piątek, 18 września 2015

Melaka - miasto neonowych riksz cz I.

Stolica szybko nam się znudziła więc postanowiliśmy się przenieść w nieco mniej zaludnione i podobno ciekawsze miejsce, czyli do Melaki. Żeby wydostać się tam ze stolicy musieliśmy dotrzeć na dworzec TBS, a żeby dotrzeć na dworzec TBS musieliśmy wsiąść do odpowiedniej kolejki. Żeby wsiąść do kolejki, musieliśmy się znowu zaopatrzyć w bilety. Bilet to żeton, który przykłada się do czytnika wchodząc do kolejki, a wychodząc wrzuca do otworu przy bramce. Warto to wiedzieć, żeby się przypadkiem od razu nie pozbyć żetonu, efekty mogłyby być całkiem zabawne, przynajmniej dla lokalnej policji. Sam dworzec TBS jest nowoczesny i bardzo rozbudowany, praktycznie każda firma przewoźnicza ma oddzielne okienka, w których można kupić bilet tylko na nią.



Bilety do Melaki wyniosły nas 10 rm na osobę. Cena niezbyt wygórowana biorąc pod uwagę odległość i klasę busa. Po dotarciu na docelowy dworzec postanowiliśmy się posilić przed rozpoczęciem poszukiwań centrum miasta i noclegu. Zasiedliśmy sobie w jakiejś sympatycznej restauracyjce dworcowej z zainteresowaniem właściwym tylko wygłodniałemu turyście poczęliśmy przeglądać jadłospis (tak takie słówko jeszcze istnieje w polskim słowniku). Po chwili pojawił się przy nas właściciel restauracji i przywitał po niemiecku. Dźwięk tego języka zawsze odbiera apetyt, na szczęście złagodził go obcy akcent dzięki czemu nie odechciało nam się jeść całkowicie. Grzecznie wyjaśniliśmy, że jesteśmy Polakami i nie mamy nic wspólnego z wcześniej wzmiankowaną nacją. Szef był starszym, wesołym mężczyzną w muzułmańskim fezie o całkiem szerokiej wiedzy o świecie (w Malezji porządnie wykształcony człowiek to chyba norma w odróżnieniu od UE), bardzo chciał się dowiedzieć jak powinien przywitać się po polsku, gdyż stawiał sobie za punkt honoru umieć powitać swoich gości w ich ojczystej mowie. Trzeba mu przyznać, że ma chłop talent językowy i dość szybko był w stanie powtórzyć "dzień dobry" w całkiem przyzwoitym brzmieniu. Trochę dłużej męczył się z moim imieniem, ale i tu podołał. Posiedział z nami ze 20 minut, gawędząc o tym i tamtym, a na końcu jeszcze sobie zdjęcie ze mną zrobił. Bardzo sympatyczny człowiek, jeśli jeszcze kiedyś odwiedzimy Melakę to i do niego zajrzymy. Knajpka ma stronkę na fb i swego czasu pojawiło się tam owo wspólne zdjęcie -  Żywia.


Z dworca do centrum jest dość daleko, z buta raczej byśmy nie dotarli, z resztą po co skoro jeżdżą autobusy? Numerem 17 za grosze dotarliśmy do centrum i rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu. Miasto jest dość popularne wśród turystów więc kilka hoteli udało nam się znaleźć, niestety cena 100 MYR za nockę trochę nas zniechęciła. Po jakiejś godzinie szwendania się z plecakami w końcu trafiliśmy na hostel z ludzką ofertą cenową. Discovery Guest house, bo tak się nasza noclegownia nazywała miał w ofercie dormitoria z ceną 18 MYR za łóżko. Może to i niezbyt tanio, ale przynajmniej znośnie. Recepcja hostelu znajduje się w innym budynku niż dormitoria więc pani zadzwoniła po pracownika, który miał nas zaprowadzić na miejsce. Okazał się nim być około 50-letni anglik o imieniu Alan. kolejny kontaktowy gość tego dnia. Twierdził, że podróżuje już od 26 lat, nic nie wskazywało na to żeby kłamał. Hostel okazał się wart swojej ceny, wszędzie było ładnie i czyściutko, zwłaszcza w łazience. Na korytarzach paliły się spiralki odstraszające komary, Alan wyjaśnił nam, że w okolicy pojawiło się kilka przypadków dengi i bardzo by nie chciał aby do jakiegoś zarażenia doszło tutaj. Te spiralki po raz pierwszy i jak do tej poty ostatni w życiu, wpędziły mnie w alergię. Smarkałem się przez nie kolejne 3 dni, aż do opuszczenia Melaki, niedługo po tym wszystko mi przeszło.

Alan okazał się wspaniałym gospodarzem i doradcą, zwłaszcza w kwestii tego gdzie najlepiej się stołować, wskazał nam czyste knajpki z indyjskim jedzeniem. Do dziś śnią mi się w kulinarnych erotykach :) Wspaniale było swobodnie porozmawiać rozbudowanymi zdaniami z kimś, kto dodatkowo charakteryzował się tym specyficznym brytyjskim poczuciem humoru, które osobiście uwielbiam! Alan nie był właścicielem naszej noclegowni, pracował jedynie dla właściciela i w zasadzie jego zasługą była atmosfera i czystość panująca w tym miejscu. Wkraczając do Discovery poczułam się prawie jak w domu - jasno, czysto, pachnące europejskie toalety i łazienki, miła odmiana. Pisząc ten tekst wiemy natomiast, że Alan z powodu różnic w poglądach na prowadzenie biznesu hotelarskiego nie pracuje już w Discovery, dlatego nie możemy z czystym sumieniem dłużej polecać tego miejsca - nie wiadomo co się tam teraz dzieje. - Żywia


Zajęliśmy sobie łóżka, przepakowaliśmy się i ruszyliśmy na zwiedzanie miasta bez zbędnego balastu na plecach. Melaka okazała się być miastem pełnym kolonialnych akcentów w postaci architektonicznej, czasem mocno już zaniedbanych. Jednak nie z architekturą kojarzy się nam to miasto. Riksze są w Malezji zwyczajnym środkiem transportu jednak te w Melace do zwyczajnych na pewno nie należą, pierwszy kontakt z nimi był dla nas co najmniej szokujący, późniejsze jakoś nie złagodziły tego pierwszego. Rikszarze uznali. że im bardziej wymyślne będzie ich narzędzie pracy tym łatwiej zdobędą klienta, tak więc pojazdy aż kipiały od sztucznych kwiatów i maskotek we wszelkich, byleby tylko jaskrawych kolorach... Istny koszmar dla oka, no ale nie tylko wzrok cierpiał przy tych wehikułach, słuchu też nie oszczędzały, każdy dysponował własnym radiem drącym się na cały regulator, z którego dobiegała jakaś skoczna muzyczka. Oczywiście z każdej rikszy leciał inny utwór. A teraz wyobraźcie sobie drodzy czytelnicy stado dziesięciu takich pojazdów, które trzeba ominąć. Ból głowy murowany... Jednak całą swoją grozę riksze objawiły nam dopiero wieczorem, wybraliśmy się na Jonker Street, żeby zobaczyć jak funkcjonuje miasto nocą, niestety przed wejściem na ulicę czyhały riksze. Każda z nich nie tylko raziła oczy swoimi barwami, a uszy rykiem radia, one jeszcze świeciły i migotały! Każda inaczej, każda w innym rytmie... Kakofonia barw i dźwięków mogąca wpędzić nawet najtwardszego zawodnika w epilepsję. Mi wystarczyło przejść pomiędzy rikszami, przechodzenie trwało maksymalnie 20 sekund, ból głowy nim wywołany jakieś pół godziny.

Tak się złożyło, że do Melaki dotarliśmy w sobotę, tego dnia wieczorem cała ulica Jonker była szczelnie wypełniona tłumem ludzi i kramów. Kramy oferowały bardzo wiele drobnostek, ale prawie nic nas nie zainteresowało, jakiś nowoczesny śmietnik drobiazgów sprowadzanych pewnie z Chin przez cieśninę leżącą w pobliżu miasta lub przekąsek, które o dziwo nie powodowały ślinotoku. Zdecydowaliśmy się tylko na kolorowe kawałki czegoś przypominającego ptasie mleczko. Niestety okazało się, że z ptasim mleczkiem nic wspólnego owe produkty nie mają, natomiast z zabarwionym kleikiem ryżowym bardzo wiele... Co w efekcie dało zaklejającą twarz słodką, bezsmakową ulepę. A w następnym wpisie będzie o kilku miejscach wartych odwiedzenia w Melace i najgorszych lodach świata. Tak, jedliśmy je.





Ukryte wejście do Discovery, gdzie zaprowadził nas Alan - mural to jego dzieło.











Skwer niedaleko którego wysiedliśmy z autobusu z dworca i rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu.



Ryżowe kolorowe i bez smaku, nie wszystko co dobrze wygląda tak samo smakuje.
Jakby łowicko, a jednak orientalnie.


Żywia była zachwycona koncepcją schodo-rampy w centrum handlowym, takie jej zboczenie po studiach.





Randka na rikszy - ciekawe czy zgodziła się na drugą?

Riksze zbierają się w stada po kilka sztuk, w ten sposób przemierzają ulice miasta w poszukiwaniu ofiar - czytała Krystyna Czubówna.

Kanał przecinający centrum miasta, po którym można było przepłynąć się promem.



Te dymiące tuby wielkości hydrantu to też kadzidła, stały sobie tuż przy jednej z bocznych uliczek w pobliżu kapliczki.
Zarabianie na dalszą podróż level student :)
Pani niesie domek jakiego nie powstydziłby się żaden islandzki elf!

Lokalne rękodzieło, papierowe wycinanki porównane z naszymi łowickimi - pod spodem ściereczka do obiektywu z Cepelii, która zawsze z nami podróżuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz