czwartek, 11 czerwca 2015

XI Ogólnopolski Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie nad Wartą - w końcu jakiś festiwal !!!

Rok 2015 nie obfituje dla nas niestety w imprezy historyczne. Oczywiście te imprezy się odbywają, ale my nie mamy możliwości się na nie dostać. Nic więc dziwnego, że z wielką radością czekaliśmy na festiwal w Lądzie. Żywia zaklepała sobie na wtedy wolne w pracy, ja też postarałem się o dostatecznie dużo wolnego czasu i w piątek po południu ruszyliśmy w trasę. Do przejechania było tylko 360 km, tyle że pod słońce. Nie byłoby źle, gdyby to nie było zachodzące słońce. Miejscami widoczność spadała tak do dwóch metrów, i wcale nie żartuję. To cudowne uczucie jechać przed siebie nie widząc niemalże nic lub jedynie niewyraźnie majaczące plamki auta jadącego przede mną. Na szczęście było takich momentów ledwo kilka i żaden nie zakończył się podskokiem auta na rozjechanym rowerzyście. Po tak przyjemnej trasie ucieszyliśmy się jeszcze bardziej, kiedy nocą dotarliśmy na miejsce festiwalu. Przywitał nas znajomy i jakże wytęskniony gwar rozmów, gromkie śmiechy, blask ognisk i uśmiechnięte gęby dziesiątek znajomków z przeróżnych drużyn. (Dźwięki wieczornego obozu historycznego to jedna z urokliwszych rzeczy podczas wyjazdów - zwłaszcza gdy człowiek ma ich mało i zdąży zatęsknić tak porządnie. Zasypianie w namiocie na skórach, gdy wokół ludzie śmieją się, śpiewają i opowiadają przy ogniskach, pachnie dymem i słomą, to zawsze była taka moja chwila cieszenia się miejscem, którą nie dzielę się z nikim. Myślę, że chyba każdy odtwórca, który to czyta, wie o czym mówię - Żywia).

Dość sprawnie mimo nocy rozstawiliśmy nasz namiot w obozowisku drużyny Ulf Ragnarsson Hird. Wybór miejsca był dość oczywisty, Żywia w końcu jest drużynniczką tej ekipy, a ja pomimo, że odszedłem kilka lat temu do Grodów Czerwieńskich nadal mam z Ulfami bardzo serdeczne stosunki (choć kilka osób znalazłoby inne, bardziej trafne określenia by opisać naszą przyjaźń). Gdy tylko uporaliśmy się z rozłożeniem gratów i odstawieniem auta, można było w końcu zająć się zwiedzaniem już rozstawionych obozów i witaniem się ze znajomymi i nieznajomymi uczestnikami imprezy. Mi to potrwało gdzieś do 4 nad ranem czyli do namiotu wczołgałem się już za dnia. Pierwszy dzień festiwalu rozpoczął się upałem, dalej było już tylko gorzej, upał wzrósł, potem wzrósł jeszcze bardziej, a w okolicach południa nie dało się wytrzymać na terenie pozbawionym cienia. Namiot nagrzał się jak sauna, gdy wszedłem do niego po sprzęt bojowy to w 10 minut wypociłem dobre pół litra wody samą twarzą. Niestety organizatorzy byli bezlitośni i pomimo okrutnych warunków klimatycznych (przez chwilę nawet uwierzyłem w efekt cieplarniany) rozpoczęli turnieje bojowe. W tym roku zostały zorganizowane dwa turnieje indywidualne, bohurtowy i zwyczajna punktówka.
W bohurcie trzeba było walczyć z przeciwnikiem przez pełną minutę bez żadnych rozejść i na pełną strefę trafień, a sędziowie zliczali ciosy zadane przez obydwu przeciwników. Pełna strefa trafień oznacza, że liczyły się też golenie i przedramiona. Bardzo fajny pomysł na walkę i mam nadzieję, że częściej będę miał szansę walczyć w tej formule. Większość wojów wolała sprawdzić się w zwyczajnej punktówce i do bohurtu wyszło nas ledwo kilkunastu. Całkiem mnie to ucieszyło. Przy większej liczbie uczestników mogłyby się zacząć omdlenia i udary. W walce okazało się, że pomimo poważnych zaniedbań w treningu mieczem i podeszłego wieku nadal jeszcze coś potrafię. Do finału udało mi się dojść bez większych kłopotów technicznych. O dziwo pomimo temperatury moim przeciwnikom chciało się bić i na mnie nacierać, mi natomiast absolutnie nie chciało się wchodzić w zwarcie więc po prostu kontrowałem cofając się. Taktyka sprawdziła się we wszystkich walkach poza finałową. Tutaj już trzeba się było pomęczyć i przeciwnik mocno się postarał żeby mi dołożyć. Całkiem mu się udało, ja dzielnie oddawałem. Po walce wcale nie byłem pewien wyniku, czterej sędziowie po dłuższej naradzie uznali jednak, że to Mojmir był lepszy, a mi nie wypadało zaprzeczać. W nagrodę dostałem srebrną bransoletę z wikińskimi runami. Nie bardzo wiedziałem co z nią zrobię, Żywia dość szybko mi to wyjaśniła, przez resztę festiwalu błyskotka połyskiwała na jej dłoni. (Trzeba sobie w związku ułatwiać życie w końcu, dlatego sreberko od chwili jego przechwycenia zdobi mój nadgarstek na co dzień. - Żywia).




Turniej punktowy odbył się pół godziny po poprzednim, na klasycznych dla Polski zasadach. Tutaj trzeba było zwyciężyć w starciu do trzech trafień z rozejściami. Strefa trafień była już ograniczona do korpusu, ramion, ud i głowy z wyłączeniem twarzy i karku. Do turnieju zgłosiła się kupa ludu. Około 60 wojowników chciało się spróbować w walce. Na szczęście moje walki wypadły w miarę szybko i nie musiałem skwierczeć na słońcu czekając na moją kolej. Z powodu dużej ilości walk pierwszego dnia odbyły się tylko dwie rundy eliminacji. Kończyliśmy w niedzielę rano. Zostało nas czternastu, Potem siedmiu, żeby było jakoś sensownie z przegranych dolosowano jednego zawodnika i można było już przeprowadzić eliminacje, w których do ostatniej rundy wejdzie tylko dwóch walczących. Jakoś się tak złożyło, że byłem jednym z nich, moim rywalem okazał się dolosowany do grupy zawodnik z drużyny Kruków. Chłopak porządnie się rozruszał i zafundował mi świetne starcie, trzeba się było naprawdę zdrowo poruszać żeby sobie z nim poradzić, a poradziłem sobie przewagą tylko jednego punktu i to po kilku równoczesnych trafieniach. Było to jedyne starcie turniejowe, w którym żałowałem, że za szybko się skończyło. W nagrodę dostałem mocno zdobiony na wikińską modłę miecz z pochwą równie zdobioną. Przy okazji walk turniejowych połamałem sobie stary miecz, który wygrałem na tym samym turnieju kilka lat temu i imacz w tarczy. Cóż... Miecz wyszedł, miecz przyszedł.

W czasie gdy chłopcy jak zazwyczaj dawali upust swojej potrzebie rywalizacji, ja i Feima realizowałyśmy inne pomysły. Jak to zazwyczaj bywa gdy się spotkamy, wpadamy w szał barwienia naturalnego :) Postanowiłyśmy przejść się po okolicy i znaleźć jakieś przydatne roślinki. Z koszykiem w dłoni ruszyłyśmy na pola za obozem, okazało się, że w tym roku rośnie na nich zboże, zapewne opryskane całą tablicą Mendelejewa, bo wśród kłosów nie znalazłam ANI JEDNEJ obcej roślinki. Trochę liczyłam, że jak kilka lat temu znajdziemy w tym miejscu zwykłą łąkę i będziemy miały różnorodny bufet barwierski do wyboru, ale się zawiodłam. Na szczęście na skraju pola kwitło mnóstwo czarnego bzu, więc szybko zapełniłyśmy koszyk kwiatami do naparu i liśćmi do barwienia. Gdy wróciłyśmy zaczynał się akurat bohurt, więc poszłam z aparatem i wodą do Mojmira, żeby uwieczniać sukcesy i odwlekać udar i odwodnienie.
W ciągu dnia nastawiłyśmy dwa kociołki, jeden z naparem z kwiatów bzu, do którego potem wkroiłyśmy truskawki, tak że powstał rześki kompot - niestety żeliwny kociołek nadał mu szaro sinego odcienia, co niezbyt wpływało na walory estetyczne, na szczęście smaku nie zepsuło. W drugim kociołku bulgotały liście bzu, do których później dołączyła wełna. Dokładny przebieg barwienia zapewne opisze Feima w Długim domu, więc nie będę się rozpisywać skoro to ona była kuchmistrzem :) - Żywia

W bitwach już udziału nie brałem, niech się młodsi wykazują, ja byłem zmęczony i nie chciało mi się pożyczać tarczy. Zamiast tego dostałem do ręki jakiś kij i usiłowałem nie dopuścić do stratowania widzów przez zaaferowanych walką wojów. Mogłem sobie w końcu obejrzeć bitwę z zewnątrz, dziwne uczucie. Przy okazji zlustrowałem okiem znawcy sprzęt jakiego używano w walce, jak zwykle były hełmy znikąd i dziwne nagolenniki, ale było ich dość mało. Mam wrażenie, że poziom historyczności podniósł się od mojego ostatniego pobytu na tej imprezie. Broń do ręki wziąłem jeszcze tylko raz na festiwalu, mianowicie do turnieju drużyn pięcioosobowych. Tam obeszło się bez sukcesów.

W sobotni wieczór w mojej drużynie było zaplanowane ważne wydarzenie dla dwójki nowicjuszy, którzy mieli stać się pełnoprawnymi członkami Ulfhirdu. Po południu można było w naszym obozie podpatrzeć skromne przygotowania do tej uroczystości - dziewczyny zaplatały fikuśnie włosy, a Feima zaryzykowała nałożenie naturalnego czernidła na powieki. Wcześniej w ciągu dnia taka próba przy 30 stopniowym upale zakończyła się spłynięciem całości po minucie do oczu :) Cenne obserwacje na przyszłość względem kosmetyków: więcej wosku niż smalcu, za to patyczek sprawdza się świetnie w roli pędzelka do powiek/ eyelinera. - Żywia



No, ale Festiwal w Lądzie to nie tylko walka, jak zwykle było sporo kramów, na których można się było zaopatrzyć w sprzęt historyczny, jadło, napitek lub po prostu popatrzeć na rzemieślników przy pracy. Kilku ludzi składało dymarkę, kowal wykuwał fibulę, ktoś inny robił odlewy. Było na co się pogapić. Ja sobie popatrzyłem na poczynania kulinarne naszych sąsiadów z obozowiska obok, mieli zająca upolowanego zderzakiem i dwa kurczaki. Zając wylądował na rożnie, kuraki natomiast zostały napchane przyprawami, obłożone liśćmi chrzanu, a potem oblepione warstwą gliny i w takiej postaci zawędrowały do ogniska. Byłem bardzo ciekaw jak wyjdą im te potrawy. Chyba było to widać po mojej minie, bo gdy mięsko było już gotowe dostaliśmy z Żywią trochę na degustację. Było mniam...
Niestety dwa dni festiwalu szybko nam minęły i pora było już wracać, ze smutkiem spakowaliśmy zmoczony niedawnym deszczem namiot i pożegnaliśmy się ze znajomymi. Mam nadzieję, że w przyszłym roku znów wszyscy się tam spotkamy.

Koniecznie musimy też wspomnieć o dość szczególnym tegorocznym gościu zza granicy. Mianowicie jako, że coraz większa część mojej drużyny emigruje do Zjednoczonego Królestwa, zawarła tam bardzo ciekawe znajomości z miejscowymi odtwórcami. Na Ląd przybył Andy Wilkinson wraz z kilkoma drużynnikami z angielskiej ekipy oraz imponującą rekonstrukcją słynnej tkaniny z Bayeux, w skali 1:2, której samodzielne wyhaftowanie zajęło mu... 18 lat! Tkanina była prezentowana w krużgankach opactwa w Lądzie.

Mimo, że w tym roku tak późny, był to dla nas bardzo udany początek wyjazdów historycznych, zdecydowanie poczuliśmy chęć na więcej :)









Pierwsze etapy powstawania dymarki.

Zabawki dla turystów mogą być ładne i przy okazji zachowane w konwencji rekonstrukcji.





Na imprezie było kilku kowali, oto dziwerowane ostrza wykonane przez jednego z nich.


Tatuaż metodą tradycyjną, kiedyś się skuszę.
Zestaw narzędzi do tortur, znaczy do tatuażu.






Zając upolowany zderzakiem, nigdy nie zastanawialiśmy się jak wygląda ogonek takiego stwora, teraz już wiemy.






Temperatura na festiwalu wprost zmuszała do regularnego chłodzenia organizmu.

Ktoś nie dopilnował swojego sztandaru wieczorem... :D
W programie festiwalu znalazły się występy zespołów grających muzykę dawną.



Zespół klasztorny w Lądzie.
Wyszywana przez 18 lat replika tkaniny z Bayeux w skali 1:2.


Na początku myślałem że to kolejna skórzana lamelka na imprezie, zostałem jednak brutalnie wyrwany z błędu. Lamela jest metalowa, wykonana ze zbrojników  wzorowanych na znalezisku z Wrocławia do tego epoksydowana i pokryta czarnym woskiem. Tylko wygląda z daleka jak skórzana :D




Zdjęcie idealnie oddaje mój nastrój na festiwalu.


Na festiwal przyjechało trochę Anglików, ten nawet wyszedł do walki na polskich zasadach, jesteśmy z niego dumni i wierzymy, że reszta też się kiedyś ucywilizuje.














Mojmir po wręczeniu głównej nagrody w turnieju punktowym.

1 komentarz: