poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Na malezyjskiej plaży - część II.

Noc na plaży okazała się bardzo przyjemna, rano wypoczęci wypełzliśmy z namiotu, spakowaliśmy go i zaczęliśmy przygotowywać się do śniadania. Wtedy się zaczęło... Najpierw usłyszeliśmy hałas i pokrzykiwania, potem nastąpił atak! Pierwsza małpa rzuciła się na chleb, kolejna na mój plecak, za nimi szły następne. Ta od plecaka oberwała po rzyci, ale nawiała z zupką chińską, tej która chciała zwędzić chleb poszło trudniej, bo w tym samym momencie co ona, bochenek złapała Żywia i targały się z nim przez minutę. (To było najdziwniejsze i najbardziej komiczne wydarzenie w moim życiu. Ja trzymałam worek z chlebem za jeden koniec, a małpiszon wbijał pazury w drugi, patrząc sobie w oczy i jazgocząc przechodziłyśmy próbę charakterów... W końcu stwór odpuścił. - Żywia)

Ja w tym momencie odpierałem natarcie pozostałych amatorów naszego żarcia. W ruch poszły orzechy rozmiarów dziecięcej pięści i kawałki koralowca z plaży, których używałem jako amunicji, kilka małp oberwało, ale większość była na to za cwana i zwinnie uskakiwały. Kilka razy przypuszczały atak, trzy lub więcej sztuk usiłowało mnie osaczyć. Zbliżały się z różnych stron jednocześnie. Widać było od razu jakie mają zamiary, uszy położone po sobie, wyszczerzone zęby i znacznie mniejsza bojaźliwość. Trzeba było wtedy trzymać się na pewniaka, próba wahania czy odwrotu mogłaby się skończyć dla mnie dość nieprzyjemnie. Taki mały, włochaty człowieczek potrafi ugryźć równie mocno co pies tyle, że paskudzi się to potem bardziej. W utrzymaniu rezonu pomagało mi wrodzone zamiłowanie do awantur i amunicja w dłoniach. Małpy w końcu zrezygnowały z ataku. Udało im się zdobyć jedną zupkę chińska i kilka guzów, to chyba nie była najlepsza akcja w ich karierze :).
(Nie ukrywam, że dziką radość sprawiło mi obserwowanie delikwenta z zupką chińską zasiadającego na drzewie, spadające fragmenty opakowania świadczyły, że jest coraz bliżej posiłku, aż na końcu... BINGO! Z drzewa spadła otwarta saszetka z piekielnie ostrą przyprawą w oleju, ewidentnie nadjedzona :D Dodać trzeba, że tamtejsze zupki nie występują w formie innej niż turbo ostre, a ta ukradziona wędrowała z nami od Tajlandii, bo była tak ostra, że zawsze znalazło się coś lepszego do jedzenia ;D Trochę jak z chlebem krasnoludów. Mieliśmy więc, przynajmniej tyle radości ze zdziwienia małpy, która na następny raz może dwa razy się zastanowi co kradnie... - Żywia)
Gdy już pozbyliśmy się kudłatych gości można było bezpiecznie wyciągnąć to co ocalało nam z zapasów i zabrać się za śniadanie. Nie mieliśmy żadnych planów na dzisiaj, hamak i woda to było wszystko czym mieliśmy zamiar się zajmować. Żywia wybrała hamak, ja potoczyłem się znowu ponurkować. Tym razem przejście do sąsiedniej wysepki poszło gładko i wody było znacznie mniej niż wczoraj. Po drugiej stronie wysepki poza mną była jeszcze tylko hałaśliwa grupka malezyjskich turystów, głównie turystek. Też chcieli ponurkować, tyle że w kamizelkach ratunkowych nie jest to takie proste. Pluskali się w wodzie z gębami pod wodą płosząc wszystko co tylko było w stanie od nich uciec. Od razu skierowałem się do zatoczki maksymalnie od nich oddalonej. Dzisiaj nurkowało mi się całkiem miło, chyba widoczność w wodzie była trochę lepsza, znalazłem też fragment rafy koralowej wyglądający mniej więcej jak powinna wyglądać rafa. Pływało tam sporo małych rybek, uznałem, że nakarmię je resztkami chleba, który nadszarpnęła małpa. Dzielnie zawlokłem go ze sobą aż na rafę i tam rozkruszyłem. Rybki były w niebo wzięte, tak się ucieszyły z obfitości pożywienia, że aż zaczęły je sobie ze mną mylić. Na szczęście nie były to piranie więc uszedłem z życiem, ale byłem całkiem nieźle poskubany.


Resztę dnia spędziliśmy na błogim lenistwie, wieczorem znowu pojawił się gang makaków. Tym razem zaatakowały ciekawszy cel czyli stoliki z resztkami potraw na plaży obok restauracji. Cała banda kudłaczy rzuciła się na talerze, większość po prostu zabierała coś do jedzenia i wiała, jedna okazała się dystyngowaną małpą i zakosiła cały talerz, a potem jadła z niego na drzewie. Widocznie nie była to pierwsza tego typu wizyta małp tutaj, bo miejscowi byli na nią całkiem dobrze przygotowani. Prawie każdemu z kieszeni wystawała proca, sięgnęli po nie w czasie wizyty. Tak w ogóle to zauważyłem, że znacznie więcej małp ma tutaj niedobór kończyn. Ciekaw jestem dlaczego. Psy? Ludzie? Tak czy inaczej małpa na 3 rękach jest równie szybka co małpa na 4 rękach i niemalże tak samo sprawna.

Noc znowu spędziliśmy w namiocie rozbitym na plaży. Bardzo dobrze zrobiliśmy zabierając go ze sobą, wprawdzie często mi się zdarzało klnąć na niego bardzo siarczyście, zwłaszcza kiedy trzeba było tachać ciężki plecak gdzieś pod górkę w palącym słońcu, ale namiot dawał nam bardzo dużą niezależność i spokój ducha. Nigdy nie martwiliśmy się, że nie znajdziemy hotelu lub będzie dla nas za drogi. Zawsze była alternatywa wędrująca z nami na moich plecach.

Nocka znowu minęła spokojnie, rano zebraliśmy się i piechotą ruszyliśmy w stronę promu. Bilet kupuje się tylko raz i obowiązuje na drogę tam i z powrotem, nie wiem czy powinienem go zachować, chyba nie bo nikt nie sprawdzał. W Lumut zjedliśmy sobie śniadanie i przeszliśmy na dworzec autobusowy. Za 27,50 RM na osobę kupiliśmy bilety i ruszyliśmy do stolicy Malezji czyli Kuala Lumpur. Hotel znaleźliśmy w pobliżu dworca autobusowego, jest ich tam całkiem sporo, ale w większości drogich. Nam udało się znaleźć dwuosobowy pokój za 35 RM. Mieliśmy jeszcze trochę czasu i siły po podróży, więc wybraliśmy się do chińskiej dzielnicy. Niestety nie było tam nic godnego uwagi poza lampionami wiszącymi ponad ulicami, pełno Chińczyków i nowoczesnych przedmiotów do kupienia. Koszulki, okulary, spódnice, jakieś niepotrzebne śmieci i nic ponad to. 

Poranek na plaży.
Wiktoria! Śniadanie ocalone! Próba charakterów pokazała kto jest Większą Małpą!






























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz