niedziela, 18 stycznia 2015

W wiosce Mokenów. Plemię morskich cyganów w zderzeniu z cywilizacją.

Wyspy Surin to nie tylko piękna woda i dżungla. Jest tam jeszcze jedno miejsce warte odwiedzenia, choć cieszące się mniejszą popularnością od raf koralowych. Jest nim wioska Mokenów. Nazywanych też Morskimi Cyganami ze względu na koczowniczy tryb życia jaki prowadził ten lud do niedawana, lub gdzieniegdzie jeszcze prowadzi. Gdy tylko dowiedzieliśmy się o możliwości wprawy tam, od razu się na nią zdecydowaliśmy.



No ale nas dwoje to trochę za mało. Trzeba było zapisać się w książce rejsów i mieć nadzieję, że zbierze się odpowiednia liczba ludzi. Wymagane jest minimum 7 osób. Koszt to 100 bahtów na osobę, jeśli zebrało się mniej osób, a bardzo chcą płynąć to i tak muszą zapłacić 700 bahtów. Zachodziłem przynajmniej 5 razy sprawdzić czy są zainteresowani, dopiero rankiem okazało się, że jednak płyniemy. Nie ma co ukrywać, byłem z tego powodu bardzo zadowolony. Wioska Mokenów znajduje się na innej niż nasz biwak wyspie, płynęliśmy tam około pół godziny i godzinę mieliśmy do dyspozycji na lądzie. Już z daleka widać było, że docieramy do niezwykłego miejsca. Wioska składa się z kilkudziesięciu domów stojących na palach, bardzo blisko wody. Wszystkie domy Są pokryte strzechami z liści palmowych, ściany mają zazwyczaj z tego samego materiału, czasem zastępowanego plecionką z bambusa. W wiosce byliśmy oczywiście intruzami, których mieszkańcy znoszą ze względu na pieniądze, które mogą na nas zarobić, ale trzeba przyznać, że znoszą całkiem dobrze. Nie okazywali nam w żaden sposób niechęci i zajmowali się raczej swoimi sprawami nie zwracając na nas większej uwagi. Kobiety opiekowały się dziećmi, kilkunastoosobowa grupka mieszkańców siedziała sobie na piasku i grała w bingo, jakaś kobieta wywieszała uprane sarongi. Wyjątek stanowiła niewielka grupka dzieci i dorosłych, którzy oferowali na sprzedaż swoje rękodzieło. Mokenowie nie mają praktycznie żadnej możliwości zarobkowania poza tym, kilka osób pracuje w obsłudze parku narodowego i w zasadzie to wszystko.


Mogliśmy swobodnie obejść całą wioskę, obserwując wytwory rąk gospodarzy oraz kurczaki biegające pomiędzy palami i koty wylegujące się w cieniu. Wioska była już nieco dotknięta cywilizacją więc na piasku walało się trochę śmieci (na szczęście niewiele), a gdzieniegdzie ze strzechy wystawały baterie słoneczne. W wiosce było dość pusto, prawdopodobnie większość mieszkańców wypłynęła na morze zdobyć coś do jedzenia. Zamiast nich, mogliśmy przyjrzeć się totemom stojącym w centrum wioski świadczącym o pierwotnym systemie religijnym jaki wyznają. Niektóre osoby miały twarze wysmarowane glinką, większość chodziła w sarongach, jedna z kobiet żuła betel przez co miała zeżarte dziąsła i czerwonawe zęby. Jakiś dzieciak z charakterystyczną dla młodych chłopców fryzurą (kępka włosów nad czołem) machał nam z okna chaty. Przypatrzyliśmy się pani wyplatającej trzcinową matę i panu rzeźbiącemu w kawałkach drewna morskie stworzenia. Kupiłem od niego figurkę rekina, Żywia zaopatrzyła się w kilka bransoletek z trzciny.

W zasadzie dopiero po powrocie do Polski dowiedzieliśmy się z jak niezwykłymi ludźmi mieliśmy tam do czynienia. Prawdopodobnie spokrewnieni są z ludami austronezyjskimi i około 4 tysięcy lat temu opuścili południowe Chiny. Określenie Cyganie Morscy wcale nie jest wyssane z palca. Mokenowie w niedalekiej przeszłości potrafili spędzać na swoich łodziach nazywanych kabang nawet 8-9 miesięcy w roku, chroniąc się na lądzie tylko w porze monsunowej. Kabangi były wykonane z jednego pnia drzewa, z burtami wydłużonymi do góry bambusową konstrukcją by lepiej chronić przed falami. Były też zaopatrzone w żagle uszyte z liści Pandanu (pochutnika) i wiosła za pomocą których nomadzi najczęściej przemierzali morza. Prowadzili żywot koczowników pływając od łowiska do łowiska w kilkułodziowych grupach klanowych. Mokenowie rodzili się na swoich łodziach (łożysko każdego z dzieci musiało trafić do wody), na nich żyli i na nich często umierali, a gdy to nastąpiło ich ciała trafiały do morza. Potrafili całymi tygodniami nie schodzić na ląd, łapali wodę deszczową do picia i jedli tylko ryby przygotowywane na małym ogniu rozpalanym na łodziach. Głównym sposobem na zdobycie pożywienia było łowienie z harpunem lub zbieractwo. Byli doskonałymi nurkami, potrafiącymi zanurzać się nawet na 3 minuty i schodzić do 20 metrów głębokości (szczerze mówiąc nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale takie informacje na ich temat znalazłem). Dziś używają do nurkowania gogli, niedawno były im jeszcze zbędne. Z dna zbierali pożywienie i muszle, które mogli sprzedać kupcom lub wymienić na potrzebne im przedmioty. Byli bezpaństwowcami, którzy nie przyznawali się ani do Birmy ani do Tajlandii, obydwa kraje nie traktowały Mokenów jak swoich obywateli i często prześladowały. Mokenowie byli wypierani z wysp, na których spędzali porę monsunową, często trafiali do więzień ze względu na brak jakichkolwiek dokumentów lub byli zmuszani do osiedlenia się na stałym lądzie. Jako lud nie znający ani nigdy do tej pory nie potrzebujący pisma, często nie potrafili się odnaleźć w obcych im warunkach i staczali się w nędzę i alkoholizm.


Ustanowienie parku narodowego na Wyspach Surin dało Mokenom odrobinę bezpiecznej stabilizacji. Tutaj nie muszą się obawiać, że ich wioska zniknie rozjechana buldożerami gdy wypłyną w morze. W wiosce powstała też szkoła, w której mogą zdobyć przynajmniej podstawowe wykształcenie. Co zostało z niezwykłej kultury Mokenów dzisiaj? Obecnie żyje około 2 tysięcy tych morskich wędrowców w okolicach Birmy i południowej Tajlandii, jednak bardzo niewielu z nich (jeśli w ogóle jeszcze jacyś) żyje nadal na swoich łodziach. Prowadzą osiadły lub półosiadły tryb życia, który destruktywnie wpływa na ich kulturę i zwyczaje. Dzisiaj łodzie Mokenów (przynajmniej tych na Surin) są zbudowane z desek i zaopatrzone w silniki, a ich chaty są zbudowane znacznie solidniej niż chaty ich ojców. Wielkie szkody temu ludowi wyrządziło tsunami z 2004 roku. Zginęło wtedy ponad 300 tys. ludzi, ale żaden z nich nie był Mokenem. Wielka fala jednak poważnie spustoszyła rafy koralowe będące ich łowiskami. Jako lud wychowany na wodzie potrafili rozpoznać po kształcie fal nadciągające niebezpieczeństwo i zawczasu zbiegli na ląd. W ochronieniu się przed Tsunami pomogła im też mitologia jaką odziedziczyli po przodkach. Według niej czasem na świat przychodzi "zła fala, która pożera ludzi", zgodnie z mitem co jakiś czas na dnie morza budzi się zło, z którego powstaje zła fala. Jednak jej nadejście poprzedzają znaki ostrzegawcze takie jak gwałtowne cofnięcie się morza, które Mokenowie potrafią rozpoznać. W zasadzie nie jest to żaden mit, a zaobserwowane zjawiska natury, które trzeba było sobie jakoś wyjaśnić by móc je zrozumieć.

Bardzo jesteśmy zadowoleni, że udało nam się chociaż otrzeć o ten niezwykły lud i mamy nadzieję, że zachowa on swoje tradycje, zwyczaje i nadzwyczajne umiejętności dla przyszłych pokoleń.

Dach łodzi, którą płynęliśmy do wioski.
Nasz kapitan, będący jednocześnie mieszkańcem wioski, wprawa z jaką radził sobie z łodzią i zwinność w poruszaniu się po niej nie zostawiały cienia wątpliwości, że jest Mokenem czyli człowiekiem morza.



Wioska to w zasadzie dwie uliczki biegnące pomiędzy słupami chat.
Do takiej dłubanki Mokenowie dowiązywali kiedyś bambusowe burty, zaopatrywali ją w żagiel uszyty z liści i daszek pokryty tym samym materiałem, a następnie wyruszali na całe miesiące włóczęgi od łowiska do łowiska.
Bambusowa mata zastępująca czasem ściany z liści.
Mokenowie mieszkają tu już na stałe więc odrobina techniki mogła się zadomowić razem z nimi.



Wraz z osiadłym trybem życia pojawiły się zwierzęta hodowlane.

Ściany i dachy wykonane są zazwyczaj z tego samego materiału czyli liści palmowych.

Mieszkańcy przyzwyczaili się już do turystów i na pytania czy mogę im zrobić zdjęcie, zgadzali się bez oporów. Pytanie wyglądało w ten sposób, że wskazywałem palcem na aparat i pytającym tonem mówiłem foto, w odpowiedzi uzyskiwałem kiwnięcie głową.

Pamiątki dla turystów są jednym z niewielu źródeł dochodów na jaki ten lud może liczyć.
Figurka znajdująca się najbardziej po prawej przyjechała ze mną do Polski.
Pani wyplatająca matę, będącą jednym z charakterystycznych wytworów rękodzieła tej kultury.

Dziewczynka handlująca łódeczkami.
Totemy Mokenów będące symbolem ich wierzeń religijnych. Nie były w najlepszym stanie prawdopodobnie tak jak i sam system religijny, zdruzgotany poprzez całkowitą zmianę warunków życia.


Pani z dziąsłami dość mocno nadżartymi betelem.











Starsza pani ubrana była tylko w sarong sięgający jej do pępka, odsłonięte piersi były czymś normalnym dla tej kultury, teraz nieco się to zmieniło lecz jeszcze nie diametralnie.
Malec z fryzurką odpowiadającą jego wiekowi.


Łódź, która kształtem rufy przypominała pierwotne kabangi tych nomadów.


No i jak zwykle futro, które koniecznie trzeba wygłaskać.




Mieszkańcy wioski grający w bingo.



Suszące się sarongi.


1 komentarz: