z typowymi plastikowymi taborecikami. Było dość wcześnie, więc i ludzi nie było bardzo wielu jak na miejscowe warunki i całe miejsce dopiero szykowało się na impet zwiedzających popołudniu. Targowisko płynnie i nie wiedzieć kiedy przeszło w skupisko kramików wzdłuż schodów do świątyni. - Żywia) 


czwartek, 19 marca 2015

Zaćmienie słońca okiem Mojmira - 4 stycznia 2011 roku.

O zaćmieniu słońca każdy słyszał, nieco mniej osób zaobserwowało to zjawisko w naturze. Do zaćmienia dochodzi, gdy tarcza księżyca ustawia się na tej samej linii co tarcza słońca w stosunku do ziemi. Istnieje kilka typów zaćmień, których nie chce mi się tutaj wymieniać, na potrzeby wpisu wystarczy wspomnieć, że ja miałem okazję obserwować częściowe zaćmienie, a było to 4 stycznia 2011 roku. Tak się złożyło, że dzień wcześniej wylądowałem w Krakowie u mojego kumpla Krzyśka. Nie pamiętam już z jakiej okazji, w tamtych pięknych czasach pół życia spędzałem włócząc się z miejsca na miejsce i odwiedzając przy okazji znajomych. Rankiem Krzyś oświecił mnie, że zaćmienie ma być, uznałem to za wystarczający argument żeby zwlec się rankiem z posłania i wyleźć z aparatem na miasto. Poranek był mglisty, ale niezbyt chłodny więc mimo stycznia dłonie nie przymarzały mi do aparatu, sama mgła też bardzo mnie urządzała. 

wtorek, 17 marca 2015

Dzień św. Patryka w Dublinie A. D. 2008

Dawno już minęły czasy mojego pobytu w Irlandii, spędziłem tam 4 miesiące trochę pracując i sporo się włócząc po najbliższej okolicy miasta Carlow, w którym mieszkałem. Trafiłem tam na zaproszenie swoich znajomych pod koniec roku i doczekałem wiosny. Był to właściwie mój pierwszy poważny pobyt za granicą obfitujący w nowe widoki i fascynujące doświadczenia. Irlandię przemierzałem na zdezelowanym rowerze odkupionym od jakiegoś lokalnego Polaka znalezionego w internecie i z małym aparacikiem cyfrowym pożyczanym od kolegi. Aparacikiem, który pozbawiony był jakichkolwiek sensownych funkcji, a te które posiadał i tak były dla mnie tajemnicą, tak samo zresztą jak sztuka fotografii, w której stawiałem swoje pierwsze, nieporadne kroki. W Irlandii zobaczyłem całkiem sporo miejsc drobnych i nieciekawych dla wytrawnego podróżnika lecz dla mnie fascynujących i niezwykłych. Przeżyłem też kilka interesujących wydarzeń. Najciekawszym z nich była parada z okazji dnia świętego Patryka, którą dane mi było zobaczyć w Dublinie.

niedziela, 15 marca 2015

Malezja - pierwszy kontakt.

Stało się, 8 marca wsiedliśmy do pociągu, który miał dowieść nas do Malezji. Bilety na niego Żywia kupiła jeszcze w Polsce, okazało się, że nikt nie zrobił nas w konia i pomyślnie przeszły kontrolę. Na granicy musieliśmy opuścić z bagażami przedział i wyjść na peron. Na tajskiej odprawie musieliśmy oddać świstki, które wypełnialiśmy przed wlotem do kraju i zapozować do zdjęcia. Potem spacerek do malezyjskiej kontroli, tam pobieżnie zerknięto w nasze bagaże, pieczątki do paszportów i mogliśmy sobie iść do pociągu, musieliśmy poczekać jeszcze z pół godziny zanim z powrotem znaleźliśmy się w drodze.

piątek, 6 marca 2015

Zimą po Beskidach - Trzy Kopce.

Tak się złożyło, że mam teraz blisko w Beskidy, znaczy jakieś 15 minut samochodem. Mając do dyspozycji wolny dzionek i zapowiadającą się dobrze pogodę postanowiłem wszystkie te elementy ze sobą złożyć i wybrać się na górski spacerek. Jako że miałem do dyspozycji jeden i to w dodatku krótki dzień, wybrałem sobie niezbyt długą trasę, której koniec wypadnie blisko jej początku. Po spacerku musiałem przecież dostać się jakoś do auta i wrócić do mieszkania. Po kilku minutach gapienia się w mapę miałem już plan działania. Dojechać do Ustronia, znaleźć zielony szlak biegnący na Orłową, potem niebieskim przebić się na Świniorkę, stamtąd przejść na Zakrzosek i czarnym szlakiem zejść do Dobki skąd mam już blisko do Ustronia i miejsca gdzie chcę zostawić pojazd.

poniedziałek, 2 marca 2015

Hat Yai - ostatni przystanek w Tajlandii.

Trochę wynudziliśmy się w parku narodowym, nie było po co w nim dłużej siedzieć, więc rankiem 6 marca wyruszyliśmy w drogę do Hat Yai, miasta z którego mieliśmy za kilka dni pociąg do Malezji.
Park opuściliśmy w ten sam sposób w jaki do niego dotarliśmy czyli pieszo, poczekaliśmy trochę na przystanku i o 9.30 ruszyliśmy busem do Surat Thani (150 bahtów na osobę), gdzie mieliśmy się przesiąść na pociąg do Hat Yai. Na dworcu czekała nas przykra niespodzianka, najbliższy pociąg odjeżdżał dopiero w okolicach północy. Trzeba było dostać się na dworzec autobusowy, tylko jak się tu dowiedzieć gdzie on jest? Nieszczególnie było się kogo zapytać, przed dworcem stali panowie moto-taksówkarze w niebieskich kamizelkach narzuconych na koszule z nazwą firmy. Wyglądali całkiem profesjonalnie więc zapytaliśmy ich. Zerknęli na zegarek i stwierdzili, że trzeba się śpieszyć to jeszcze zdążymy na autobus, a dworzec jest 7 km stąd.