poniedziałek, 9 listopada 2015

Indonezja - pierwsze starcie.

Z Singapuru wyruszyliśmy samolotem w stronę Dżakarty, na pokładzie poza obiadem dostaliśmy do wypełnienia dwa druczki, jeden wizowy, a drugi dla celników, w którym mieliśmy zadeklarować czy przewozimy coś co według lokalnego prawa przewiezionym być nie powinno. Na druczku było na przykład pytanie o produkty roślinne, kolektywnie uznaliśmy z Żywią, że herbaty, które ma upchane w plecaku produktami roślinnymi absolutnie nie są, więc nie ma co deklarować. W samolocie spędziliśmy około 4 godzin oglądając debilne filmy i grając w szachy, nasz powietrzny pojazd był na tyle dobrze zaopatrzony, że każdy pasażer miał przed sobą ekranik i słuchawki ze sporą listą filmów, muzyki i gier do wyboru. Tak oto spokojnie i nieciekawie minęliśmy równik i po raz pierwszy w życiu znaleźliśmy się na południowej półkuli naszego globu.

Po wylądowaniu musieliśmy zająć się kilkoma formalnościami, na początek trzeba było sobie wizy kupić, na szczęście nie była to szczególnie skomplikowana czynność. Wystarczyło podejść do odpowiedniego okienka i odchudzić portfel o 25 dolarów, w kolejnym okienku dostaliśmy pieczątki do paszportów i wcześniej opłacone wizy w postaci naklejek w ten sam dokument podróży. Tak uzbrojeni mogliśmy już odzyskać nasze plecaki i pójść z nimi do celników. Tam o dziwo obyło się bez jakichkolwiek kłopotów, wybebeszenia tobołków i rewizji. Z moim zdjęciem paszportowym nieczęsto się to zdarza. Po tym wszystkim już można było planować co zrobić z 30 dniami jakie daje nam wiza w tym wyspiarskim kraju. Punktem numer 1 w naszym planie odkrywcy było wydostać się z lotniska. Brzmi niby prosto, wsiadasz w autobus i sobie jedziesz, tyle że jeszcze trzeba było wiedzieć który to autobus. Zastanawialiśmy się nad tym opędzając się od taksówkarzy, na których nasz kolor skóry działał jak lep na muchy. W końcu wsiedliśmy do żółtego autobusiku żeby się przekonać dokąd nas zaprowadzi. Dzięki temu pomysłowi mieliśmy śliczną wycieczkę krajoznawczą po wszystkich portach lotniska i wysiedliśmy dokładnie tam gdzie wsiadaliśmy. Nie do końca o to nam chodziło... W końcu udało nam się dokładnie dopytać, który pojazd jest prawdziwy i po kilkunastu minutach jechaliśmy już w autobusie z napisem GAMBIR kierującym się w stronę dworca kolejowego. Jechaliśmy dość długo, na tyle długo żeby się przyjrzeć mijanemu miastu i zniechęcić się do jego zwiedzania. Obydwoje uznaliśmy, że trzeba spadać stąd jak najszybciej, najlepiej już dziś. Po dotarciu na dworzec kolejowy posililiśmy się nieco i zasięgnęliśmy języka na temat możliwości opuszczenia stolicy, okazało się, że jak najbardziej da się to zrobić pociągiem, ale żeby pojechać w kierunku, który nas interesuje musimy dotrzeć na inny dworzec, który oczywiście nie posiada kolejowego połączenia z tym dworcem. No bo i po co? Nie czuliśmy się na siłach żeby zmierzyć się z lokalną komunikacją miejską wiec zdecydowaliśmy się dotrzeć na drugi dworzec noszący nic nam nie mówiącą nazwę Tanah Abang motorkami, kosztowało nas to kupę kasy bo aż 50 tysięcy! Tyle, że rupii, w przeliczeniu na nasze wyszło niecałe 14 zł. Przejażdżka na motorkach upewniła nas co do słuszności decyzji o wyjeździe.


Miasto sprawiało wrażenie brudnego, tłocznego i absolutnie nieinteresującego architektonicznie, wszystko co widzieliśmy po drodze było po prostu brzydkie i nieciekawe, no może poza ludźmi. Mieszkańcom Dżakarty dokładnie przyjrzeliśmy się dopiero na drugim dworcu, Z grzeczności nie będę oceniał ich urody (przecież nie przyznam się publicznie, że się ni w ząb na urodzie Azjatów nie znam), natomiast mogę rzec, że wyglądali całkiem egzotycznie jak na nasze standardy. Trafiliśmy w końcu do niemalże czysto muzułmańskiego kraju i wpływ tej religii odzwierciedlał się w strojach, znaczy kobiecych strojach. Faceci ubierali się zwyczajnie. Kobiety natomiast miały osłonięte kolorowymi chustami włosy i szyje przy czym żadna nie nosiła osłony na twarzy. Zamiast tego niektóre nosiły kosze na głowach, to była kolejna ciekawostka, która zwróciła naszą uwagę, w końcu taki sposób transportowania różnych przedmiotów jest dla Polaków dość mocnym wyznacznikiem egzotyczności. Natomiast dla miejscowych wyznacznikiem egzotyczności był kolor naszej skóry, spoglądali z zaciekawieniem na naszą parę, pewnie zastanawiając się co to za jedni i jakim cudem się tu przyplątali. Poza nami nie było na dworcu żadnych innych Europejczyków, ani ich potomstwa z zamorskich kolonii. Na dworcu wypadło nam kilka godzin czekania, dowiedzieliśmy się, że kasy w których kupimy bilety otworzą się o 14-tej, a nasz pociąg wyjedzie o 16-tej. Mieliśmy więc sporo czasu na obserwacje. Zwróciliśmy na przykład uwagę na umundurowanych panów w białych kaskach sprawdzających bilety i przepuszczających ludzi przez barierki wewnątrz dworca, tylko taką drogą po okazaniu biletu można się było dostać na perony. Czasu było sporo więc skorzystałem z niechęci Żywii do poruszania się i zostawiłem ją na chwile z plecakami żeby zajrzeć na targowisko znajdujące się po drugiej stronie jezdni. Przeprawa na drugą stronę wiązała się ze sporą dawką adrenaliny, ale było warto. Tam to dopiero zrobiłem furorę wyglądem. Wszyscy się na mnie gapili, coś tam próbowali zagadać, niestety znajomość angielskiego w stolicy powszechna raczej nie jest, więc odzywali się po swojemu. Miałem wrażenie jakby biały człowiek jeszcze nigdy w te rejony nie zawędrował, to było bardzo miłe wrażenie. Samo targowisko było bardzo tłoczne, pełne ludzi, straganów z ubraniami, motorków i śmieci, dało mi ono całkiem niezły ogląd indonezyjskiej rzeczywistości. Chętnie powłóczyłbym się tam znacznie dłużej z aparatem, ale nie chciałem zostawiać Żywii za długo samej. Był to w końcu nasz pierwszy dzień w tym kraju i jeszcze nie byliśmy pewni na ile jest tam bezpiecznie. Na szczęście nikt jej nie porwał, a nasze plecaki nie zostały rozgrabione.


W końcu zdobyliśmy bilety do miejscowości Merak (30 tyś rupii na osobę znaczy coś ponad 8 zł) i dostaliśmy się na prawidłowy peron, widziałem już tłok w takich miejscach jednak ten, który zastaliśmy zaskoczył nawet mnie. Dla własnego bezpieczeństwa przycupnęliśmy nieco na uboczu, by nie ryzykować stratowania. Udało nam się trafić do właściwego pociągu i nawet znaleźć właściwy przedział, dopiero w przedziale dowiedzieliśmy się, że razem z biletem mamy wykupione konkretne miejsca, tego się po drugiej klasie nie spodziewałem. Niestety indonezyjskie pociągi nie są tak fajne jak tajlandzkie, znaczy standard był wyższy, ale brak sprzedawczyń jedzenia zdecydowanie negatywnie wpłynął na jego ocenę. Posilić się można było tylko zupką chińską sprzedawaną przez obsługę i razem z napojami. Lepsze to niż nic, no ale jednak pewien niedosyt po podróży został. Jadąc przez Dżakartę zerkaliśmy trochę za okna, a widzieliśmy tam obraz nędzy i brudu w slamsach będących pewnie miejscem zamieszkania dla setek tysięcy ludzi, których nie stać na nic lepszego. Oczywiście nic wartego zwiedzania z okien nie dostrzegliśmy więc z czystym sumieniem zostawialiśmy stolicę za sobą kierując się w stronę Merak będącego jedynie przystankiem w drodze do wulkanu Krakatau.
































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz