sobota, 27 grudnia 2014

Khao Sam Roi Yot - morze i góry.

Na dzisiaj (23 II 2014) mieliśmy w planach zobaczyć co oferuje park narodowy. Zdobyliśmy jakąś mapkę z atrakcjami i ruszyliśmy na ich poszukiwania. Pierwsza w planach była jaskinia Sai. Tyle, że jak zwykle trzeba było najpierw do niej dotrzeć, czyli zrobić z 8 kilometrów pieszo. Po drodze machnęliśmy kilka razy na stopa ale bez efektu, w końcu przestaliśmy machać i wtedy zatrzymało się auto. Siedziała w nim para młodych Tajów, których widzieliśmy w restauracji przy śniadaniu, wybierali się do tej samej jaskini co my i zaproponowali podwózkę. Ona nazywała się Nat, a on Aun. Obydwoje byli całkiem sympatyczni i komunikatywni po angielsku.


wtorek, 23 grudnia 2014

W trasie do Khao Sam Roi Yot

Nasz pobyt w Tajlandii składał się z jednego lub kilku dni zwiedzania, następnie co najmniej całego dnia podróży, po którym trafialiśmy w kolejne, interesujące (przynajmniej dla nas) miejsce. Tak samo było z pływającym targiem, kolejny dzień po pobycie tam, znowu spędziliśmy w różnych środkach transportu aby dotrzeć do Khao Sam Roi Yot czyli kolejnego parku narodowego z naszej listy.

niedziela, 14 grudnia 2014

Wielkie czedi w Nakhon Pathom.

Pływający market w Saduak zabrał nam ledwo pół dnia, jakoś trzeba było zagospodarować resztę czasu. Nie było sensu już nigdzie dalej jechać, a pod nosem, ledwo kilkaset metrów od hotelu stało czedi w Nakhon Pathom. Z autobusu wysiedliśmy praktycznie pod ogrodzeniem budowli, więc zaszliśmy tam zerknąć jak za dnia wygląda sytuacja. Wyglądała interesująco, sporo ludzi się tam kręciło, można było podejść pod samo czedi i okazało się, że jest gdzie pomyszkować za murami okalającymi budowlę. Przewinęliśmy się tam pobieżnie (zdecydowanie dla mnie za pobieżnie) i wróciliśmy do hotelu odpocząć. Po drodze spotkaliśmy (kolejnego dzisiaj) warana,  pływał sobie w kanale ledwo kilka metrów od nas i wcale się tym nie kłopotał. Zajrzeliśmy jeszcze na halę targową po coś do jedzenia i na rekonesans. Hala nieszczególnie porywała. Żywia zdecydowała, że ma już dość zwiedzania na dzisiaj i będzie się lenić, też bym się polenił, ale mam nazbyt ciekawską naturę, która nie pozwoliła mi usiedzieć w pokoju. Jak za każdym razem kiedy wygoniła mnie na zwiedzanie, nie pożałowałem.

sobota, 6 grudnia 2014

Damnoen Saduak - targ na wodzie.

Już planując podróż do Azji wybraliśmy kilka miejsc, które koniecznie chcieliśmy odwiedzić. Jednym z nich był pływający targ w miejscowości Damnoen Saduak. W końcu przyszła pora żeby zobaczyć na żywo to czym zachwycaliśmy się na zdjęciach w necie. Rankiem (był 21 lutego) wyszliśmy na przystanek żeby znaleźć odpowiedni autobus, stało ich tam kilka, zamierzaliśmy pytać po kolei kierowców gdzie jadą. Ta wątpliwa przyjemność została nam odebrana przez panią pracującą w jednym z autobusów, gdy tylko zobaczyła białą parę od razu zaczęła do nas machać i pytać czy na pływający targ jedziemy? 

niedziela, 30 listopada 2014

Przepiórcze jaja, demonstranci i inne przypadki w pociągach tajlandzkich. W drodze na pływający targ.

Nasz pierwszy pobyt w dżungli dał nam więcej wrażeń niż byśmy się śmieli spodziewać. Nic więc dziwnego, że z żalem opuszczaliśmy to miejsce, choć pora nam było w drogę. Kolejne fascynujące miejsca czekały na odkrycie. Z rana spakowaliśmy plecaki i podreptaliśmy do głównej drogi, aby łapać stopa. Jezdnia przecina cały park, więc postanowiliśmy wyjechać z niego po przeciwnej stronie. Znowu łapanie stopa zajęło nam aż 15-20 min, bo nikogo prawie nie było na drodze. W końcu zatrzymała nam się jakaś rodzina Tajów i zaprosiła na pakę auta.


niedziela, 23 listopada 2014

Khao Yai czyli Światosław w dżungli cz. III

19 luty 2014

Trzeciego dnia stwierdziłem, że żeby zobaczyć coś ciekawego, trzeba wstać jak najwcześniej. Żywia wcale nie była zachwycona, że zdzieram ją przed 5-tą rano, no ale czasem trzeba pocierpieć dla wyników. Było całkiem ciemno kiedy wyszliśmy z kempingu, tak że wczesnym świtem byliśmy pod kwaterą parku. Dalej liczyliśmy na gibbony więc znowu przeszliśmy betonowy szlak, gibbony gdzieś tam hałasowały, ale nie miały ochoty się zbliżać, zamiast nich zobaczyliśmy jakiegoś węża w kolorze ciemnej miedzi, który spełzał ze szlaku, widać nie miał żadnej ochoty na spotkanie z ludźmi. (Wyszliśmy jeszcze przed świtem i spacer po parku po ciemku to niezłe przeżycie! Rośliny po bokach ścieżki są jakieś takie wyższe i pełne niewiadomych. Słyszy się dużo, a widzi tylko tyle ile oświetla latarka, człowiek nagle zdaje sobie sprawę jaki jest nieporadny i zależny od wzroku - Ż.)


niedziela, 16 listopada 2014

Khao Yai czyli Światosław w dżungli cz. II

Kolejny dzień w parku postanowiliśmy w całości przeznaczyć na wędrówki, wstaliśmy sobie przed 7-mą rano, żeby jak najszybciej dostać się na szlak tylko troszkę nam to nie wyszło... Chcieliśmy sprawdzić trasę wyrysowaną nam na mapce. Przeszliśmy szmat drogi po asfalcie nie widząc niczego ciekawego, żeby dotrzeć do kwatery parku (dopiero wtedy zrozumieliśmy jakim szczęściem dla nas był facet, który pokierował nas na skróty). Mieliśmy nadzieję, że może zobaczymy gibbony, którymi szczyci się park.


piątek, 7 listopada 2014

Khao Yai czyli Światosław w dżungli cz. I

Nocka na trawniku między bungalowami pomimo szczekania gekonów minęła nam spokojnie. Rankiem zdecydowaliśmy, że zostaniemy na tym miejscu, a do parku będziemy tylko zaglądać na spacerki po szlakach i wracać z powrotem na nocleg. Naiwni... Nie mieliśmy zielonego pojęcia jak wyglądają realia pobytu w takim parku (w necie udało nam się trafić na kilka relacji z wizyt w parku, ale bez żadnych informacji praktycznych). Szczęśliwie i na lekko doszliśmy sobie do bramy, tam strażnicy poinformowali nas, że wejście to 400 bahtów na osobę (ok. 40 zł) i musielibyśmy płacić za każdym razem gdy wchodzimy na teren parku, a tak w ogóle to do centrum turystycznego wokół którego koncentruje się większość szlaków jest jakieś 15 km.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Obchody Dziadów w Białogrodzie. || Celebrating Dziady (literally „Grandfathers”) in Bialogrod

English translation below.

Rekonstrukcja historyczna to nie tylko strój i broń, ale również obyczaje naszych przodków. Nic więc dziwnego, że czas Zaduszek spędziliśmy w strojach historycznych próbując się wczuć w realia minionej epoki. Skorzystaliśmy z zaproszenia naszych przyjaciół, którzy w Białogrodzie zorganizowali obrządek "Dziadów" wraz z ucztą. 

Karaboszki i instrumenty to ważny element obchodów. Maski (karaboszki) chronią przed niechcianymi spotkaniami z nieprzyjaznymi duszami - zasłaniamy twarz, więc jesteśmy "anonimowi". Instrumenty zaś wskazują Dziadom drogę do ciepła i jadła.
Karaboszki and instruments are very important during celebrating. Masks are protecting againts
unwanted meetings with unfriendly souls – we cover our faces, so we are „anonymous”.
Instruments are showing the way to warm place and food for souls.

sobota, 1 listopada 2014

W trasie do parku narodowego Khao Yai.

Na zwiedzanie Ayutthayi wystarczy swobodnie jeden dzień i właściwie tylko tyle czasu na to poświęciliśmy. Po nocce spędzonej w naszym komfortowym hotelu wybraliśmy się w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Poza Bangkokiem łatwiej o tanie żarcie więc udało się nam kupić dwie, bardzo smaczne zupy z przezroczystym makaronem (makaron ryżowy - Ż.) i kawałkami mięsa za 75 bahtów (znaczy się 7,5 zł). Potem wpadliśmy do internetowej kafejki, skąd daliśmy znać światu, że jeszcze nas nic nie zeżarło. Wnętrze kafejki mocno odbiegało od widoków z jakimi oswoiliśmy się już w Tajlandii. Dobre komputery, wygodne fotele, schludnie, czysto, porządna klimatyzacja. Do kafejki (jak i do większości pomieszczeń) należało wejść bez butów, więc nasze sandały dołączyły do japonek przebywających wewnątrz dzieciaków. Godzina netu kosztowała 15 bahtów i transfer był adekwatny do ceny... (Musieliśmy się też zmierzyć z Windowsem i przeglądarką internetową w obcym alfabecie, a znalezienie ustawień językowych wśród tych dziwnych robaczków to dopiero zadanie, w końcu musiał nam pomóc pracownik kafejki - Ż.)


wtorek, 28 października 2014

Tajlandia - Ayutthaya, rowerowy rajd po świątyniach i latające psy.

Ayutthaya leży 80 km na północ od Bangkoku i była naszym kolejnym celem podróży. Miasto powstało w połowie XIV wieku i dzięki dogodnej lokalizacji szybko stało się ważnym ośrodkiem handlowym ze szlakami do Chin i Indii. Już w XV wieku tutejsi władcy opanowali większość terytorium dzisiejszej Tajlandii i zachowali niezależność polityczną aż do roku 1767, kiedy miasto zrujnowały wojska birmańskie. Później wspaniałe budowle popadały w ruinę i zarastały dżunglą, ale nadal robiły wrażenie i były inspiracją dla architektów wznoszących pałace w Bangkoku.

sobota, 25 października 2014

Bangkok cz. 3 - Chińska dzielnica Bangkoku - Chinatown.

Walentynki spędziliśmy w chińskiej dzielnicy (to to były walentynki??- przyp M.). Po niezwykle kreatywnej jeździe tuk-tukiem (wciskanie się między samochody, wymijanie na centymetry, zawracanie niemal w miejscu, szaleńcza jazda po prostkach) wysiedliśmy przy innej świątyni niż wskazaliśmy - norma. (Pierwszy raz widzieliśmy na oczy taki przybytek, więc dość dokładnie się poprzyglądaliśmy, masa zdobień, rzeźb, posągów, kadzideł, świec i ludzi tworzyła bardzo dynamiczny i kolorowy krajobraz, który usiłowaliśmy utrwalić na zdjęciach. Czynności religijne wykonywane przez obecnych w świątyni były i w większości nadal są całkowicie dla nas niezrozumiałe więc tym bardziej ciekawe. Coś tam kojarzyliśmy z kadzidełkami, dobre i to na początek - przyp. M.) 


wtorek, 21 października 2014

Bangkok cz. 2 - Grand Palace, Odpoczywający Budda, Szmaragdowy Budda, w ogóle dużo Buddów :)

Następnego dnia, z postanowieniem, że nie damy się naciągnąć na kolejne historie o demonstracjach i kataklizmach, ruszyliśmy w kierunku Grand Palace z ogromnym kompleksem świątynnym i oczywiście pałacem. "Uczynni" kierowcy tuk- tuków ostrzegali nas, że rano w pałacu są jakieś ceremonie tylko dla miejscowych i nie wejdziemy, że lepiej z nimi na wycieczkę po targu na wodzie itd, ale twardo obstawaliśmy przy swoim i naturalnie na miejscu pod pałacem zastaliśmy zwyczajne tłumy zwiedzających. (Zwiedzać wolno tylko w odpowiednim stroju, czyli żadnych odsłoniętych ramion i cycków na wierzchu, długie spodnie, koszulka z co najmniej krótkim rękawem to minimum, w razie czego odpowiednie ubrania można wypożyczyć za kaucją, chyba 1000 bahtów - przyp. M) 


czwartek, 16 października 2014

Bangkok cz. 1 - pierwsze wrażenia, Khao San Road,

Po pół roku na Islandii, gdzie zarabialiśmy na całkowicie odmienną podróż, tygodniach planowania i kompletowania wyposażenia - praktycznego i lekkiego, szukaniu lotów i załatwianiu formalności...

Dotarliśmy do Bangkoku! Był to pierwszy z wielu ekscytujących przystanków w naszej trzymiesięcznej podróży po Azji południowo - wschodniej. Ekscytujący tym bardziej, że wspominam go jako skok na główkę z zamkniętymi oczami. Z lutowej szarugi, paskudnej jak tylko u nas może się ona objawić, do tętniącej życiem, parnej i egzotycznej krainy - trochę jak zmysłowy elektrowstrząs :)

Droga z perspektywy tuk - tuka.

wtorek, 14 października 2014

Przemarsz historyczny do grodziska Wołyń.

"Jesień nastała ciepła i niespokojna, brak deszczu sprawił, iż Bug w tym roku był wyjątkowo płytki. Okoliczni kmiecie co rusz mówili o jakichś obcych kręcących się wzdłuż granicznej rzeki. Zaniepokojony grododzierżca Wołynia wysłał więc kilku tarczowników, by pieszo przepatrzyli co to za ludzie niepokoją poddanych króla Bolesława." 

fot. Jacek

poniedziałek, 22 września 2014

Recenzja swetra puchowego PAJAK Eskimo.

Kilka sezonów temu zaopatrzyłam się w sweter puchowy polskiej firmy PAJAK. Żeby nie powtarzać oczywistości przytoczę co o swetrze mówi sam producent:

Podstawowymi atutami swetra puchowego Eskimo są jego niska waga i doskonałe właściwości termiczne. Wypełniony najwyższej jakości polskim puchem daje poczucie komfortu w najchłodniejsze dni. Zaprojektowany jako typowy mid layer może być również używany jako stylowa kurtka do codziennego noszenia. 
źródło: www.pajaksport.pl

środa, 23 lipca 2014

Wygnanie Ody - rezerwat archeologiczny w Gieczu

W weekend 19-20 lipca miałam okazję po raz pierwszy gościć w grodzie w Gieczu. Wyjazd był bardzo spontaniczny, bo na dzień przed wyjazdem wskoczyłam jako zastępstwo na pokaz filcowania. Muszę przyznać, że atmosfera jaka panowała na grodzie podczas imprezy, sprawiła, że był to jeden z bardziej udanych wyjazdów tego roku.

środa, 9 lipca 2014

Wilczy Trop 2014 - żelazny punkt w kalendarium wyjazdów historycznych.

Pozytywnie naładowana wspaniałym klimatem Wilczego Tropu, wracam do współczesności i dzielę się garścią wrażeń.
Wilczy Trop to zjazd odtwórców historycznych, bez udziału widzów - turystów. Tym razem zjawiło się około 50 osób. Spotykamy się rok rocznie w pierwszej połowie lipca na malowniczych wzgórzach wokół Kalwarii Pacławskiej, która leży około 25 km na południe od Przemyśla. W tej niemal nieskazitelnej scenerii (nie ma w pobliżu nic poza łąkami, zagajnikami i błękitnym niebem) stoi wieża bramna, zasieki i dwa zalążki chat drewnianych, które na dwa dni stają się naszą bazą wypadową.

środa, 5 marca 2014

Światosław w Azji // Światoslav in Asia.

W tej chwili przebywamy w Azji południowo wschodniej i przez kilka następnych miesięcy będziemy zamieszczać tylko krótkie wzmianki z podróży na naszej facebookowej stronie, na którą serdecznie zapraszamy!

Do pisania szczegółowej relacji wrócimy już w Polsce.

We are now in South East Asia and for next few months we will post only short travel reports on our facebook page (You can find a link on the right pannel of our blog page). 

More detailed posts from the whole Asian trip will be posted after our return to Poland.

środa, 5 lutego 2014

Baba w podróży - czyli jak się Żywia pakowała w tropiki i co doradzić może.

10 lutego lecimy do Bangkoku, gdzie rozpocznie się pierwszy etap naszej wyprawy. Od kilku dni nieustannie rozmyślam i planuję co zabrać ze sobą na te kilka miesięcy w ciepły i wilgotny klimat - staram się przewidzieć różne sytuacje i potrzeby, a zarazem tak dobrać rzeczy, żeby były jak najbardziej wielofunkcyjne oraz lekkie. Do tego dochodzi także czysto babskie podejście - nie chcę przez te kilka miesięcy wyglądać jak zapuszczony kocmołuch, a wiadomo jak to w podróży po taniości jest... Przemieszcza się czym popadnie w skwarze, pyle i trudzie, siada się gdzie bądź, śpi lub nie śpi. O ile takie warunki mają trwać dwa lub trzy tygodnie, to spokojnie można zacisnąć zęby, w końcu podróż służy przygodom i zdobywaniu doświadczeń - w moim mniemaniu ;) Ale my planujemy spędzić w Azji południowo wschodniej kilka miesięcy i chciałabym chociaż na kilku zdjęciach wyglądać reprezentacyjnie :P


wtorek, 28 stycznia 2014

Zdziechowice, rodzinne strony w obiektywie.

Dzięki podróżom poznajemy nowe miejsca i ludzi, wiele z nich postrzegamy jako egzotyczne biorąc sobie za punkt odniesienia nasze rodzinne strony. Taki własnie punkt odniesienia chciałbym w tym wpisie zaprezentować. Są to zdjęcia z mojej rodzinnej miejscowości, która pomimo braku wspaniałych zabytków i nadzwyczajnej topografii potrafi zaskoczyć i zauroczyć. Aby dostrzec urodę tego miejsca, czasem trzeba się mocno pochylić lub przespacerować się przez gęste krzaki, lecz warto to zrobić. Zdjęcia, które tutaj wybrałem przedstawiają tylko te fragmenty Zdziechowic, które uważam za interesujące.
 

środa, 22 stycznia 2014

Smederevska Jesień czyli w serbskiej gościnie.

W końcu przyszła pora, aby dotrzeć do Smedereva czyli miejscowości, w której miał odbyć się festiwal na który zostaliśmy zaproszeni. Do miasta dotarliśmy stosunkowo wcześnie, bez większych kłopotów udało nam się odnaleźć twierdzę, w której miała odbyć się cała impreza, a następnie... nie mieliśmy zielonego pojęcia co ze sobą zrobić. 
Serbskiej ekipy jeszcze nie było, nikt nic o nas nie wiedział, a my nie wiedzieliśmy co do nas należy. Zabraliśmy ze sobą poza sprzętem bojowym także obozówkę. Dwa namioty, skóry i koce na nocleg, trochę garów... Nie bardzo wiedzieliśmy jak taki festiwal może wyglądać w Serbii, więc założyliśmy, że przygotujemy się jak na polski. Rozglądaliśmy się za miejscem, w którym powstanie średniowieczny obóz, ale nigdzie nie było wyznaczonego miejsca, nie znaleźliśmy tez nikogo kto chociażby słyszał, że taki ma powstać. Postanowiliśmy uzbroić się w cierpliwość i rozpocząć przygotowania, przebraliśmy się więc w historyczne stroje, ja wybrałem się na dłuższy spacer poza mury w poszukiwaniu badyli, na których można by rozstawić namioty i powoli zaczęliśmy się zapoznawać z otaczająca nas rzeczywistością.


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Kulinaria - uczłowieczanie zupki chińskiej.

To będzie artykuł dla tych z Was, którzy nie do końca czują się zachęceni perspektywą kilku dni o suchym prowiancie i bez "prawdziwego jedzenia", przez co wiele osób rozumie tradycyjny ciepły posiłek, bez którego dzień się nie liczy ;). Studenci też się pewnie ucieszą. Może wyważam otwarte drzwi i odkrywcza nie jestem, a każdy doświadczony globtroter powie Wam to samo, tylko mądrzej, ale w razie gdybyście pod ręką takiego mentora nie mieli, opiszę kilka naszych sposobów na godziwe jedzenie w warunkach koczowniczych.

fot. M. Alpejskie śniadanie - zupka, pikantne mini-kabanosy, cebula i ser wędzony.

Relacja z planu filmowego "Cyril a Metoděj - apoštolové slovanů" cz. 3 Żywia w Podoborze.

Skoro relacja Mojmira dobiegła już końca, ja postaram się szybko zdać sprawę z ostatniego, póki co dnia zdjęciowego z udziałem statystów. W niedzielę 3 marca część ekipy filmowej rozdzieliła się i z samego rana pojechała ze Skansenu w Modrej na samą północ Czech - w krainie zwanej przez nas Zaolziem, która kiedyś była częścią Śląska Cieszyńskiego, a w dawnych czasach należała do ziem plemienia Gołęszyców, znajduje się obecnie rekonstrukcja ich grodziska. Leży ona nieopodal wioski Chotebuz - Podobora i w sezonie letnim jest udostępniona do zwiedzania. Jako, że z głównego planu filmowego zmyłam się w piątek, miałam jeden dzień w domu na doprowadzenie się do porządku i w niedzielę z nowym zapałem wyruszyłam tuż za czeską granicę. Byłam w tej komfortowej sytuacji, że mieszkam niedaleko Cieszyna i dojazd na plan zajął mi jakiś kwadrans :) Po drodze spotkałam się z resztą polskiej ekipy, która miała brać udział w zdjęciach, czyli Angeliką i Tomkiem oraz naszym niezawodnym menago Jaroslavem.


Białowieski Park Narodowy.

W lipcu 2011 roku będąc na Podlasiu przy okazji festiwalu w Drohiczynie, postanowiliśmy nie zmarnować okazji i pozwiedzać tą malowniczą i czystą część naszego kraju. Nie zastanawiając się zbyt długo, wylosowaliśmy z mapy Białowieski Park Narodowy - miejsce unikalne i magiczne.


Jaskinia Magura - Bułgaria // Magura cave - Bulgaria.

Magura znajduje się w północno - zachodniej części Bułgarii, jakieś 1,5 km od wsi Rabisha i niedaleko miejscowości Belogradczik (słynącej z wspaniałej twierdzy). Jest to jedna z największych jaskiń Bułgarii, wytyczonymi ścieżkami wędruje się około 2,5km. 
Magura słynie z malowideł naskalnych przedstawiających myśliwych oraz zwierzynę, sceny religijne oraz rozmaite symbole, wykonane za pomocą barwników mineralnych i odchodów nietoperzy. Najstarsze przedstawienia datuje się na późny neolit, a jedno z malowideł z tego okresu interpretuje się jako kalendarz solarny, najstarszy dotąd odkryty w Europie. Malowidła w jaskini są wyjątkiem na skalę całego półwyspu bałkańskiego, co tłumaczy ograniczony do nich dostęp dla turystów. My niestety także nie mieliśmy okazji zobaczyć ich na żywo, a jedynie na fotografiach. Poza malowidłami w grocie odnaleziono liczne kości m.in. niedźwiedzia jaskiniowego i hieny jaskiniowej.

Półwysep Snæfellsnes część zachodnia.

Druga część relacji z krótkiego (z powodu fatalnej pogody) wypadu na półwysep Snaefellsnes. Po odwiedzeniu krateru Eldborg i wspaniałych kąpielach w dzikich gorących źródłach, ruszyliśmy na zachód półwyspu w kierunku osad Arnarstapi i Hellnar, gdzie planowaliśmy spędzić kilka dni i zwiedzić okoliczne ciekawe miejsca. Korzystając z jednego dnia naprawdę ładnej pogody wybraliśmy się specjalnie na zwiedzanie plaż na północnym wybrzeżu półwyspu, z nadzieją, że może uda nam się zobaczyć foki.

Szczyt Stapafell

Kulinaria - miękkie podpłomyki z krainy na dalekiej północy.

Tak jak zapowiedziałam, po przetestowaniu w terenie podpłomyków z nowego przepisu, zamieszczam śmiesznie prosty przepis. Podpłomyki wytrzymują bez szwanku do czterech dni, owinięte w lnianą szmatkę, zachowują walory smakowe i miękkość.


Serbia. Czyli jak trafiliśmy na Bałkany.

Słów kilka jak doszło do tego, że zwiedziliśmy kawałek Serbii. Pod koniec wakacji 2012 skontaktował się z nami znajomy powiązany z organizatorem licznych imprez, w tym historycznych, na zamku w Chudowie. Na przestrzeni lat, dzięki tym imprezom poznał ekipę serbskich miłośników średniowiecza, którzy kilkakrotnie zjawiali się na chudowskich ziemiach. Postanowili zrewanżować się zaproszeniem na własną imprezę i właśnie z takim zaproszeniem zadzwonił do nas Gniewomir. Nie namyślając się długo (w zasadzie wcale), zorganizowaliśmy eskapadę. Jak tu odmówić, koszty przejazdu pokrywał organizator, na miejscu czekała nas nowa kultura i doświadczenia oraz całkowicie nieznane krajobrazy i zabytki!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Z Reykjaviku do Seydisfjordur cz. 5 - w Kryształowej Dolinie czyli ostatnia przygoda na Islandii.

Poprzednią relację skończyłem na punkcie, w którym mieliśmy wyruszyć do miejsca godnego, by w nim przenocować... Znaleźliśmy takie na mapie. A tak poważnie, to wybraliśmy na chybił-trafił jakąś dolinkę, bo według mapy miał być w niej wodospad, o którym wiedzieliśmy tylko tyle że jest. Nie mieliśmy lepszego pomysłu gdzie się ruszyć na popołudnie i nocleg, więc wybór był dość przypadkowy, ale niezwykle udany.

niedziela, 5 stycznia 2014

Przędzy barwnej nić - nasze wrażenia z wystawy w Muzeum Regionalnym w Stalowej Woli.

Niedawno informowaliśmy o mającym nastąpić otwarciu wystawy na temat przędzenia, barwienia, haftowania i koloru w kulturze ludowej regionu lasowiackiego. Nasza wizyta w Muzeum była więc tylko kwestią czasu...