piątek, 13 listopada 2015

Merak - czyli Indonezja poza turystycznym szlakiem.

Merak - miasteczko portowe na północno-zachodnim krańcu Jawy, punkt z którego można się w najprostszy sposób dostać na Sumatrę. Takie miasteczko, do którego każdy dojeżdża, od razu biegnie na prom i znika z niego po pół godziny, inaczej mówiąc miejsce wprost idealne żeby się zaaklimatyzować w nowym kraju. Do miasta dotarliśmy około 22-giej więc dość późno, wysiedliśmy na ostatniej stacji kolejowej na wyspie, rozejrzeliśmy się po zdezelowanym dworcu i postanowiliśmy odszukać jakiś nocleg. Tyle, że najpierw trzeba się było z tego dworca jakoś wydostać, nie bardzo było widać chodniki prowadzące na miasto, a nazywanie tego co było widać chodnikami zakrawało na spore nadużycie, znaleźliśmy więc jakąś ścieżkę, która poprowadziła nas wprost w betonowy płot. Na szczęście o płot była oparta jakaś drabinka mająca imitować przejście, widocznie myśl konstrukcyjna w Indonezji nie zawsze przewiduje budowę furtek lecz potrafi sobie potem poradzić w inny sposób z udrożnieniem komunikacji. Po przerzuceniu plecaków na drugą stronę i podążeniu ich torem wylądowaliśmy na jezdni.
Cała ta scenka musiała wyglądać jak z jakiejś dziwnej komedii, zwłaszcza z perspektywy zaskoczonych miejscowych. Wyobraźcie sobie, że oto z krzaków za ogrodzeniem wylatują na "chodnik" dwa plecaki, a zaraz potem wynurza się za nimi górna połowa mnie lustrująca teren, by za chwilę zeskoczyć a w ślad za mną wymemłany Mojmir :) Nasze drabinkowe dzikie przejście wychodziło akurat obok jakiegoś baraku, może był tam sklepik, a może typowa rodzinna knajpka warung, ale późnym wieczorem zebrało się tam kilkoro merakańczyków i aż na chwilę zaniemówili, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Aż parsknęłam z absurdu tej sytuacji :)


Droga była dość szeroka, prowadziła do portu i kursowały po niej ciężarówki, nie było ich aż tak wiele więc idąc poboczem dawaliśmy sobie jakieś siedemdziesiąt procent szans na przetrwanie zamiast standardowych dwudziestu. Po dość krótkim marszu wzdłuż pobocza trafiliśmy na zabudowania przypominające już ludzkie siedziby, pomiędzy nimi również dwa hotele stojące dość blisko siebie, W pierwszym dostaliśmy propozycję dwuosobowego pokoju za 100 tyś. rupii, nie było żadnego sensu szukać dalej. Zmęczeni i głodni zakwaterowaliśmy się w nowym lokum i ruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Tak się złożyło, że żarcie czekało na nas praktycznie pod oknem. Dość popularnym zwyczajem w tej części Azji jest sprzedawanie jedzenia z wózków na ulicach, taki wózeczek przemieszcza się na kółkach popychanych przez sprzedawcę, ewentualnie jest wmontowany na rower, tak czy inaczej jest mobilny. Taki właśnie wehikuł stał sobie u nas przed hotelem, a pan który tworzył na nim jedzenie miał cały czas przynajmniej kilkoro chętnych na kolację. Skoro miejscowi tu jedzą to pewnie mają ku temu powody. Ustawiliśmy się w kolejce i poprosiliśmy dwa razy to samo co pan przed nami. To był dobry wybór, inna sprawa, że jedyny bo na wózku nic innego nie serwowano. Dostaliśmy jakieś danie w sosie z orzeszków ziemnych z chrupkami które kosztowało 8000 rupii na osobę, za tyle to może bym w Polsce dostał zupkę chińską, choć bardzo wątpię. Poza tym przy płaceniu pan nie pofatygował się, aby mi wydać tysiąc rupii, nie wiem czy nie zauważył, czy uznał, że szkoda się bawić z takimi drobniakami? Może w Indonezji takie zwyczaje? Nie kłóciłem się, bo po pierwsze nie było o co, po drugie nie wiedziałem czy nie zrobię z siebie idioty. Później i na innej wyspie dowiedzieliśmy się, że owo danie, które bardzo nam zasmakowało, nazywa się gado gado i jest rodzajem hm, sałatki? Przepis nieznacznie zmieniał się w zależności od regionu, ale zawsze podstawą są w nim świeże i podgotowane warzywa oraz bajeczny sos z orzeszków. Do dziś zdarza mi się odtwarzać gado gado, gdy chcę powrócić do wspomnień z Indonezji - Żywia.



Obok kucharza, który z naprawdę dużą wprawą przygotowywał swoje posiłki był jeszcze pan do pomocy, który zajmował się głównie myciem naczyń. Zerknąłem na wodę w której je mył, a potem uznałem, że jednak nic nie widzę i na pewno wszystko jest w porządku, bo przecież brązowa ciecz, którą potraktowałem mianem "wody" nie mogła mieć potencjalnie negatywnego wpływu na mój stan zdrowia, prawda? Wyprzedzając fakty napiszę tutaj, że rzeczywiście nie miała ;) Ja jeszcze dopowiem, bo wszystko co wiąże się z nowymi doznaniami kulinarnymi zawsze najlepiej zapada mi w pamięć, że gdy tylko zamówiliśmy naszą kolację, od razu nie wiadomo skąd znalazły się dla nas dwa krzesełka. Ktoś ustąpił, ktoś wyciągnął z pobliskiego domu lub graciarni obok zabudowań i usadzono nas gościnnie, żebyśmy mogli zjeść na miejscu. Zapewne grupka klientów obwoźnego kucharza również chciała mieć coś z wieczora i poprzyglądać się jak te turystyczne dziwaki jedzą :)

Cały kolejny dzień spędziliśmy w mieście, solidnie odespaliśmy sobie podróż i przed południem wyruszyliśmy na poszukiwanie śniadania. Wydaje się proste, prawda? No a jednak nie, i absolutnie nie chodzi tu o brak jakiegokolwiek lokalu gastronomicznego, bo takowy dość sprawnie znaleźliśmy. Kłopot stanowili miejscowi, a raczej ich nadzwyczajna uprzejmość. Zewsząd i od każdego słyszeliśmy "good morning" lub "hello mister". I tak ciągle. Każdy koniecznie chciał się z nami przywitać, każdy koniecznie chciał się pochwalić, że zna jeden z powyższych zwrotów i praktycznie każdy nie potrafił nic więcej po angielsku wydukać. Pomimo to we wzroku każdej z tych osób było widać, że oczekuje dalszej konwersacji. No dobra... miłe to było, ludzie starali się okazać nam przyjazne usposobienie i tak dalej, ale po ósmym razie zaczęło być męczące, a przy dwudziestym już mocno uciążliwe. Żywia uznała chyba, że to ponad jej siły i wybrała się do kafejki internetowej, ja dzielnie ruszyłem na podbój miasteczka. (O kafejce niżej będzie - Żywia.) Indonezja nie jest bogatym krajem i doskonale dało się to zauważyć w czasie spaceru. Domy nie były ani schludne, ani okazałe, były natomiast dziury w jezdni śmieci na chodnikach, jeśli oczywiście zdarzał się kawałek chodnika i rzeka przypominająca ściek. W którejś z uliczek znalazłem meczet, mały, brzydki i absolutnie nieciekawy jak większość budynków w mieście, ciekawe było natomiast spotkanie z facetem prawdopodobnie robiącym w nim za imama. Wyglądał całkiem zwyczajnie, nie miał długiej brody, nie był ubrany w prześcieradło ani nie nosił automatu kałasznikow na plecach, natomiast trochę mówił po angielsku. Na początku zapytał mnie czy jestem muzułmaninem, grzecznie zaprzeczyłem, więc zapytał co o muzułmanach myślę, potem zaczął mówić, że tutaj mieszkają dobrzy muzułmanie i nie ma żadnych terrorystów. Wyjaśniłem mu, że jeśli pod Indonezją znajdą się cenne minerały lub ropa niezbędne USA, to terroryści pojawią się w tydzień po tym odkryciu. Poza imamem po angielsku porozmawiałem jeszcze z kilkoma chłopcami wracającymi ze szkoły, wyraźnie chcieli się pochwalić, że znają choć trochę angielskiego, mówili starannie wyuczonymi zwrotami, choć nie za wiele ich znali. Przynajmniej dało się z nimi dogadać bez obawy o zwichnięcie sobie barku przy gestykulacji. Trochę poprzyglądałem się miejscowym, niektórzy byli ubrani całkiem zwyczajnie czyli w jakąś koszulę spodnie i japonki, inni nosili na biodrach sarongi, a na stopach japonki, kobiety nosiły chusty i jakieś długie sukienki, spod których czasem błyskały japonki, a młodzież szkolna paradowała w eleganckich mundurkach, które szokowały znacznie mniej niż obuwie nie będące japonkami. Dorośli nie zwracali szczególnej uwagi na wygląd, ich ubrania nie były ani wyjątkowo nowe, ani stare i złachane, ot zwyczajne na zwyczajny dzień. Dzieci natomiast aż lśniły swoimi mundurkami szkolnymi, schludnymi i czystymi, chłopcy spodniami wyprasowanymi w kancik, a dziewczynki czyściutkimi chustami. Wyraźnie było widać, że rodzice mocno się przykładają aby ich dzieci wyglądały w szkole jak należy i nawet z najlichszego domu dzieci wychodziły w eleganckich mundurkach bez śladu brudu. Wieczorem postanowiliśmy zjeść coś egzotycznego, ja pożarłem jakąś rybkę, a Żywia przyczyniła się do uszczuplenia populacji lokalnych głowonogów. Pożywialiśmy się w małej knajpce odbiegającej dość mocno od europejskich standardów sanitarnych. No ale i nam i szczurowi biegającemu po podłodze nie przeszkadzało to za bardzo.
Gdy już zapadła noc, siedzieliśmy sobie w hotelu i z balkonu obserwowaliśmy ruch uliczny wcinając owoce wyglądające jak jaja skromnych rozmiarów smoka (zrozumcie to sobie jak chcecie) i wsłuchiwaliśmy się w zawodzenie muezzina rozlegające się nad miastem. Słychać było, że chłop się bardzo stara, niestety Allach poskąpił mu talentu wokalnego.


Rozmawialiśmy o tym co już nas spotkało i co nas jeszcze tutaj czeka, w końcu już jutro mieliśmy wyruszyć na Sumatrę, ale o tym w kolejnym odcinku przygód Mojmira i Żywii w dalekiej Azji ;)

P.S. A teraz o kafejce internetowej koniecznie, bo folklor aż się kopci. Dosłownie. Mojmir ciągle wspomina, że znikam co chwila w kafejkach, ale to nie dlatego, że jestem uzależniona od portali społecznościowych, a dlatego, że starałam się przy każdej możliwej okazji pisać relacje, które ukazywały się na lokalnym portalu informacyjnym haloCieszyn. Biedny znajomy redaktor Marcin musiał wszystkie te teksty redagować na nowo, bo oczywiście pisałam bez polskich znaków :) Ale ja nie o tym, bo ta kafejka zapadła mi głęboko w pamięć. Znajdowała się w całkiem zwyczajnym domu, wchodziło się do ciasnego przedsionka otwartego na ulicę, gdzie siedziała młoda kobieta na plastikowym krzesełku i pobierała opłatę za godzinę. Dalej otwierała się ciemna czeluść, po bliższych oględzinach okazywało się, że niskie pomieszczenie kryte blachą falistą, pomalowane jest na kolor jadowicie turkusowy i nie tylko strop za sprawą blachy faluje, ale też ściany z grubymi naroślami pleśni i grzyba. Również pomalowanych na turkusowo. Pod ścianami znajdowały się na ziemi poduszki do siedzenia i niskie stoliczki z komputerami. Wszystkie stanowiska były zajęte przez młodzieńców w wieku od 6 do 16 lat, wszyscy mieli słuchawki na uszach i papierosy w kącikach ust i grali zaciekle w jakąś grę sieciową. Gdy weszłam natychmiast jeden z dzieciaków został usunięty przez pracownicę pilnującą przybytku i zostałam usadzona na jego miejscu, gdzie obok w popielniczce jeszcze dymił jego papieros. Chwilowe zamieszanie szybko się uspokoiło i chłopaki wrócili do pokrzykiwania i wydawania dźwięków właściwych osobom grającym, a ja gdy oczy przestały mi łzawić, mogłam zabrać się za pisanie.

Gado-gado, wygląda jak... wygląda, ale smakuje świetnie.





Indonezyjska młodzież szkolna bez wyjątku chadza w mundurkach.



Klatki z ptakami przed jednym ze sklepów. Zwierzęta stały na słońcu i bez wody. Oczywiście nikomu poza nami nie przyszło do głowy że mogą się z tego powodu męczyć.
Obwoźne wózki z jedzeniem, w Indonezji niekoniecznie trzeba iść do restauracji, czasem wystarczy poczekać, a restauracja przyjdzie do Ciebie.








Kafejka internetowa nie grzeszyła nowoczesnością.

Przerwa na obiad, głowonogi doskonale smakowały w taniej restauracyjce w towarzystwie miejscowych ludzi i nielicznych szczurów.

Salak jadalny (Salacca edulis), owoce przypominające jaja smoka, znaczy takie jak kurze a nie kogucie. Całkiem smaczny i do tego tani, nie spotkaliśmy się z nimi wcześniej. Zapewne dla tego że występują tylko na Jawie i Sumatrze.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz