czwartek, 15 października 2015

Singapur - czyli Światosław na nowoczesnej wyspie cz. I

Nasza podróż wiodła nas wciąż na południe, tak jakoś wyszło, że na południe od Malezji, a przynajmniej jej kontynentalnej części znajduje się Singapur, czyli niewielkie miasto-państwo-wyspa + male wysepki, zamieszkałe w przeważającej części przez Chińczyków i będące zaraz po Japonii najbardziej rozwiniętym państwem Azji. Skoro mamy takie państwo po drodze to czemu by go nie odwiedzić, zwłaszcza, że stamtąd zamierzaliśmy lecieć do Dżakarty? Odpowiedź jest dość prosta, przez ceny. Drogo tam i nowocześnie czyli nieciekawie z naszego punktu widzenia. Dlatego też zdecydowaliśmy się na krótką wizytę w tym kraju, ot dwa noclegi i papa.

Wybraliśmy najprostszy i chyba najtańszy ze sposobów na dostanie się na wyspę, czyli zwyczajny autobus, jeden z wielu kursujących z Melaki w tamtym kierunku. Kosztował nas taki bus 24 MYR na osobę, wystarczyło spędzić w nim ledwo 4 godzinki i tak oto 25 marca 2014 roku znaleźliśmy się w Singapurze. Po drodze trzeba tylko było wytoczyć się z busa i granicę przejść pieszo, jak się okazało plecaki pyły prześwietlane, a ja zapomniałem wrzucić swój szwajcarski, otrzymany w prezencie przy okazji wizyty w Rosji scyzoryk do bagażu głównego. Niezbyt uśmiechało mi się stracić go na granicy. Upchałem go więc w bocznej kieszonce podręcznego plecaka, w jakichś szmatkach pod kompasem. Plecak oczywiście zapiszczał, pani celniczka usiłowała sprawdzić czemu, ale jakoś się do noża nie dogrzebała. Uffff... Dostaliśmy pieczątki do paszportu i już można było na chybił trafił szukać swojego autokaru.

Reszta trasy poszła gładko tyle, że zostaliśmy wysadzeni gdzieś na środku ulicy z daleka od centrum i bez większego pojęcia o tym gdzie się znajdujemy. (Spodziewaliśmy się raczej logicznie, że trasa zakończy się na jakimś dworcu w pobliżu centrum, z dobrym oznakowaniem itd. Wysadzono nas przy jakimś trawniku osiedlowym i niewielkim centrum handlowym. W środku nie znaleźliśmy ani map, ani bankomatu, ani internetu żeby jakkolwiek sobie pomóc. - Żywia) Z pomocą przyszedł nam zaczepiony przechodzień, całkiem zgrabną angielszczyzna wyjaśnił nam gdzie jesteśmy i którędy powinniśmy iść żeby odnaleźć dzielnicę hinduską lub chińską (chińska dzielnica w chińskim mieście, prawda, że to dość interesujące?), a cały wywód poparł mapką, którą wyświetlił nam na smartfonie. Nieco już zorientowani ruszyliśmy na poszukiwania jakiejś noclegowni, hotele w Singapurze nie należą do najtańszych, no ale nam się poszczęściło, trafiliśmy na coś w rodzaju motelu robotniczego na ulicy Geylang. Motel czy może raczej "guest house" był dość ciasny, niezbyt zachęcający, ale za to tani (jedynie 15 dolarów singapurskich na osobę czyli tylko trochę ponad 30 zł). Nie oferował pokoi do wynajęcia, a jedynie wolne miejsca na piętrowych łóżkach w dormitoriach. Właściwie to cały był zapchany i żebym miał gdzie spać musiałem pomóc w zakładaniu piętra na stojące już łóżko. Część damska znajdowała się w oddzielnym pomieszczeniu i była nieco luźniejsza. Od razu dało się zauważyć, że ludzie którzy tu mieszkają nie wpadli jedynie na nockę tak jak my, porozwieszane pranie, i rzeczy na łóżkach wskazywały raczej na dłuższy pobyt, jak się później dowiedzieliśmy niektórzy mieszkali tam nawet po kilka miesięcy pracując gdzieś w okolicy. (Dodam, że moje współlokatorki, dość jeszcze młode dziewczyny, po bliższej obserwacji okazały się bardzo zaradnymi osobami. Wokół ich łóżek, w wielkim bałaganie wynikającym z braku jakichkolwiek szafek i długiego pobytu, oprócz kilku książek - co nasunęło mi, że zapewne są studentkami, walało się przede wszystkim mnóstwo kosmetyków, bielizny i ciuszków. Nie ubrań, ciuszków - kusych, koronkowych, przejrzystych i cekiniastych... Do tego wieczorem po powrocie z miasta zauważyłam, że dziewczyny dopiero szykują się do wyjścia, a po wcześniejszym spacerze przekonałam się, że dzielnica nie obfituje w kluby czy dyskoteki, za to obfituje w merdające odnóżami na niebotycznych szpilkach panie, nie pozostawiające złudzeń na co i kogo czekają...- Żywia)


Zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy na zwiedzanie miasta, już szukając noclegu zachwycaliśmy się kolonialną architekturą okolicy bogato okraszoną chińskimi motywami, typu tablicami z napisami, lampionami czy miniaturowymi kapliczkami wiszącymi na słupach lub ścianach przed sklepikami i restauracjami. Teraz postanowiliśmy dokładnie przyjrzeć się temu tematowi więc ruszyliśmy pieszo przez ludne uliczki kierując się w stronę centrum. Mijane po drodze restauracje przypomniały nam o potrzebach ciała, więc zatrzymaliśmy się na obiad, padło na słodkie bułki, jak się okazało nadziane słodką fasolą. Nie przejadaliśmy się, bo i pogoda temu nie sprzyjała, jak to zazwyczaj w Azji żar lał się z nieba skłaniając bardziej do przyswajania płynów niż produktów stałych. Skierowaliśmy się w stronę centrum miasta, Singapur słynie z nowoczesności, mieliśmy możliwość przekonania się, że słusznie. (Już po drodze do centrum dało się zauważyć kolosalną różnicę z poprzednimi państwami, na chodnikach nie dało się uświadczyć ani kawałka śmiecia, ni gumy do żucia, nawet ubytków w podłożu, jakby co godzinę ktoś patrolował miasto i je czyścił. Było to szokujące, ale dopiero po czasie się zorientowaliśmy w czym rzecz. - Żywia) Pooglądaliśmy sobie oszklone wieżowce na zmianę z palmami, i kilka meczetów. Po drodze trafiliśmy na muzułmański cmentarz. Dziwne, ale pomimo, że w Malezji wyznawców Allacha jest sporo to nigdy nie trafiliśmy na miejsce ich pochówków. Na nekropolię składało się ogrodzenie i cała masa niewielkich, kamiennych słupków wyglądających niemalże identycznie. Żadnych tabliczek, żadnych zdjęć. Bardzo dziwne, ale jednocześnie interesujące miejsce, do którego dostaliśmy się przez dziurę w murze. Dość dokładnie zwiedziliśmy jeszcze wzgórze ze stojącym na jego szczycie fortem i egzotycznym parkiem. Jako, że zrobiło się już późno postanowiliśmy wrócić do hotelu autobusem. niby prosta sprawa, a jednak...


Bez kłopotu dowiedzieliśmy się jak działa kupowanie biletu, ot wystarczy mieć rozmienione i wyliczone pieniądze, natomiast dowiedzieć się, który autobus jedzie na naszą ulicę, już nie było takie proste. Na początku pytaliśmy ludzi na przystanku, sami nie byli najlepiej zorientowani i tylko orientacyjnie wskazali nam numery autobusów. Kiedy podjechał jeden z nich, usiłowaliśmy zasięgnąć języka u kierowcy. Twierdził, że to nie ten i trzeba wsiąść do kolejnego, kierowca kolejnego powiedział nam to samo. Kierowca ostatniego busa jechał mniej więcej w naszym kierunku, ale nie wiedział czy jedzie przez naszą ulicę czy też nie! Udało nam się dotrzeć tym pojazdem w pobliże noclegowni, "w pobliże" oznacza tutaj jakieś pół godziny marszu, no ale lepsze pół godziny niż dwie i pół. Jak się okazało, wieczorem nasza ulica wyglądała nieco weselej niż za dnia. Na chodnikach stało sporo panienek do towarzystwa. Gdyby komuś zechciało się skorzystać z ich towarzystwa, a zabrakło mu witalności to chodnikowi sprzedawcy oferowali od ręki błękitne tabletki na wiadomo co. Chłopaki siedzieli sobie na bruku, albo małych dywanikach, a przed sobą mieli dywaniki z bateriami, jakimiś drobnostkami i wyżej wzmiankowanymi tabletkami viagry.

Wieczorem nasza noclegownia znacznie bardziej tętniła życiem niż po południu. Panowie z mojego pomieszczenia zagadywali mnie trochę, pytali skąd jestem, jak się tu znaleźliśmy itp. Byli bardzo sympatyczni, choć w większości wyglądali na alfonsów wcześniej spotkanych dziewczyn. Zbierali się własnie na wieczorne piwo, mnie również zaprosili. Wykpiłem się abstynencją więc dostałem butelkę sojowego mleka i zostałem w pomieszczeniu niemalże sam. Łóżko miałem całkiem wygodne, niestety wypadło mi miejsce pod sufitem w pobliżu klimatyzacji. Żeby zasnąć musiałem się opatulić we wszystkie ciepłe ubrania jakie ze sobą miałem i założyć czapkę. Cóż... Tak też czasem bywa.





















































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz