sobota, 5 grudnia 2015

Trzcinica 2015 - czyli o festiwalu słów kilka.

Jak co roku nie mogło nas zabraknąć na festiwalu historycznym Dwa oblicza w Trzcinicy. Na terenie skansenu znajduje się rekonstrukcja grodziska z wałami, bramami i chatami, położona na wzgórzu oraz park archeologiczny z dwiema wioskami. Jedna pokazuje zabudowania epoki brązu, druga słowiańskie z wczesnego średniowiecza. Jest też nowoczesny budynek z salami ekspozycyjnymi, kafejką i sklepikiem z całkiem nietandetnymi pamiątkami. Skansen powstał na miejscu dawnej osady jeszcze z czasów epoki brązu, stąd nazwa Karpacka Troja. Później nastąpiła przerwa w zasiedleniu tego obszaru, aż ponownie wzgórze upatrzyli sobie nasi słowiańscy przodkowie. Znaleziono ponad 160 tys zabytków z okresu funkcjonowania obu grodów, jak można wyczytać na stronie skansenu.

Na teren skansenu dotarliśmy już po ciemku, podróżowanie wakacyjną porą w piątek wiąże się ze sporymi utrudnieniami. Udało nam się też tradycyjnie przejechać zakamuflowany zjazd na skansen i musieliśmy zawracać na dość ruchliwej trasie. Gdy w końcu podjechaliśmy pod muzeum ogarnął nas ten niesamowity specyficzny klimat wieczoru w obozie. Dym ognisk, śmiechy, krzyki, witający się i gawędzący ludzie, atmosfera podniecenia. Człowiek chce jak najszybciej popędzić i się w tym zanurzyć. Bardzo rozsądnie stwierdziliśmy, że zabierzemy tylko niezbędne rzeczy, czyli ubrania historyczne i bety do spania, a po resztę wrócimy na spokojnie za dnia. Okazało się, że bardzo słusznie zrobiliśmy, bo odnalezienie obozu Drużyny Grodów Czerwieńskich po ciemku wcale nie było łatwe. Mogli być gdziekolwiek, bo w zwyczajowym miejscu, w którym obozowaliśmy od kilku sezonów ich nie zastaliśmy. Mojmir zostawił mnie na środku ścieżki z gratami, a sam pomknął na poszukiwania ekipy. Wrócił po kilku minutach z kolegami do taszczenia nieporęcznych worków i skór, tym sposobem ja niosłam tylko siekierkę :)

W obozie okazało się, że dla wielu impreza już się skończyła i chrapią w namiotach :) cóż, ciepło i trudy podróży dały im się we znaki podlewane ochoczo na pewno nie wodą ;) My szybko się przebraliśmy i mogliśmy odpocząć przy ognisku po dłużącej się jeździe nudną autostradą. 


Następny dzień upłynął mi głównie na siedzeniu na kramie wraz z Mariką i Dobrawą. W porównaniu z poprzednimi latami zaskoczyła nas niewielka ilość zwiedzających, dość ospale snujących się po alejkach obozowych. Do nas zaglądali chętnie, wabieni pierniczkami, które na bieżąco lukrowałyśmy w wojów z hełmami i toporami lub niewiasty z kabłączkami i lunulami. Przy okazji wiem, że będę takie robiła w domu, bo frajda niesamowita! Tego roku nastawienie miałam bardzo leniwe, dlatego spędzanie czasu na kramie i dłubanie na igle skarpet bardzo mi odpowiadało, tylko co jakiś czas wybierałam się z Mojmirem na kraming, obejrzeć co kto ma na sprzedaż i porozmawiać ze znajomymi. Wyjątkiem był turniej indywidualny, którego końcówkę chciałam zobaczyć i sprawdzić jak poradzi sobie Mojmir. A poradził sobie jak zawsze dobrze. 
Wieczorem koncert dawał Stary Olsa, obiecywali też, że zagrają później dla nas, znaczy odtwórców w karczmie, niestety coś musiało im pokrzyżować plany i pewnie miało sporo procent, bo obiecane granie się nie odbyło, tak samo zresztą jak wielkie ognisko i tańce wokół niego. 

Niedziela upłynęła na wyłanianiu zwycięzców konkurencji rozpoczętych poprzedniego dnia i leniwym przechadzkom wśród kramów i zwiedzających.


To może jeszcze ja, znaczy się Mojmir dodam od siebie kilka słów do relacji, podzielę się tu swoimi wrażeniami z bitew i turniejów. Organizatorzy zadbali o szeroką gamę konkurencji dla rekonstruktorów. Był jak co roku konkurs łuczniczy, zbojkotowany przeze mnie ze względu na brak umiejętności. Był turniej plebejski zakończony niezwykle zaciętymi zapasami czterech finalistów. Był konkurs kulinarny i chyba kilka innych. Mnie tradycyjnie najbardziej interesowały te, w których można lub raczej należy popisać się kunsztem we władaniu mieczem. Tak więc załapałem się na bojowy turniej indywidualny i drużyn pięcioosobowych. 

W tym roku turniej indywidualny został zorganizowany według nieco innych zasad niż poprzednie, do tej pory był złożony z klasycznych i już trochę nudnych starć do pierwszego trafienia. W roku 2015 natomiast formuła walk miała charakter bohurtowy. Niewtajemniczonym wyjaśnię, że chodzi tu o walkę bez rozejść. Zawodnicy naparzają się żelastwem dopóki sędziowie nie każą im przestać. Potem podlicza się ilość trafień, które udało się zadać każdemu z przeciwników i wygrywa ten który trafiał częściej. Jakoś zawsze ten typ walki bardziej mi odpowiadał, człowiek musi się trochę sprężyć żeby walka wyglądała jako tako, nie ma tutaj miejsca na nieheteronormatywne ciosy, które nie przebiłyby nawet tuniki o kolczudze nie wspominając. Trzeba pamiętać, że nawet jeśli uda się zadać jakiś cios to trzeba go zadać z pozycji umożliwiającej obronę, w innym wypadku może się zakończyć zyskaniem jednego punktu, a utratą czterech lub bezpośrednim spotkaniem z murawą. Generalnie walka bohurtowa, ma w sobie nieco więcej z realizmu i dynamiki, a nieco mniej z szachów. Inaczej mówiąc bohurty są fajne i się bardzo ucieszyłem, że własnie w tej formule przyjdzie mi się potykać. Organizatory trzeźwo założyli, że walki będą męczące i mogą potrwać całkiem długo, dlatego też ograniczyli liczbę uczestników i zorganizowali dwa ringi, na których pojedynki toczyły się równocześnie. Z jednej strony fajnie, bo wszystko szło sprawnie i szybko, no ale z drugiej strony obserwowanie dwóch pojedynków naraz nie było najprostszym zadaniem. W pierwszym dniu eliminacji poszło mi całkiem nieźle i bez większych kłopotów dostałem się na następny dzień eliminacji. Tam było już dużo trudniej, najciężej walczyło mi się z przedstawicielem Rosji. Facet bił czysto i naprawdę mocno, w czasie potyczki źle sobie wyliczyłem cios i nie zdążyłem wrócić do parady. Zamiast na miecz, cios przyjąłem na przedramię, jestem dziwnie przekonany, że bez ochraniacza pod koszulą miałbym dwumiesięczną przygodę pod tytułem "sam na sam z gipsem". Moim końcowym rezultatem w turnieju było trzecie miejsce, czyli całkiem nieźle jak na poziom startujących zawodników.

Turniej piątek odbywał się już w klasycznej formule pięciu na pięciu wojowników walczących na terenie wyznaczonym dwoma belkami, do pierwszego trafienia. Wygrywała drużyna, która wybiła do nogi drużynę przeciwną lub udało jej się wcześniej dostać do tarczy lezącej za plecami przeciwników i w nią uderzyć. Tu obyło się bez fajerwerków z wynikami, ale i tak było fajnie.

Ostatnim elementem programu bojowego w jakim brałem udział były bitwy. Niestety w tym roku na plac stawiło się mniej walczących niż rok temu, pomimo to nie brakowało przeciwników do szlachtowania. Z racji szybkich nóg i przesadnego indywidualizmu zostałem oddelegowany do oddziałów lotnych mających atakować flanki przeciwników lub starać się wbiec im na tyły. Tam nie trzeba było trzymać linii i walczyć stacjonarnie, trzeba było natomiast działać szybko i mobilnie. Czasem się udawało, innym razem nie, no ale rajd z lewej flanki na plecy przeciwników zakończony przy ich prawej flance połączony z dynamicznym odwrotem (przecież nie napiszę, że wiałem przed pięcioma chłopami z BDN, ale napiszę, że aż tylu trzeba było posłać żeby się mnie pozbyć) połączonym z anihilacją kliku osób posługujących się bronią drzewcową udało mi się zaliczyć.

Podsumowując Trzcinica jak zresztą co roku była festiwalem bardzo udanym, ciekawym i wieloaspektowym, dzięki czemu praktycznie każdy odtwórca znalazł tam coś interesującego dla siebie. Wróciłem stamtąd zaopatrzony w róg do picia ze srebrnym okuciem produkcji Thorkila będący nagrodą za turniej indywidualny, sporą kolekcją siniaków i masą fajnych wspomnień. Za rok znowu się wybieram.



Pierwszy z moich rosyjskich przeciwników, chłop wielki ale raczej mało zwinny. Walka podobno przypominała bardziej egzekucję ;)







Gdyby ktoś nie wiedział to łupinami orzechów włoskich da się farbować. Nadmienię tu jeszcze, że owszem roślina ta nie ma w Polsce charakteru autochtonicznego, ale podobno rosła sobie przed słowiańską kąciną w Szczecinie.






































Tutaj po środku mamy Rosjanina z ktorym stoczyłem moim zdaniem najciekawszy pojedynek w czasie turnieju, a po lewej widnieje zwycięzca wieloboju, również z Rosji.























Po co stać w szeregu skoro można biegać?






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz