niedziela, 4 stycznia 2015

Podwodny świat wysp Mu Ko Surin cz. I

"To jest ta bajka, którą mamy w głowach. Piasek drobny jak mąka, szumiąca palma, żółw przepływający leniwie obok i jasnoturkusowa woda wokół." Tak Tomasz Michniewicz pisze w jednym z artykułów o Karaibach, ale wypisz wymaluj jest to opis tego co zastaliśmy na Surin.

Rankiem okazało się, że chętnych na rejs na Surin wcale nie jest tak mało. Dostaliśmy wstążki, które trzeba było przymocować na plecaki, buty powędrowały do wora i boso wsiedliśmy na łódź. Ledwo się tam pomieściliśmy, nasze wątpliwości co do nieopłacalności promu dziwnie dzięki temu wzrosły.



Sam rejs był naprawdę szybki, ciężko było usiedzieć na dziobie z powodu pędu, jeszcze ciężej w kabinie ze względu na spaliny i huk z silnika. Po półtorej godziny byliśmy już w pobliżu wysp. Szczęki nam opadły... Kolor wody po prostu szokował, zawsze myślałem, że woda takiej barwy to efekt podrasowania zdjęć. Nieprawda! Woda wokół wyspy wyglądała jakby fosforyzowała na błękitno-zielony kolor. Motorówka zatrzymała się w pobliżu brzegu i część z pasażerów z nami włącznie przesiadła się na mniejszą łódkę, którą dotarliśmy na brzeg. Jeszcze tylko kawałek drogi przez dżunglę i byliśmy już na naszym kempingu. Na miejscu jak zwykle było wszystko czego człowiekowi potrzeba: sanitariat, prysznice, restauracja i masa miejsca na namioty plus sporo namiotów będących własnością parku narodowego, pod wynajem. Namiot rozbiliśmy sobie w cieniu drzew, nie fatygowaliśmy się nawet z tropikiem, bo nie było żadnych widoków na deszcz. Wejściówka do parku kosztuje 400 bahtów na osobę i działa tylko na 5 dni, jeśli przekroczy się ten czas, trzeba płacić za kolejne 5 dni. Doba z własnym namiotem na polu kempingowym to 80 bahtów na osobę. Całą należność uiszcza się przed opuszczeniem wyspy.

(To ja powiem kilka słów o samym parku i wyspach. Przez wiele lat wyspy Surin były jedynie okazjonalnym schronieniem dla rybaków uciekających przed sztormami i domem niewielkich społeczności morskich cyganów. Dopiero w latach 80-tych XX wieku utworzono z pięciu wysp park narodowy. Wcześniej wyspy nie przyciągały na szczęście uwagi wielkiej liczby turystów, zresztą teraz także nie są zbyt oblężone, porównując z innymi wyspami Tajlandii. - Żywia)


Kiedy już zorientowaliśmy się w sytuacji na wyspie, zabraliśmy się za przegląd otoczenia. Wyspy Surin są porośnięte dżunglą i otoczone skałkami lub piaszczystymi plażami. Na mapce, którą dostaliśmy kupując bilety, były zaznaczone piesze szlaki, którymi można się poruszać po wyspie, niestety nie zważyliśmy żeby istniały w praktyce. Została więc plaża, ładna plaża, szeroka plaża. Plaża z hamakami zawieszonymi na drzewach, z których każdy mógł skorzystać, z zaroślami namorzynowymi po jej bokach, ze skałkami wystającymi z błękitnego morza. Plaża bez gnieżdżących się na niej tysięcy turystów i bez śmieci. Tropikalny raj, jak z pocztówki.

Wokół wysp znajdują się rafy koralowe, podobno jedne z najciekawszych w Tajlandii (tak przynajmniej słyszeliśmy). Nie mieliśmy ochoty zwlekać więc wygrzebaliśmy sprzęt do nurkowania i ruszyliśmy na podbój podwodnego świata. Niewiele miałem okazji przedtem nurkować z rurką, ale nie jest to skomplikowane zajęcie. Gorzej było z obsługą aparatu do zdjęć podwodnych, kupiłem go krótko przed wyjazdem za fundusze uzyskane ze sprzedaży wszystkiego co tylko miałem w domu do sprzedania. Cóż... początki są zawsze trudne, ale w końcu mniej więcej zaczęło mi wychodzić. (Okazało się, że jeszcze niedawno Surin szczyciły się największymi w Tajlandii połaciami twardych koralowców, niestety niedawne tsunami oraz zmiana prądów morskich przyczyniły się do ogromnych zniszczeń w tym rejonie. Zastaliśmy więc wielkie połacie umierających koralowców. Jednak było to nasze pierwsze w życiu zetknięcie z rafą, więc i tak wywarła na nas ogromne wrażenie. - Ż.)

Pod wodą było na czym zawiesić oko, wprawdzie rafa była mocno poniszczona i w wielu miejscach obumarła, ale za to pełna rybek. To co widzieliśmy w niczym nie przypominało podwodnych ogrodów po jakich wędrowałem w dzieciństwie z panem Cousteau gapiąc się w programy przyrodnicze, ale były koralowce! Kolejne stworzenia, które chciałem zobaczyć w naturze pojawiały mi się teraz przed oczami i były w zasięgu ręki, wystarczyło zanurkować żeby ich dotknąć. Łapy wolałem jednak trzymać przy sobie, żeby niczego nie zniszczyć. Im dalej od brzegu tym ciekawiej się robiło, urozmaicał się krajobraz, przybywało koralowców i ryb śmigających pomiędzy nimi. Sporo było papugoryb, zawdzięczających swą nazwę niezwykle żywym barwom i silnym dziobom służącym do kruszenia koralowców, którymi te ryby się żywią. Spotkaliśmy też kilka przydaczni i ukwiałów z pławiącymi się w nich błazenkami. Czas płynął mi pod wodą niesamowicie szybko i nim się obejrzałem minęły ponad dwie godziny. 


Gdy tylko wydostałem się z wody, dostrzegłem jak wielki błąd popełniliśmy obydwoje z Żywią. W zasadzie to najpierw poczułem, a potem dostrzegłem. Weszliśmy do wody około południa, ubrani tylko w stroje kąpielowe... Całą tylną część ciała, poza oczywiście fragmentem osłoniętym spodenkami miałem bordową. Plecy paskudnie piekły, jeszcze bardziej paliła skóra w zgięciach kolan. Żadnej osłony głowy też nie miałem więc do kompletu były jeszcze lekkie bóle i zawroty głowy. Żywia też się poparzyła, ale wyszła z wody wcześniej więc nie odczuwała tego tak dotkliwie. Tego dnia już nie czułem się na siłach żeby wracać do wody. Pospacerowaliśmy więc trochę po plaży gapiąc się na maleńkie, jasne kraby, które biegały po pasku jakby go prawie nie dotykały i ich większych pobratymców, pustelniki z delikatnymi odwłokami pochowanymi w ślimaczych muszlach. Pozwiedzaliśmy sobie zarośla mangrowców doskonale widoczne i łatwo dostępne przy odpływie. Tam dopiero czekała nas niespodzianka. Pomiędzy korzeniami natknęliśmy się na rybki biegające sobie po brzegu. Tak, napisałem to co widziałem. BIEGAJĄCE. Naprawdę. Chodzi o poskoczki mułowe. Rybki, które jak to rybki żyją w wodzie, ale jak nie rybki lubią z niej wychodzić i pobrykać po lądzie na swoich, mocno umięśnionych płetwach piersiowych. 
Potem już tylko obijaliśmy się na plaży walcząc zaciekle pomiędzy sobą o czytnik książek, a po kolacji z krakersów i konserw padliśmy (na brzuchy) spać w namiocie.




























































Nasz apartament.
Nasza stołówka, dość droga, jak to na wyspie. Korzystaliśmy może dwa razy, a zazwyczaj żywiliśmy się własnym prowiantem. Na szczęście wrzątek był dostępny zawsze i za darmo w specjalnych samowarach, więc zupki mogliśmy zalewać do woli.
A tu wykaz wszystkich galaretek, które pływają w okolicy i parzą. Niektóre mają 1 mm i nie ma jak przed nimi uciec. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz