sobota, 28 marca 2015

W chińskiej świątyni Kek Lok Si.

Dowiedzieliśmy się bez najmniejszych kłopotów jak i czym dotrzeć do Kek Lok Si. Jest to w końcu najsławniejsza świątynia w Malezji, wzniesiona z datków lokalnej, chińskiej elity. (Mało tego, jest to jedna z największych i najświetniejszych świątyń południowo - wschodniej Azji. - Żywia) Trzeba było tylko rozmienić pieniądze i mieć dokładnie wyliczoną kwotę dla kierowcy autobusu czyli w naszym wypadku 2 RM na osobę. Po około półgodzinnej drodze kierowca poinformował nas, że tutaj mamy wysiadkę, nie było to w zasadzie konieczne, bo świątynię było widać z okna, ale było bardzo sympatyczne. (Autobus zatrzymuje się w zasadzie pośrodku targowiska, pełnego blaszanych straganów i sklepików oraz knajpek z typowymi plastikowymi taborecikami. Było dość wcześnie, więc i ludzi nie było bardzo wielu jak na miejscowe warunki i całe miejsce dopiero szykowało się na impet zwiedzających popołudniu. Targowisko płynnie i nie wiedzieć kiedy przeszło w skupisko kramików wzdłuż schodów do świątyni. - Żywia) 



Kompleks został ukończony w 1910 roku i znajduje się na szczycie wzgórza położonego mniej więcej w centrum wyspy. Najpierw postanowiliśmy zadbać o uzupełnienie płynów w organizmach więc kupiliśmy sobie soczek, ale nie taki zwykły soczek wyciskany z jabłka lub pomarańczy. Nasz był wyciskany z trzciny cukrowej. W jednym z kramików stał sobie pan z maszynką na korbkę, a obok niego stały pęki łodyg trzciny. Po uiszczeniu stosownej opłaty (ze 2 zł?) pan wkładał łodygę w maszynkę kręcił korbką i wyciskał z niej świeżutki soczek. Następnie przelewał go do plastikowego woreczka, dokładał słomkę i wszystko zawiązywał gumką recepturką. Było mniam...

Do świątyni prowadzą dość długie schody. Po obydwu stronach są obstawione dziesiątkami kramów z przeróżnym badziewiem, koszulki, wisiorki, obrazki i cala masa innych niepotrzebnych rzeczy. W tym wszystkim szczególnie rzucały się w oczy odchody. Tak! Dokładnie tak, wprawdzie plastikowe, ale jednak. Z bliżej nieznanych nam przyczyn Chińczycy uważają, że wisiorek z kupą przynosi szczęście. Uznałem, że sam pobyt w świątyni jest dla mnie dostatecznym szczęściem, więcej go mi nie potrzeba i odpuściłem sobie zakup. ( Mnie kusił zakup kilku małych breloczków jako pamiątek dla znajomych, ale koniec końców też sobie darowałam... wyglądały bardzo realistycznie, niesamowite, że ktoś faktycznie siedział i poświęcał czas na wypracowanie detalu :) - Żywia)

Po wdrapaniu się na schody dotarliśmy do baseniku pełnego żółwi, tłoczyły się ich tam całe setki. Jedne właziły na drugie, mniejsze odpoczywały na większych i prawie nie było wolnej przestrzeni w wodzie. Mam wrażenie, że tym zwierzętom wisiorki na szczęście mogłyby się przydać. Przynajmniej nie były głodne bo turyści dokarmiali je zieleniną.


Z tego miejsca już było w miarę dobrze widać kompleks świątynny, duży, rozłożony na kilka budynków, kolorowy i okraszony chińskimi znakami. Całość robiła całkiem imponujące wrażenie. Bliżej świątyń zaczęły pojawiać się pierwsze swastyki, w zdobieniach na murach, na piersiach rozlicznych posągów Buddy i w wielu innych miejscach. Dostrzegliśmy ich tam całe setki i bardzo mi się to podobało. Świątynię obeszliśmy dość sumiennie, zaglądając gdzie tylko się da i nie oszczędzając aparatów. Podziwialiśmy posągi Buddy i tysiące kafelków z jego wizerunkiem, piękne zdobienia i architekturę. (Mnie podobały się jeszcze wszystkie ogrody i kaskady kwiatów, których wokół świątyń i pawilonów było mnóstwo! Wszystko kwitło i pachniało, przywabiało różne bzyki i ćwirki, niesamowicie ciesząc oczy. - Żywia) Wdrapaliśmy się na szczyt 30-metrowej pagody (za wstęp trzeba było zapłacić 2 RM od osoby) żeby móc z niej obejrzeć kolorowe dachy świątyń i panoramę miasta poniżej wzgórza, pogapiliśmy się na ludzi palących kadzidła lub wróżących sobie z patyczków wytrząsanych z pudełka i solidnie się zmęczyliśmy. Na koniec zostawiliśmy sobie 30 metrowy posąg bogini miłosierdzia Kuan Yin. Można tam było albo dojechać kolejką za 3 RM lub dotrzeć pieszo. Zdecydowaliśmy się na tą drugą opcję choć okazała się nieco skomplikowana. Z terenu świątyni żadna droga nie wiedzie na sam wierzchołek wzgórza zwieńczony posągiem. Oczywiście nie wiedzieliśmy tego więc sporo podreptaliśmy usiłując znaleźć nieistniejącą trasę. W końcu zaczęliśmy pytać. Okazało się, że ze świątyni trzeba wyjść tylną bramą i przespacerować się jezdnią do góry. Miało to kilka zalet, na przykład ptaszki na drzewach i dostęp do naturalnej toalety. Troszkę trzeba było podrałować pod górkę, ale w końcu dotarliśmy pod pomnik... który był akurat w remoncie. No to sobie posiedzieliśmy na górze, napiliśmy się wody i tyle, nic ciekawego nie było tam do roboty. Mocno zmęczeni zwiedzaniem podczas upalnego dnia znaleźliśmy przystanek i ruszyliśmy w powrotną drogę do Georgetown.


Sok trzcinowy wygląda trochę jak woda z kałuży, ale smakował wspaniale i na pewno gasił pragnienie lepiej niż sklepowy gazowaniec.
Kupa kup. Kup kupę z kupki.
Żółwie w sosie własnym...



Dolny dziedziniec świątynnego kompleksu, zaczynamy bawić się w "Kto znajdzie więcej swastyk" :)
Szybko osiągnęliśmy pierwsze sukcesy w zabawie :)




























Jedna z form wróżenia, o której pisaliśmy już kiedyś: w obie dłonie bierze się tubę z ponumerowanymi patyczkami i energicznie nim potrząsa, aż wypadnie jeden. Następnie zgodnie z numerem jaki wypadł, zabiera się ze specjalnej tablicy odpowiednią karteczkę z wróżbą/ radą/ mądrością - nie wiemy dokładnie jaka była ich treść, bo nie były zapisane znanym nam językiem ani nawet alfabetem.
Modlitwy i życzenia tego pana z pewnością zostały wysłuchane. Nie był w stanie zgasić kadzidełek :)


Kolejny sposób na ofiarowanie swoich intencji - wstążeczki z gotowym nadrukiem, często własnoręcznie podpisane, wiesza się za pomocą takiego kijka na specjalnym "drzewku".

Wstążeczki życzeń są do zakupienia za 1 ringgita i oferują wachlarz próśb, a nawet specjalną wersję dla dzieci z postaciami z Disneya i Barbie. Bardzo ciekawa możliwość zajrzenia w codzienność miejscowych i ich najprostsze marzenia. Są tu m.in. wstążki od zdrowia, bezpieczeństwa rodziny, bezpiecznej podróży, kwitnącego biznesu, spełnienia marzeń itd. Dzieci mogą wspomóc się wstążeczką: mądre czytanie lub słuchanie rodziców :)






Okładka zasłyszanej w świątynnym sklepiku (a jakże) płyty. Niestety nie kupiliśmy, jako że obciążyłaby nasz dzienny budżet i mogłaby nie przetrwać do końca podróży gdzieś w plecaku. (Gdyby ktoś ją kojarzył, to będziemy wdzięczni za namiary!)




To już kolejne pokraczne konie jakie widzimy w którejś chińskiej świątyni. To był rok konia?
















Posąg bogini miłosierdzia Kuan Yin.

1 komentarz:

  1. Jakby co, to płytkę można kupić na przykład tutaj: http://www.amazon.cn/gp/switch-language/product/B002NGNBL4?ie=UTF8&language=en_CN

    OdpowiedzUsuń