poniedziałek, 21 września 2015

Święto Plonów 2015 w Białogrodzie.

English version at the end.

Wybraliśmy się tradycyjnie do pobliskiego Białogrodu na obchody święta Plonów organizowanego przez naszych znajomych. W ramach obchodów radosnego bądź co bądź wydarzenia - zbiory zebrane, bogate spiżarnie nie domykają się, a domowy zwierzyniec napasiony i tłuściutki - nasi gospodarze zorganizowali sporo konkurencji sprawnościowych. Nie załapaliśmy się na wszystkie, ponieważ trwały już od soboty rano, ale kibicowaliśmy podczas "biegu przez rżysko", rączy panowie ze słodkim balastem pod postacią niewiast musieli jak najszybciej przebiec wyznaczony dystans. Sposób pochwycenia balastu był dowolny :) Najbardziej rozbiegany okazał się Kvedulf niosący swoją żonę Iven.

Później odbywało się dojenie kozy, podczas tej konkurencji zajmowana smakowitym poczęstunkiem koza była w określonym czasie dojona i wygrywała ta osoba, która bardziej zapełniła gliniaczek. Koza ze stoickim spokojem dawała się obmacywać niewprawnym rękom, a podczas konkurencji objawiły się samorodne talenty w tej dziedzinie chowu :) Bezkonkurencyjną zwyciężczynią została Magda zwana Żbikiem. Oczywiście z nadojonym mlekiem trzeba było coś szybko zrobić, żeby udostępnić kubeczki kolejnym zawodnikom, ale chętnych na ciepłe świeże kozie mleko nie brakowało. Tak wzmocnieni rozpoczęliśmy konkurencję zapasów. Emocje były wielkie, testosteron buzował, nawet krew się polała, ale wszystko w zdrowej atmosferze, tutaj wykazał się Mojmir przynosząc do domowej spiżarni butelczynę miodu pitnego. Ostatnim zmaganiem przed obrzędem było siłowanie na rękę i tu znowu zwyciężył Kvedulf.

Zawody w dojeniu kozy, a sama koza wydawała się zadowolona, bo co chwila dostawała pełną michę obierek z jabłek, żeby stała w miejscu :)
Słońce chyliło się już malowniczo ku zachodowi, kiedy przyszykowani odświętnie, wyruszyliśmy w korowodzie na ściernisko po ostatnie snopki zboża. Część została zabrana w darze dla Mokoszy, a część pozostawiona dla ptaków i zwierząt na polu. Pod posągiem Mokoszy złożyliśmy dary z plonów i zbiorów leśnych, udekorowaliśmy Mokosz wieńcem i koralami z jarzębiny, a na koniec podzieliliśmy się chlebem z miodem oraz piwem, aby się nam bogato i tłusto wiodło w przyszłości. Później przyszedł czas na biesiadę, pięknie udekorowana wiata i stoły pod nią, przywitały nas półmiskami z pierogami, kołaczami, chlebem, wędlinami, serami i owocami, a daniem głównym był wyśmienity gulasz. Bardziej wątpliwą atrakcją okazał się "przysmak" jaki zaproponował Rudy odważnym i nieświadomym ochotnikom, a mianowicie lutefisk, czyli sprowadzone ze Szwecji gnijące śledzie zapakowane do puszki.


Ci, którzy wiedzieli co to za diabelstwo od razu zarządzili degustację poza grodem. I SŁUSZNIE. Tego smrodu nie da się opisać. Najgorsze, że nawet jedna kropelka na tunice powodowała torsje wszystkich w promieniu 3 metrów, nie mówiąc już o oddechach nieszczęsnych degustujących. Biedny Rudy, który podczas otwierania puszki upaćkał sobie ubranie był przeganiany i egzorcyzmowany przez wszystkich współbiesiadników, dopiero kiedy zmienił ubranie, porządnie zajadł lutefiska i natarł dłonie jarzębiną, stał się ledwo znośny :)

Niestety pora robiła się późna, a my nie zostawaliśmy na noc w grodzie, więc zebraliśmy manatki i zostawiliśmy rozkręcającą się imprezę swojemu losowi.

Bieg po rżysku.


Wspaniale udekorowana wiata od razu wprowadzała w odświętny nastrój, a wieczorem oświetlona świecami wyglądała magicznie.





























Jeden z czterech synów Belzebuba, grodowego kozła wyglądającego bardziej jak lew niż jak koza ze swoją grzywą.




















Zachód słońca ozłocił Białogród, znak, że pora zaczynać Plony.

































Traditionally we went to nearby Bialogrod (settlement reenacting early medieval age) to Harvest Festival organised by our friends. As a part of celebrating the festival, which is anyway a joyful event – harvest is done, pantry full of goods and farm animals are well fed and fattened, our hosts arranged a lot of agility competitions. We missed some contests, because event started on Saturday morning. We were cheering on during the „running through the stubble”. Fleet gentlemens with charming ballast in the form of women had to run the specified distance. Way to carry the ballast was undetermined. It turned out that Kvedulf was best prepared (in carrying his own wife Iven).

After that, goat milking took place. During this contest participant had to obtain as much goat milk as he could. The winner was person whose clay pot was more filled. Goat with stoic calm gave the participants an opportunity to demonstrate their weak skills, but there were some people with innate talent. The matchless winner was Magda called Wildcat. Of course, we had to do something with milk so that the rest could continue their struggles, but everybody was ready to drink warm milk. Then we started next competition – wrestling. There was great emotions, testosteron was flaring, even blood showed up, but everything ended well. This time Mojmir has a chance to prove himself – bringing a bottle of mead to our home pantry. The last contest before the ritual was arm wrestling and Kvedulf won again.

The sun was already setting when we, richly dressed, went in procession to the stubble for the last sheaves. Part of it was taken as a gift for Mokosh and the rest was left for birds and animals on field. Under the Mokosh statue we made our offerings with yields and forest harvest, we decorated Mokosh with wreath and rowanberry necklace. At the end we shared bread with honey and beer to ensure rich future and good fortune. After that it was a feast. Beautifully decorated canopy and tables under it greeted us with dishes of dumplings, cakes, bread, meats, cheese and fruits. The main course was a delicious goulash. More doubtful attraction was „delicacy” proposed by Rudy (guy with red hair). It was just for brave and unconscious volunteers. Lutefisk is traditional Swedish dish – rotting herrings in a can.  
Those who knew what devilry it is decided to taste it outside the stockade. RIGHTLY. This smell is impossible to describe. The worst thing was that even one drop on tunic caused tortions within a radius of three metres. And you don't want even to think about breath of those who have tried. Poor Rudy got his clothes dirty with THAT and he was chased away and exorcised by every feaster. Only when he changed his clothes, ate well a lot of lutefisk and rubbed his hands with rowanberry he became hardly tolarated. 
Unfortunately, it was getting late and we could't stay for a night, so we packed our things and left this party to its own fate.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz