niedziela, 28 czerwca 2015

Pangkor - rowerem po wyspie.

Dnia dzisiejszego to jest 16 marca roku pańskiego 2014 zechcieliśmy sprawdzić co ciekawego można zobaczyć na Pangkor. Jako, że wysepka wcale nie jest taka mała jak się z mapy wydaje, zdecydowaliśmy się na wynajem rowerów od naszego gospodarza. O dziwo okazały się być zdatne do użytku (a na pewno zdatniejsze od tych, którymi zwiedzaliśmy Ajutthaję). Najpierw pomknęliśmy do pobliskiej restauracji, w której jedliśmy wczoraj kolację. Właściciel miał na ścianach gablotki z banknotami, z różnych stron świata, nie dostrzegliśmy wczoraj nic polskiego, więc przynieśliśmy mu papierek dziesięciozłotowy. Niech świat wie, że Polacy też tu byli! Następnie załadowaliśmy się na nasze wehikuły i ruszyliśmy w stronę starego fortu zbudowanego przez Holendrów. Nie było żadnych kłopotów ze znalezieniem drogi, bo była ona po prostu przedłużeniem uliczki, na której mieszkaliśmy i biegła w kierunku południowego krańca wyspy. Przemieszczaliśmy się niewielką, asfaltową drogą mijając po drodze domy mieszkalne miejscowych. Trasa wiodła głównie wzdłuż morza, gdy nadarzyła się okazja, zeszliśmy na plażę w jakiejś wiosce, żeby zobaczyć co tam ciekawego sobie żyje. Było sporo łodzi, trochę fajnych muszelek, stara czapka, kilka butów i kawałek sieci. Oczywiście wymieniłem tylko najciekawsze znaleziska. Był też dzioborożec! Usiadł sobie na pniu złamanej palmy i pozwolił sobie zrobić znośne zdjęcie. Mocno się ucieszyłem jego widokiem, dzioborożce do tej pory widzieliśmy tylko w tajlandzkim Kao Yai i to z dużej odległości. Tam siedziały sobie w gęstwinie liści i czasem tylko przelatywały gdzieś nad głową, albo ponad koronami drzew zdradzając swoją obecność głośnym świstem piór. A ten tutaj przeleciał sobie nad plażą, a potem wystawił się jak modelka na pniaku. W prawdzie mógłby wystawić się bliżej, no ale cóż...

sobota, 20 czerwca 2015

Ruszamy na wyspę Pangkor.

Pobyt na wyżynach był pełen wrażeń i niezapomnianych widoków jednak przyszła już pora by je pożegnać i ruszyć w dalszą drogę. Zdecydowaliśmy się wybrać w kierunku wyspy Pangkor by dla odmiany nacieszyć się słońcem, plażą i podwodnym światem jaki spodziewaliśmy się zastać przy wybrzeżach. Tylko żeby móc się tym wszystkim cieszyć to najpierw trzeba się było tam dostać. Przemieszczanie się na dłuższych dystansach zazwyczaj trwa cały dzień i bywa wyzwaniem. My naszą przeprawę rozpoczęliśmy około siódmej rano.

czwartek, 11 czerwca 2015

XI Ogólnopolski Festiwal Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie nad Wartą - w końcu jakiś festiwal !!!

Rok 2015 nie obfituje dla nas niestety w imprezy historyczne. Oczywiście te imprezy się odbywają, ale my nie mamy możliwości się na nie dostać. Nic więc dziwnego, że z wielką radością czekaliśmy na festiwal w Lądzie. Żywia zaklepała sobie na wtedy wolne w pracy, ja też postarałem się o dostatecznie dużo wolnego czasu i w piątek po południu ruszyliśmy w trasę. Do przejechania było tylko 360 km, tyle że pod słońce. Nie byłoby źle, gdyby to nie było zachodzące słońce. Miejscami widoczność spadała tak do dwóch metrów, i wcale nie żartuję. To cudowne uczucie jechać przed siebie nie widząc niemalże nic lub jedynie niewyraźnie majaczące plamki auta jadącego przede mną. Na szczęście było takich momentów ledwo kilka i żaden nie zakończył się podskokiem auta na rozjechanym rowerzyście. Po tak przyjemnej trasie ucieszyliśmy się jeszcze bardziej, kiedy nocą dotarliśmy na miejsce festiwalu. Przywitał nas znajomy i jakże wytęskniony gwar rozmów, gromkie śmiechy, blask ognisk i uśmiechnięte gęby dziesiątek znajomków z przeróżnych drużyn. (Dźwięki wieczornego obozu historycznego to jedna z urokliwszych rzeczy podczas wyjazdów - zwłaszcza gdy człowiek ma ich mało i zdąży zatęsknić tak porządnie. Zasypianie w namiocie na skórach, gdy wokół ludzie śmieją się, śpiewają i opowiadają przy ogniskach, pachnie dymem i słomą, to zawsze była taka moja chwila cieszenia się miejscem, którą nie dzielę się z nikim. Myślę, że chyba każdy odtwórca, który to czyta, wie o czym mówię - Żywia).