niedziela, 25 stycznia 2015

Podwodny świat wysp Mu Ko Surin cz. III

Kolejny dzień na wyspie Surin (konkretnie 1 marzec) oznaczał kolejny dzień nurkowania. Po śniadaniu złożonym z krakersów i konserwy ruszyliśmy do wody. Już na starcie się nam poszczęściło, bo znaleźliśmy murenę. Była dość mała, na oko miała około 5 cm średnicy, ale i tak nie wyglądała na przyjaźnie nastawioną. Na mój widok zaczęła szczerzyć zęby dając mi jasno do zrozumienia, że jeśli zbliżę się za bardzo to stracę palec. Z grzeczności nie sprawdziłem czy tak się stanie w istocie i zdjęcia robiłem z bezpiecznego (w moim mniemaniu) dystansu.



Żywia dość szybko zrezygnowała z nurkowania przez parzące stworzonka unoszące się w wodzie. Ja jestem dość gruboskórny, więc szczypanie robiło na mnie średnie wrażenie, ją bolało to dużo bardziej. Choć i ja kilka razy pożałowałem swojej decyzji, raz parzydełkiem dostałem po wardze, innym razem za uchem. To były czułe punkty... No ale starałem się być dzielny, w końcu tyle cudów podwodnego świata czekało na odkrycie. Im dalej od brzegu tym lepiej wszystko wyglądało, koralowce tworzyły wzniesienia i dolinki, pomiędzy którymi uwijały się masy rybek. Rafa kończyła się małym klifem, za którym był już tylko biały piasek. Tam nie było co robić, więc kręciłem się raczej wokół klifu. Świeżo naprawiona płetwa świetnie się sprawdzała dzięki czemu mogłem swobodnie nurkować i robić zdjęcia. Nauczyłem się już korzystać z aparatu i coraz więcej zdjęć nadawało się do zachowania.
Nauczyłem się też korzystać z maski i fajki do nurkowania. Niby wszystko wydaje się proste. Zakładasz maskę władasz fajkę do ust i nurkujesz. W praktyce wymaga to wszystko odrobiny wprawy i znajomości kilku banalnych sztuczek, o których wiedzą wszyscy poza osobami niemającymi do tej pory styczności z takim sprzętem. Pierwsze z czym się trzeba uporać to parująca szybka w masce. Na początku ściągałem całkowicie maskę, płukałem w wodzie i zakładałem ponownie. Działało, ale zazwyczaj na krótko poza tym krople wody od wewnętrznej strony maski zmniejszały widoczność. Potem przypomniałem sobie radę mojego przyjaciela Krzysztofa, który zaopatrzył mnie w sprzęt i mocno wsparł przy moich pierwszych krokach na ścieżce włóczykija. Otóż Krzysiek poradził mi żeby zanurzyć głowę, odciągnąć maskę od twarzy, aby całkowicie zalała się wodą, a następnie przyłożyć z powrotem do twarzy, przytrzymać ją na górze i zacząć wydmuchiwać powietrze nosem wypychając w ten sposób wodę z maski. Wystarczyło trzy razy tak dmuchnąć i woda znikała razem z parą. Maska zazwyczaj już działała dobrze. Podobno dobrym sposobem na zabezpieczanie maski przed parowaniem jest napluć na szybkę od środka, rozsmarować to, a potem wypłukać w morzu. Warto tu jeszcze dodać, że gładko ogolona gęba to podstawa przy nurkowaniu, zarost zazwyczaj powoduje nieszczelność maski, a nawet kilka kropel może przeszkadzać. Kiedy nie przybiera się pod wodą dziwacznych pozycji, żeby zajrzeć pod baldachim koralowca to wszystko jest w porządku, ale zdarza się czasem, że kilka kropel słonej wody zaleje oczy. Nie dość, że piecze to jeszcze nie ma co z tym zrobić przez maskę. Kiedy opanuje się obsługę maski, warto jeszcze popracować nad oddychaniem przez rurkę. Niby wszystko wydaje się proste, przynajmniej dopóki nie ożłopie się człowiek słonej wody palącej w gardło i bardzo nieprzyjemnie zachowującej się w płucach. Wszelkie systemy zapobiegające wlewaniu się wody do rurki i tak nie są skuteczne w 100%, więc warto nauczyć się oddychać tak żeby się nie krztusić. Ja wciągam powietrze do ust, a dopiero potem z ust do płuc. Jeśli zaciągnę się wodą to nie trafia ona do płuc tylko zostaje w ustach skąd ją wypluwam przez rurkę. Niby proste, a na początku kilkakrotnie próbowałem wypluć płuca i piekł mnie cały przełyk od słonej wody, po opanowaniu tej prostej sztuki wszystko szło mi już gładko. Ostatniej rady jakiej może udzielić Wam niedoświadczony amator jest zwracanie uwagi na wyrównywanie ciśnienia w zatokach. Nurkując i wynurzając się nawet z głębokości trzech metrów możemy czuć ból w zatokach spowodowany rozprężaniem się gazów. Żeby uniknąć tego uczucia wystarczy przytrzymać palcami nos i wydmuchnąć nim powietrze. Tak samo jak w górach gdy przytyka uszy. Wielokrotnie musiałem używać tej techniki, inaczej ból w zatokach byłby nie do zniesienia i mógłbym uszkodzić sobie słuch.


Z wody wyszedłem przed południem żeby uniknąć największego słońca i następnych poparzeń, poza tym na 14-tą byliśmy zapisani na kolejny rejs nurkowy. Posileni zupkami chińskimi ze zdobycznych kubeczków i obładowani sprzętem do nurkowania poszliśmy na miejsce zbiórki.
Popłynęliśmy na północ od wyspy i rozpoczęliśmy nurkowanie w pobliżu kamienistej wysepki, a właściwie to kawałka skały wystającego z morza. Nurkowanie tutaj było wyzwaniem...
Zamiast gapić się pod wodę, walczyłem z parą na szybce maski i falami. Nie szło mi to najlepiej. Po jakichś dziesięciu minutach stwierdziłem, że nic z tego nie będzie i trzeba wracać na łódź, ale łódź była daleko... Nasz kapitan odpłynął sobie tak zdrowo ponad 300 metrów od miejsca w którym nas zwodował. Tak więc zamiast rozglądać się za rekinami, przez 20 minut usiłowałem do łodzi dotrzeć i się nie utopić, po drodze było kilka chwil zwątpienia i pomysł lądowania na wysepce. Brakowało mi już siły żeby przedzierać się przez fale. Dystans 300 metrów nie wydaje się długi, jednak do łodzi dopłynąłem ostatkiem sił. Żywia była już na pokładzie, ona wróciła na łódź zanim odpłynęła. Na drugim przystanku (tym razem odwiedziliśmy tylko dwa stanowiska z rafami) woda była spokojna, a widoki bardzo fajne więc w ogóle się do łódki nie spieszyliśmy. Poobcierany paluch nie przeszkadzał, bo do nurkowania robiłem sobie na niego opatrunek z polo-plastra owiniętego taśmą wojskową, więc miałem pełen komfort nurkowania. Wracaliśmy w czasie odpływu i łódka nie była w stanie dotrzeć do brzegu. Zostaliśmy wyładowani na mieliźnie w pobliżu drugiego kempingu i musieliśmy spory kawał przejść pieszo po płytkiej wodzie pełnej kłujących kawałków koralowca i jadowicie kolczastych rybek, na te drugie na szczęście nie nadepnąłem, na te pierwsze stawałem ciągle wyjąc sobie po cichutku. (Na pytanie jak można wyć cichutko, okazuje się, że można. Mojmir mi zaprezentował! - Ż.) Jedyną zaletą tego spaceru było spotkanie z małą płaszczką uwięzioną w kałuży.


Wieczorem zdecydowaliśmy się na kolację w miejscowym barze, sałatka z mango smakowała całkiem dobrze. Resztę wieczoru spędziliśmy rozkoszując się polską mową. Na łodzi poznaliśmy panią Katarzynę, bardzo sympatyczną i doświadczoną podróżniczo Polkę mieszkającą razem ze swoim mężem w Hamburgu. Obydwoje przyjechali tutaj ponurkować. poopowiadali nam trochę o swoich podróżach, byłem bardzo dumny, że i ja mam się już czym pochwalić i tak minął nam cały wieczór.
Uregulowaliśmy też rachunki gdyż następnego dnia mieliśmy już opuszczać wyspę. 4 noclegi dla dwóch osób we własnym namiocie wyniosły nas 640 bahtów. 
Następnym rankiem miałem płynąć na ostatnie nurkowanie łodzią, uznałem jednak, że mogę się nie wyrobić z powrotem i rozminąć z łodzią, która ma nas zabrać z wyspy. Wybrałem się więc ponurkować tam gdzie wczoraj, jak za każdym razem nie zawiodłem się. Nie dość, że trafiłem na przynajmniej metrowego strzępiela (rodzaj Epinephelus, możliwe że gatunek tukulato jeszcze spotkałem wargatki sanitarniki (Labroides dimidiatus) czyszczące jakąś rozdymkę pod koralowcem. Sama ryba było interesujące, choćby ze względu na śmieszne zęby wystające jej z pyska, tyle że poza zębami z tego pyska wystawał jej też wargatek uwijający się wewnątrz jamy gębowej i drugi pracujący dookoła rybki. Poczułem się spełniony jako obserwator podmorskiej przyrody i wróciłem na brzeg żeby spakować rzeczy. Upchanie wszystkiego w plecak było proste, bo każda rzecz miała swoje stałe i niezmienne miejsce, załadowanie plecaka na garb było już niestety trudniejsze. Akurat wtedy zaczęły mi obłazić plecy. W zasadzie określenie "obłazić" nie jest precyzyjne. Stary naskórek zaczął się odklejać pod wpływem potu wypływającego przez pory skóry. Na plecach zrobiła mi się masa bąbli wypełnionych słonym potem, który piekł niemiłosiernie młodziutki naskórek pod spodem. Moje plecy przypominały grzbiet ropuchy... O 13-tej zostaliśmy odebrani z naszej plaży i przerzuceni pod drugi kemping, tam czekaliśmy około godziny aż przypłynęła kolejna łódź, która zabrała nas na motorówkę. Plecaki popłynęły inną łodzią, my inną. Trasa powrotna byłaby tak samo szybka i hałaśliwa jak w przeciwną stronę, niestety silnik, który psuł się całą drogę trochę nas spowalniał. W pobliżu portu odmówił całkowicie posłuszeństwa na przynajmniej 20 minut. Po tam jakoś ożył i znowu byliśmy na stałym lądzie. Tam czekały na nas napoje pożegnalne i zawierający się w bilecie transport do Kuraburi. Ochoczo z niego skorzystaliśmy i popołudnie spędzaliśmy już w miasteczku. Trochę ciężko było znaleźć hotel, zapytałem jakiegoś turystę (typ raczej germańskiej proweniencji) o tanie hotele to mi powiedział, że tam za mostem są bungalowy za 700 bahtów, a to przecież całkiem tanio... Pewnie dla niego. W końcu udało nam się znaleźć bungalow za 290 bahtów z wliczonym śniadaniem. Może nie najtaniej, ale bardzo fajny i zaopatrzony w moskitiery. Zerknęliśmy potem jeszcze na lokalny targ i przyjrzeliśmy się żeglarkom argo (Argonauta argo) wyłożonym na sprzedaż. Zdecydowanie wolałbym obejrzeć ten gatunek na żywo w morzu, ale jak się nie ma co się lubi... Resztę dnia przesiedzieliśmy w kafejce na necie. (Koniecznie muszę tu wspomnieć o wspaniałościach jakie na owym targu kupiliśmy do jedzenia - lokalne słodycze krzyczące ze straganów ZJEDZ MNIE! Skosztowaliśmy np. deseru składającego się z kruchego naleśniczka, coś jak ciastko z wróżbą, słodkiego kremu jak w lodach na ciepło i owoców. Kupiliśmy też różne świeże owoce, Mojmir wykazał się talentem do obierania ananasów, a w lokalnym sklepie kupiliśmy puddingi o smaku lichi. Trzeba nam było odreagować kilka dni żywienia się na wyspie słodkimi krakersami o smaku sera i kurczaka oraz obłędnie ostrymi zupkami instant. - Ż.)

video

video

video

Murena cętkowana (Gymnothorax favagineus)

Całkiem spory ukwiał, nie było ich pod wodą za wiele, ale czasem się zdarzały.




Koralowiec z rodzaju fungia.










Więcej fungii.


Błazenki z gatunku Amphiprion ocellaris




Śliczny okaz liliowca, zwierzątka spokrewnionego z rozgwiazdami i jeżowcami.






Błazenki z gatunku Amphiprion akallopisos










Płaszczka, w którą omal nie wdepnęliśmy wędrując płycizną do kempingu.
Pani Katarzyna - bardzo sympatyczna Polska, która wraz z mężem również cieszyła się urokami parku. Spędziliśmy z nimi bardzo miły wieczór rozkoszując się rozmową w ludzkim języku.
Arotron wielki (Arothron stellatus)
Wargatki sanitarniki (Labroides dimidiatus) w sile dwóch sztuk. Rybki czyściły antrona z pasożytów pod płetwami i w pysku.

Błazenki z gatunku Amphiprion ephippium












































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz