sobota, 19 grudnia 2015

U stóp Anak Krakatau.

Nareszcie nadszedł dzień, w którym mieliśmy zobaczyć Krakatau! Właściwie to jeszcze nie nadszedł, bo wstaliśmy o 3-ciej nad ranem i jeszcze było ciemno, spakowaliśmy swoje manatki i razem z resztą wycieczkowiczów załadowaliśmy się na łódkę. Na początku mieliśmy zamiar dzielnie siedzieć na pokładzie i obserwować wszystko wokół, ale jakoś nam się odechciało i większość rejsu przespaliśmy na plecionych matach pod pokładem. W okolicach wschodu słońca byliśmy już u wybrzeży Krakatau, właściwie to u wybrzeży Dziecka Krakatau. Pierwotny wulkan wyleciał w powietrze razem ze sporym kawałkiem okolicy, nieco później na jego miejscu wyrósł nowy, wciąż aktywny i to własnie do jego wybrzeża dobijaliśmy.

(Nowe wybuchowe maleństwo nadal rośnie w tempie 9 metrów rocznie, zabił do tej pory jedną osobę. Ustanowiono zakaz zbliżania się do wulkanu na mniej nić 3 km - Żywia)

Już z daleka wyspa robiła sympatyczne wrażenie, potężny choć niewysoki, regularny stożek z zadymionym wgłębieniem na szczycie, otoczony rozlanymi naokoło polami lawowymi i kępami zieleni, wyrastający prosto z morza. Dokładnie tak powinien wyglądać wulkan. Łódka podpłynęła niemalże pod sam brzeg, wyskoczyliśmy na czarny, miałki piasek plaży i zebraliśmy się przed wejściem na ścieżkę. Czekał tam już na nas strażnik parku, okazało się, że samodzielne wizyty na wyspie są zakazane i można zwiedzać ją tylko pod czujnym okiem przewodnika, poza tym do zwiedzania jest tylko jeden krótki szlak biegnący pod górkę i z powrotem. Oczywiście nie na sam szczyt Krakatau, a jedynie na punkt, z którego widać cały wulkan. Trochę mnie to zasmuciło. wprawdzie nie spodziewałem się, że ktokolwiek pozwoli mi zajrzeć do aktywnego wulkanu, ale i tak liczyłem, że podejdę choć trochę bliżej. Droga wiodła najpierw przez kępę drzew, by potem wyjść na wulkaniczne zbocze żywcem przypominające te z Islandii, tyle że znacznie młodsze i pozbawione mchów. Spacer trwał mniej niż 20 minut po żwirze i kamieniach, by zakończyć się na szczycie wzniesienia. Przed nami mieliśmy Dziecko Krakatau w pełnej okazałości. Zwiedzałem już wygasłe wulkany, tym razem patrzyłem na wulkan w pełni aktywny. Wprawdzie nie wylewały się z niego strumienie gorącej lawy, a tylko dymił spokojnie i leniwie. Kamienie wokół krateru były pokryte żółtym, zgaduję, że siarkowym nalotem. Zdaje się, że opary z tego przerośniętego komina nie byłyby najzdrowsze dla płuc, to mógł być jeden z powodów dla których nie wolno zbliżać się do krateru. Nie dałem rady usiedzieć w jednym miejscu i odszedłem sobie z 300 metrów w bok informując o tym uprzednio strażnika parku, Odszedłbym 400 lub więcej, niestety zaczął się za mną wydzierać, że jestem za daleko i za długo. Zrobiłem tylko kilka zdjęć pól lawowych i trzeba było wracać. Po powrocie na plażę dostaliśmy obiady w styropianowych opakowaniach i plastikowe kubeczki z wodą zaklejone folią, sądząc po tym co walało się pod nogami, nie my pierwsi je dostaliśmy. Przy okazji spotkaliśmy białego człowieka! Znaczy człowiekę i to w dodatku z Polski, młoda dziewczyna, chyba świeżo po studiach przyjechała do Indonezji uczyć angielskiego, mieszkała w Dżakarcie, a tutaj przyjechała tak jak my, pozwiedzać. Pogadaliśmy z nią trochę wymieniając się doświadczeniami z Indonezji, okazało się, że i ona spotykała się tutaj z prześladowaniami na tle swojego koloru skóry. Ludzie sobie z nią robili zdjęcia na środku ulicy, oczywiście bez pytania o zgodę lub bez takiego samego pytania podkładali komórkę pod twarz robiąc fotkę, koniecznie z lampą błyskową. Opowiadała nam o takich i im podobnych atrakcjach, a my słuchaliśmy z pełnym zrozumieniem...


Na tym nie skończyły się atrakcje wycieczki, zostaliśmy zabrani na kolejną wysepkę, tym razem w celu wybitnie rozrywkowym, czyli żeby się wykąpać. Można było sobie poskakać z łódki do wody i popluskać się dookoła, ewentualnie poczłapać sobie po płytszej wodzie bliżej zaśmieconego brzegu albo pobiegać za krabami. Po tych atrakcjach zapakowaliśmy się z powrotem na pokład i skierowaliśmy się na Sebesi. Niby niespodzianek na dziś miało już nie być, ale matka natura postanowiła jeszcze troszkę nas porozpieszczać ichtiologicznie. Najpierw pojawiły się ryby latające, każdy chyba takie na filmach widział, jak na przykład całymi stadami wpadają rozbitkom do szalupy. Nasze nie były tak bardzo miłe i wolały sobie szybować w innym niż nasz kierunku, poza tym było ich ledwo kilka, no ale były! Nieco potem ktoś z załogi zaczął wskazywać palcem wodę w oddali, na początku nie miałem pojęcia po co chodzi, dopiero po chwili zauważyłem kotłującą się wodę i wystające z niej trójkątne płetwy, czasem zamiast płetwy pojawiała się rozdziawiona paszcza, taka dość spora i zębata. Pomimo sporej odległości nie mieliśmy wątpliwości, że gapimy się właśnie na ucztę rekinów. Zdecydowanie wolałem oglądać ją zza daleka niż zza bliska. Niestety łódź płynęła dość szybko i po chwili straciliśmy widowisko z oczu. Zabraliśmy jeszcze z Sebesi nasze rzeczy i pora było wracać na Sumatrę. Resztę rejsu przesiedzieliśmy pod pokładem chroniąc się tam przed prażącym słońcem i obserwując grę w domino, której oddawali się niektórzy współwycieczkowicze. zastanawialiśmy się w jaki sposób będziemy mogli dostać się na prom z przystani, z pomocą przyszli nasi zaprzyjaźnieni już nastolatkowie, którzy zaproponowali żebyśmy załadowali się razem z nimi do podstawionych busików-taksówek. Nie było to znowu takie proste, w niezbyt przestronnym wnętrzu upchnęliśmy się w 11 osób z częścią gratów, reszta plecaków jechała na dachu. W ten całkiem szybki, ale absolutnie niekomfortowy sposób znaleźliśmy się znowu w porcie Bakauheni i znowu nie mieliśmy ani chwili na zwiedzanie miasta, bo prom stał już gotowy do przyjęcia pasażerów. Bezzwłocznie się na niego wtoczyliśmy licząc na jakiś spokojny kącik, w którym przeczekamy podróż. Niestety nie udała się nam ta sztuka, załoga promu postanowiła zatroszczyć się o rozwój kulturalny swoich pasażerów i zafundowała im i nam niesetny też atrakcje muzyczne w postaci syntezatora i karaoke. Muzyka dudniła zagłuszając myśli i zniechęcając do prób konwersacji, nie było się gdzie przed nią ukryć, a zatykanie uszu dłońmi niewiele pomagało. Do tego dochodziły śpiewy, kiedyś myślałem, że to ja mam antytalent w tej materii, po rejsie przekonałem się, że nie jestem w tym osamotniony, a nawet są ludzie, którzy w śpiewaniu są ode mnie gorsi!

(Ja dodam od siebie niewiele, bo Mojmir zawsze opisuje wszystko znakomicie, że odwiedzenie Krakatau to jedno z lepszych wspomnień jakie mam z wyprawy. Było to moje marzenie od czasów dzieciństwa, jedno z tych, które zazwyczaj przechowujemy w szufladce "Mało prawdopodobne", a jednak :) Zaczynaliśmy też już oswajać się z panującym w Indonezji luzem i beztroską jej mieszkańców, udzielała nam się, a przez to wszystko co działo się wokół stawało się intensywniejsze i radośniejsze - Żywia)






















































Stadko rekinów pożywiało się w tym miejscu, co chwila migały tam płetwy lub paszcze tych jakże sympatycznych rybek.

Nieco tłoczny busik którym jechaliśmy do portu.
Karaoke na promie... Nie mieliśmy gdzie uciec :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz