piątek, 29 stycznia 2016

Yogyakarta cz. III - w pałacu sułtana.

Przekonaliśmy się, że okolice Yogyakarty nieszczególnie nas lubią i całkowicie odmawiają współpracy, pora było sprawdzić jak przyjmie nas miasto. Tego dnia to jest 11 kwietnia roku pańskiego 2014 chcieliśmy obejrzeć pałac sułtana i po prostu posnuć się tu i ówdzie. Zaczęliśmy od krótkiej przebieżki po sklepach i fryzjera. Z brutalną bezwzględnością pozbyłem się nadmiaru owłosienia z głowy i twarzy. To drugie ku rozpaczy Żywii. Odmłodzony i lżejszy o pół kilograma futra byłem gotów na odwiedziny pałacu zwanego Kraton i wciąż zamieszkałego przez bieżącego Sułtana.

środa, 27 stycznia 2016

Efemeryczne cuda zimy.

Jako, że na chwilę obecną mamy w Polsce coś na wzór zimy uznaliśmy, że będzie to najlepszy moment, by podzielić się porcją zdjęć z analogicznego okresu kilka lat temu. Zdjęcia powstały w kilku miejscach, głównie w moich rodzinnych Zdziechowicach lub w ich najbliższej okolicy, ale również w pobliżu mojego, obecnego miejsca zamieszkania. Zresztą miejsce powstania nie ma tu szczególnego znaczenia, lód zimą pojawia się w całym kraju i zazwyczaj wpływ na jego powstanie mają konkretne warunki pogodowe, a nie region.

sobota, 23 stycznia 2016

Yogyakarta cz. II - w buddyjskiej świątyni Borobudur.

Po dwóch dniach wegetacji udało mi się zażegnać kryzys i jakoś dojść do siebie. Nie powiem żeby mi wrócił apetyt, ale byłem w stanie już jeść i się przemieszczać na własnych kończynach. To oznaczało oczywiście, że wracam do zabawy i znowu mogę zwiedzać. Najpierw zmieniliśmy lokalizację, Żywia znalazła nam normalny dwuosobowy pokój w innym hotelu za 150 tys, czyli nawet taniej niż za dwa oddzielne łóżka w dormitoriach. Potem postanowiliśmy zobaczyć jedną z największych atrakcji okolicy czyli buddyjską świątynię Borobudur, a właściwie to jej pozostałości wygrzebane spod dżungli kilkadziesiąt lat temu.

wtorek, 19 stycznia 2016

Yogyakarta cz I - czyli redakcja na chorobowym.

Ze względu na kłopoty z biletami postanowiliśmy zostać w naszym hotelu jeszcze jedną dobę i spędzić ją na obijaniu się pomieszanym z wypoczynkiem. Żeby się z Pangandaran wydostać, zamówiliśmy na kolejny dzień, czyli 8 kwietnia, miejsca w busiku (150 tys. Rp/osoba) za pośrednictwem naszej noclegowni, a następnie zaczęliśmy postępować zgodnie z wcześniej wymienionym planem. Wszystko było caca do pewnego momentu, zaczęło się wieczorem.


piątek, 15 stycznia 2016

Pangandaran cz. IV - cuda dżungli.

Dnia dzisiejszego, to jest 6 kwietnia AD 2014 mieliśmy w planach wycieczkę po dżungli z wczorajszymi przewodnikami - Seunem i Din Dinem. Byliśmy z nimi umówieni na 11-tą pod hotelem, więc mieliśmy sporo czasu żeby postarać się o bilety kolejowe, bo właśnie pociągiem chcieliśmy opuścić Pangandaran. Niestety nam nie wyszło, bo w pierwszym biurze nie dało się zapłacić kartą, a w drugim bilety były dopiero na pojutrze, pewnie byśmy je wzięli, ale do zakupu konieczne było okazanie paszportów. Jakoś się tak złożyło, że nie mieliśmy ich przy sobie. Niezbyt spełnieni, ale też bez objawów załamania psychicznego spowodowanego tą druzgocącą klęską wróciliśmy na hotelowe śniadanie i wycieczkę. Przewodnicy zjawili się nieco wcześniej, zorganizowali motorki, którymi dostaliśmy się pod bramę parku i ruszyliśmy w trasę. Wycieczka znowu kosztowała nas 150 tys. na osobę, z wliczonymi w tą kwotę wejściówkami do parku. Znowu było nas pięcioro, dwoje Polaków czyli nas i troje Holendrów, i to takich  będących Holendrami dłużej niż dekadę.

sobota, 9 stycznia 2016

Pangandaran cz. III - z przewodnikami przez pola, doliny i kaniony.

Tak się złożyło, że częstymi bywalcami i współpracownikami, jak mniemam, naszego hotelu było dwóch całkiem sympatycznych przewodników po tutejszych atrakcjach turystycznych. Din Din i Seun przesiadywali z nami wieczorami na werandzie, grywali z nami, znaczy wszystkimi zebranymi tam gośćmi w karty i opowiadali całkiem ciekawe rzeczy o sobie, Indonezji i najbliższej okolicy. Opowiadali na tyle ciekawie i byli przy tym na tyle kontaktowi, iż zdecydowaliśmy się zabrać z nimi na wycieczkę i na własne oczy zobaczyć co też mają do zaoferowania.

czwartek, 7 stycznia 2016

Pangandaran cz. II - urodziny w dżungli.

Nadszedł 4 kwietnia, dzień ważny i szczególny, przynajmniej dla nas, a najbardziej dla Żywii, która tego oto dnia pojawiła się na świecie. Trzeba było jakoś miło spędzić ten dzień, zaczęliśmy od wyspania się, dobry początek jest przecież bardzo ważny. (Oczywiście oprócz wyspania, potrzebne jest odpowiednio pyszne paliwo, a w naszym hoteliku serwowano pyszne naleśniki ze świeżymi owocami, sałatki owocowe i parzoną kawę, która w Indonezji jest wyjątkowo smaczna. Po takim śniadaniu byłam gotowa na wkroczenie w dzień. - Żywia) Następnie wybraliśmy się na spacerek do pobliskiego parku narodowego w towarzystwie poznanej w hotelu dziewczyny. Elma? (Hemma! Nauczycielka angielskiego z akcentem tak brytyjskim, że niezłego skupienia wymagało pojęcie co właściwie mówi :) zapytana o to jak jej akcent ma się do przedmiotu, którego uczy dzieci, tylko sie zaśmiała- Żywia) Urodziła się w Indiach, a mieszkała w Wielkiej Brytanii i nie bardzo wiem dlaczego podawała się za Angielkę, poza tym była całkiem sympatyczna i już spory kawałek czasu włóczyła się z plecakiem po Azji. Nie miała ochoty sama wchodzić do dżungli z powodu agresywnych małp grasujących po okolicy, my byliśmy już zaprawieni w takich bojach i nie mieliśmy oporów.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Melaka - miasto neonowych riksz cz II.

Pobyt w Melace traktowaliśmy rekreacyjnie, chcieliśmy w końcu porządnie wypocząć i przygotować się do dalszej części podróży, czyli zwiedzania Singapuru i znacznie ciekawszej z naszego punktu widzenia Indonezji. Wstaliśmy sobie późno i bez pośpiechu przeszliśmy do pobliskiej jadłodajni prowadzonej przez Hindusów. Trzeba przyznać, że ta nacja (jeśli można używać tego określenia do bardziej cywilizacji niż narodu jaką tworzą mieszkańcy subkontynentu indyjskiego i okolic) ma naprawdę dobre jedzenie. Po śniadaniu wybraliśmy się do recepcji na ledwo działający internet, żeby się zorientować w jaki sposób możemy dotrzeć do Indonezji. Pierwotnie mieliśmy zamiar skorzystać z promu, niestety ta forma podróży okazała się droższa i znacznie trudniej dostępna niż zwyczajny samolot z Singapuru do Dżakarty. Doszliśmy przy okazji do wniosku, że miesiąc w tym kraju to będzie dla nas odrobinę za mało. Żywia kupiła nam jeszcze bilety autobusowe na przekroczenie granicy pomiędzy Indonezją, a Malezją na Borneo. Potrzebowaliśmy dowodu, że mamy czym opuścić Indonezję na wypadek żądania pograniczników. Bilety kosztowały grosze więc można było spokojnie je sobie kupić dla spokoju ducha i nie mieć parcia na ich wykorzystanie.

niedziela, 3 stycznia 2016

Utgard - pierwszy festiwal historyczny na Słowacji.

Bywałem już na festiwalach w Czechach, ale jakoś nigdy nie zdarzyło mi się wyprawić w tym celu na Słowację, jakoś nigdy nikt nie zapraszał ani nie wspominał, że tam był lub będzie. Nigdy się nawet nie zastanawiałem dlaczego tak jest. Odpowiedź poznałem dopiero kiedy chłopaki z Bielskiej Drużyny Najemnej "Svantevit" zaprosili mnie na wyjazd do Słowacji. Okazało się, że jedziemy na pierwszą w ogóle imprezę wczesnośredniowieczną w tym kraju. Przynajmniej taka wersja została mi przedstawiona. Festiwal został przez organizatorów nazwany Utgardem, jest to nawiązanie do mitologii skandynawskiej według której Utgard to kraina znajdująca się pod korzeniami drzewa życia Yggdrasil, a zamieszkiwana przez lodowe olbrzymy i charakteryzująca się raczej chłodnym klimatem.

Przez herbaciane pola.

Skoro już dojechaliśmy w góry to trzeba było je sobie choć trochę obejrzeć. Uzbrojeni w mapę i dobre chęci ruszyliśmy w poszukiwania szlaku. Pamiętaliśmy jakim to było wyzwaniem w Tajlandii i spodziewaliśmy się podobnej przeprawy, a tu szok! Szlaki są jasno oznaczone, wiadomo gdzie jest na nie wejście, a tak w ogóle to każdy napotkany tubylec płynną angielszczyzną wskaże drogę. Pierwotnie zamierzaliśmy zrobić sobie spokojny spacerek i dostać się na górę Gunung Berembun. Zwiedzanie zaczęliśmy od Wodospadu Robinsona, a potem zatopiliśmy się w dżunglę... Ładną dżunglę, zieleńszą i bardziej urozmaiconą niż te z Tajlandii, do tego zaopatrzoną w sporą ilość mchów i drzewiastych paproci. Od razu przypomniały mi się filmy dokumentalne o dinozaurach, w których to pradawne stwory przechadzały się pod roślinami wyglądającymi dokładnie jak te, na które patrzyliśmy. Dość ciekawe wrażenie, w dodatku mocno stymulujące wyobraźnię. Mapa wydawała się bardzo czytelna, ale chyba nie do końca idealna, coś nam się pociapało i poszliśmy niewłaściwym szlakiem oznaczonym numerem 9 a potem 9a.

piątek, 1 stycznia 2016

Jare Gody 2015 w osadzie Białogród.

Po raz pierwszy od kilku lat mogliśmy uczestniczyć w obchodach równonocy wiosennej, znanych również jako Jare Gody. W poprzednich latach zawsze tak się składało, że byliśmy za granicą, jesteśmy więc bardzo zadowoleni, że tym razem okoliczności pozwoliły przybyć do pobliskiego Białogrodu i spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi.