niedziela, 15 marca 2015

Malezja - pierwszy kontakt.

Stało się, 8 marca wsiedliśmy do pociągu, który miał dowieść nas do Malezji. Bilety na niego Żywia kupiła jeszcze w Polsce, okazało się, że nikt nie zrobił nas w konia i pomyślnie przeszły kontrolę. Na granicy musieliśmy opuścić z bagażami przedział i wyjść na peron. Na tajskiej odprawie musieliśmy oddać świstki, które wypełnialiśmy przed wlotem do kraju i zapozować do zdjęcia. Potem spacerek do malezyjskiej kontroli, tam pobieżnie zerknięto w nasze bagaże, pieczątki do paszportów i mogliśmy sobie iść do pociągu, musieliśmy poczekać jeszcze z pół godziny zanim z powrotem znaleźliśmy się w drodze.

Po malezyjskiej stronie wsiadł jakiś pan wymieniający walutę. Przelicznik miał całkiem uczciwy czyli 10 bahtów za 1 ringgita, a 1 ringgit to mniej więcej tyle co 1 polski złoty.  Do Butterworth dotarliśmy już po zmroku. Od konduktora bez najmniejszych kłopotów dowiedzieliśmy się jak dotrzeć na prom, wychodzi się na przystań bezpośrednio z dworca. Tam dowiedzieliśmy się, że bilet na wyspę Penang kosztuje 1,2 ringgita od osoby i trzeba zaopatrzyć się w monety, które wrzuca się w obrotowej bramce żeby wejść na prom. Najbardziej szokujące dla nas okazało się to, że wszystko było jasne! Wystarczyło zapytać kogokolwiek żeby odpowiedział wyczerpująco i po angielsku na nasze pytania, Do tego nie trzeba było się przejmować tym, że powrót z wyspy będzie 3 razy droższy niż droga na nią! Poza tym pod stopami nie chrzęściły tony śmieci, a miasto wydawało się zadbane i zindustrializowane...


Po miesiącu użerania się ze wszystkim w Tajlandii przeżyliśmy spory szok kulturowy. Na prom musieliśmy czekać ledwo kilka minut, a po kolejnych 30 minutach wylądowaliśmy już w mieście Georgetown. Pora była już najwyższa żeby rozejrzeć się za hotelem, niestety wszystkie, które mijaliśmy były raczej nie na naszą kieszeń, W końcu trafiliśmy na sympatyczny hostel, w którym dormitorium kosztowało 15 ringgitów za osobę. To była kwota, na którą byliśmy skłonni przystać bez narzekań, w dodatku do noclegu było doliczone śniadanie. Mieliśmy ochotę jeszcze wyjść na miasto żeby choć trochę się rozejrzeć, poza tym brakowało nam już wody. Wyjście jednak się nie udało, gdyż hostel po 23-ciej jest zamykany. Na szczęście wodę można było dostać w recepcji. (Znaleźliśmy miejsce w Love Lane Inn w uliczce - a jakże- Lorong Love. Budżetowa noclegownia, ale z charakterem, czysta, jasna, zadbana z klimatem, jako że właściciel sam podróżował z plecakiem i wie o co chodzi. Bardzo blisko do autobusu, chwila spacerku do portu, świątyń, deptaka nad morzem oraz jednej z większych atrakcji wyspy: nocnego JEDZENIA.- Żywia)

Rankiem postanowiliśmy na poważnie wziąć się za zwiedzanie, Przejrzeliśmy mapkę z atrakcjami wyspy i zdecydowaliśmy się na odwiedzenie chińskiej świątyni Kek Lok Si. Z ciekawszych miejsc była jeszcze świątynia węży, ale jakoś Żywia nie była chętna. (Nie wiedzieć czemu nie mam ochoty oglądać biednych zwierząt owiniętych wokół gałęzi na stojakach, wokół których tłum wiernych tłoczy się, wrzeszczy i nie wiadomo co jeszcze. Nie mam absolutnie nic do węży, w przeciwieństwie do pająków. - Żywia) Skonsumowaliśmy śniadanko w hostelu i ruszyliśmy w stronę dworca. (Śniadanie w postaci tostów, ale miło było usiąść z nimi na tarasie hostelu wychodzącego na wąską uliczkę, w wiklinowych krzesłach i grzać się w porannym słońcu) Po drodze zaczepiliśmy jeszcze chińską świątynię przodków i rozejrzeliśmy się nieco po mieście. Wczorajsze wrażenia potwierdziły się! Całkiem czysto do tego zadbanie, budynki wyglądające znacznie lepiej niż w Tajlandii i cudowna lekkość komunikacji... Żadnych kłopotów przy dogadywaniu się w sklepie czy na dworcu. Zwiedzanie świątyni zajęło nam większą część dnia. (Opis świątyni Kek Lok będzie w osobnym poście, bo i wrażeń było sporo - Żywia).

Po powrocie z niej zdecydowaliśmy się jeszcze na spacerek po mieście. Penang jest wyspą, na której Chińczycy stanowią największą grupę etniczną, jednak tam gdzie się poruszaliśmy nie było tego tak bardzo widać. Przede wszystkim w oczy rzucała się europejska architektura będąca świadectwem kolonialnej przeszłości kraju. Podziwiając budownictwo trzeba było też pamiętać o bardziej przyziemnych kwestiach, na przykład kanałach głębokości półtorej metra i szerokości 20 cm. Nikomu nie życzę wpadki w taki dołek. Bardzo ciekawili nas ludzie zapełniający ulice. Spotykało się tutaj muzułmańskich Malajów, u których mężczyźni ubierali się raczej zwyczajnie z naszego punktu widzenia, natomiast kobiety w hidżabach sprawiały już znacznie egzotyczniejsze wrażenie. Ich twarze i odcień skóry zdecydowanie wskazywał, że są tu autochtonami , mieli dość ciemną skórę i azjatyckie rysy twarzy. Na pewno byli nieco podobni do Tajów lecz jednocześnie różnili się od nich na tyle, że bez większych problemów bylibyśmy w stanie rozpoznać obydwie narodowości. Zwłaszcza po miesiącu oglądania niemalże wyłącznie Tajów. Poza nimi przewijali się Hindusi widoczni z daleka przez ciemny kolor skóry. Tutaj znowu mężczyźni ubiorem niezbyt różnili się od Europejczyków, kobiety w swoich jaskrawych sari wręcz przeciwnie. Uwagę zwracały też rysy twarzy Hindusów, w wielu przypadkach wyglądali jak biali tyle, że nie byli biali. Gdyby wybielić niektóre z dziewczyn, które mijaliśmy na ulicy nie byłbym w stanie odróżnić ich od rówieśniczek z Polski. Ciekawie prezentowały się też włosy starszych ludzi, które siwiały dokładnie tak samo jak włosy na naszym kontynencie. Bardzo kontrastowały z ciemną skórą tworząc niezwykle interesującą mieszankę dla mojego obiektywu. Byli jeszcze Chińczycy, którzy niczym ciekawym się nie wyróżniali i oczywiście biali turyści, czyli grupa, która interesowała nas najmniej. Malaje, Hindusi i Chińczycy żyją tam obok siebie jednak nie ze sobą. Wędrując całe popołudnie i wieczór po ulicach nie zauważyliśmy ani jednej mieszanej pary, wszyscy żyją tam ze sobą zgodnie, ale chyba niewiele ponad to. Model promowanego w Europie multi-kulti gdzie im bardziej dziwaczna mieszanka kulturowa w związku tym modniej i tylko przez przypadek żadna ze stron nie szczeka, w Malezji w ogóle chyba nie występuje, a przynajmniej nie natrafiliśmy przez cały nasz pobyt na jego oznaki. Każda z grup etnicznych ma własne dzielnice, z własnymi restauracjami, sklepami, świątyniami i usługami. Przechodząc z ulicy na ulicę człowiek ma wrażenie jakby przekroczył granicę i znalazł się w innym kraju. Przed chwilą byliśmy w Indiach, teraz idziemy przez Chiny by za chwilę trafić pod meczet.


Jedną z niezaprzeczalnych zalet Malezji jest zdatna do picia woda w kranie. Dzięki temu można w miarę bezpiecznie używać lodu do napojów. (Albo umyć zęby bez konieczności pilnowania się, żeby nie wypłukać ust wodą z kranu - siła pewnych przyzwyczajeń jest ogromna i na początku naszej podróży musiałam bardzo świadomie myć zęby w Tajlandii... - Żywia) Co za rozkosz... W temperaturze niemalże 40 stopni Celsjusza, kiedy człowiek ma wrażenie, że słońce węgli mu każdy odsłonięty kawałek skóry, napój z lodem to istne błogosławieństwo. Szczególnie posmakowały nam mrożone herbaty serwowane przez Hindusów. Herbatka taka składa się z herbaty właściwej, sporej porcji skondensowanego mleka i lodu. Jest przepyszna, świetnie schładza organizm i się nie nudzi. Jeśli ktokolwiek z czytających (zakładając, że ktokolwiek to czyta) trafi kiedyś do Malezji to koniecznie musi takiej herbaty spróbować. Nie tylko napojów warto spróbować, kuchnie oferowane przez wszystkie wzmiankowane kultury różnią się od siebie i warto odwiedzać na zmianę bary w różnych dzielnicach. Jedzenie zazwyczaj nie jest drogie i w każdym barze jest jadłospis napisany łaciną, zawierający cennik. W Tajlandii tak różowo nie było, często nacinaliśmy się na tajskie wzorki będące prawdopodobnie nazwami dań, do których cenę sprzedawcy ustalali na bieżąco, biorąc poprawkę na nasz kolor skóry, czyli przynajmniej podwajając cenę.

Pełni wrażeń i herbaty odpoczęliśmy chwilę w hostelu i wieczorem znowu ruszyliśmy na spacer. (Po zmroku na głównej ulicy centrum Lebuh Chulia, rozpoczyna się uczta dla smakoszy. A jeżeli ktoś nie jest smakoszem, to się nim wkrótce staje - gdy upał dnia ustępuje, wzdłuż ulicy w podcieniach i arkadach rozkwitają kolorowe wózki i knajpki ze swoimi plastikowymi zydelkami, oferując miejscowe specjały. Miejsc siedzących ze świecą szukać i nie mówię tu o tym, że oblegają je turyści, ale miejscowi! Po trudach dnia, spotykają się na późnej kolacji w gronie znajomych i cieszą chłodem oraz jedzeniem. My zrobiliśmy kilka rundek od wózka do wózka próbując tego i owego, bo i tak nie mielibyśmy gdzie usiąść. Pora była dość wczesna bo około 21.00 więc wszystko dopiero się rozkręcało, dyskoteki jeszcze pustawe, ale już można było spotkać na ulicy zygzakujących dokądś imprezowiczów. Musieliśmy pilnować czasu, żeby nie zamknięto nam hostelu, ale też po całym dniu zwiedzania nie byliśmy w stanie długo być na nogach. - Żywia)

Hostelowe śniadanko, nie powala ale jest wliczone w cenę noclegu więc nie godzi się nim pogardzić.
A tutaj recepcja naszej noclegowni.
Riksze stanowią zwyczajny środek transportu dla miejscowych, na szczęście dla kierowców takich wehikułów miasto nie jest położone na pagórkach.
Ja i mój nieodłączny plecak podręczny, zawsze było w nim coś do picia, aparat z zapasowymi bateriami, jakieś zapakowane żarcie, do tego latarka scyzoryk i kilka innych, przydatnych drobnostek.

Chińska kapliczka zawieszona na filarze przed sklepem, nagminny widok w tym mieście.
Pomimo że muzułmanie nie dominują liczebnie w Georgetown, ich obecność jest dobrze widoczna.

Chińska świątynia przodków.













Mrożona herbata... Najlepszy napój Malezji.


















Sporo tam europejskiej architektury, kontrastującej z wieloma strojami mieszkańców.


Rynsztoki głębokości półtorej metra, radzimy do nich nie wpadać.







Hinduistyczna świątynia rojąca się wprost od wizerunków bóstw i herosów.


W czasie zwiedzania spotkaliśmy tego pana myjącego hinduistyczną kapliczkę, w czasie naszej podróży po Azji nie spotkałem potężniej zbudowanego chłopa.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz