sobota, 12 grudnia 2015

Sebesi - indonezyjska rafa koralowa z bliska.

Sebesi - tropikalna wyspa gdzieś u południowego wybrzeża Sumatry, wysepka będąca bazą wypadową dla chętnych, by zobaczyć wulkan Krakatau, ale również wysepka, wokół której można zanurkować na rafach koralowych. Jeszcze w Tajlandii słyszeliśmy o pięknie indonezyjskich raf koralowych, a teraz nadarzała się okazja żeby skonfrontować te opowieści z zastaną rzeczywistością. Zorientowaliśmy się tylko gdzie warto się zanurzyć i po chwili byliśmy gotowi na podbój podwodnego świata. Nasz kapitan twierdził, że najciekawsze rafy można zobaczyć wokół małej wysepki leżącej w pobliżu naszego noclegowiska, więc oczywiście postanowiliśmy to sprawdzić.

Najpierw podreptaliśmy kawałek plażą, żeby podejść jak najbliżej wskazanego miejsca, tam zostawiliśmy kilka drobnostek, między innymi japonki, które znaleźliśmy na szlaku w parku narodowym Khao Sok w Tajlandii (w brew pozorom to ważna informacja), a potem weszliśmy do wody. Najpierw pomyszkowaliśmy trochę przy brzegu Sebesi, potem przepłynęliśmy z 300 metrów do brzegu małej wysepki. Do tej pory zawsze kiedy pływaliśmy, bez kłopotów widać było pod nami dno, tym razem była tylko ciemna toń połykająca wszelkie promienie światła, która mogła kryć w sobie cokolwiek, na przykład gwiazdę serii filmów "Szczęki" lub olbrzymią kałamarnicę, albo stado piranii... Wróć, piranie to nie tutaj, tak czy inaczej było to dość interesujące uczucie, zwłaszcza że płynąłem w masce do nurkowania i miałem dość czasu żeby poprzyglądać się głębi i popuścić wodze wyobraźni. (Miałam te same odczucia, o ile pływanie w turkusowych wodach rozświetlonych słońcem to czysta rozkosz, to zawsze gdy mam pod sobą mroczną toń, przypominam sobie jak bardzo moja wyobraźnia działa na autopilocie... Bardzo musiałam się starać żeby nie spanikować pośrodku tej przeprawy - Żywia)


Dość szybko okazało się, że faktycznie rafa jest tutaj znacznie bogatsza niż poprzednio przez nas widziane. Przede wszystkim koralowców było więcej i do tego były większe niż w innych miejscach, a przede wszystkim żywe! W Tajlandii oglądaliśmy głównie cmentarzyska koralowców, tutaj widzieliśmy podobne rozmiarami kolonie, tyle że żywe i w całkiem dobrej kondycji. Kolejną nowością były miękkie koralowce. Miękkie znaczy nie budujące wapiennych szkieletów. Żyły sobie całymi, czasami dość kolorowymi grupami, powiewając spokojnie w takt ruchów wody. Kolejną nowością były rozgwiazdy, znaczy się rozgwiazdę to ja już w życiu widziałem niejedną, ale pierwszy raz widziałem taką. której ramiona mają ponad 30 cm średnicy i intensywnie niebieski kolor. Zdecydowanie rzucały się w oczy, czasem przybierały dziwne pozy, wyginały się, zwisały ramionami z jakiegoś koralowca, albo były wciśnięte pomiędzy koralowce tak bardzo, że wydawało się jakby najpierw położyła się tam rozgwiazda, a one dopiero później ją obrosły. Oczywiście były też stada rybek we wszelkich kształtach, kolorach i rozmiarach możliwych do osiągnięcia w granicach pojęcia "ryba". Między innymi Żywii udało się wypatrzeć murenę, mi też udało się znaleźć ciekawą rybkę. Zachciało mi się sprawdzić co też ciekawego może znajdować się pod dość głęboko zanurzonym koralowcem, na moje oko 4-5 metrów pod powierzchnią. Jako, że szczególnie imponującą pojemnością płuc to ja nie grzeszę, zanurkowanie na tą głębokość stanowiło już pewne wyzwanie. No i umówmy się: nurkowanie w bardzo słonej wodzie też nie ułatwia zadania - Ż) Zaczerpnąłem głęboko powietrza, zwinąłem się w wodzie ustawiając głową pionowo do dołu i zacząłem machać płetwami. Do koralowca jakoś dotarłem i nawet zdążyłem zerknąć pod, ale niestety powietrze w płucach połączone z chęcią wymiany go na takie z tlenem szybko wypchnęły mnie na powierzchnię.


Zdążyłem tylko zauważyć coś dziwnego, jakby kawałek pręgowanego liliowca? Lub inne osiadłe zwierzę. No ale fragment zwierzątka, który dostrzegłem nie do końca mi do liliowca pasował, natomiast gdzieś z głębi umysłu wychynęło mi wspomnienie starego plakatu, który kiedyś wisiał mi na ścianie, Teraz to już musiałem koniecznie sprawdzić co tam jest naprawdę! Przy kolejnym podejściu trochę mocniej popracowałem pletwami, tak, że udało mi się zejść poniżej koralowca i zerknąć na niego od dołu. Gdyby nie maska to bym chyba krzyknął z radości. Jakieś pół metra od twarzy miałem żabi pysk spokojnie unoszącej się w wodzie skrzydlicy, wachlującej leniwie wodę swoimi promienistymi płetwami. Jako małolat sporo o tych rybkach czytałem i nawet miałem plakat takiej z czasopisma "Zwierzaki", wiedziałem, że rybki te są nie tylko piękne, ale i niebezpieczne, wiedziałem, że ich płetwy grzbietowe zaopatrzone są w gruczoły jadowe, które mogą paskudnie oparzyć albo i zabić, wiedziałem też, że te rybki preferują nocny tryb życia. Jadąc do Azji przemknęło mi przez głowę, że byłoby świetnie spotkać takie zwierzę, ale nawet przez chwilę nie dawałem sobie na to szans. Los okazał się jednak dla mnie łaskawszy niż się spodziewałem, a może to po prostu wrodzona ciekawość mi zaprocentowała? Tak czy inaczej czułem się jak bym wygrał na loterii. W prawdzie zdjęcia nie wyszły mi najlepiej, no ale nie można mieć wszystkiego.


Kilka minut później padła mi bateria. Niby mógłbym nurkować bez aparatu, ale jakoś wolałem z... Tak więc zebrałem się z powrotem na Sebesi po nowy akumulatorek i jakieś ciastka na przekąskę. Z Żywią wyszliśmy na brzeg wysepki, żeby sobie odpocząć przed ponownym nurkowaniem. Okazało się, że nie jesteśmy już tam sami. Na wysepkę przypłynęło kilku chłopców w dłubance, żeby poszukać sobie obiadu. Jedni rozpalili ognisko, inni brodzili po wodzie i usiłowali upolować jakieś jedzenie. My zajmowaliśmy się intensywnym leżakowaniem i nie zamierzaliśmy im przeszkadzać, chłopcy jednak zainteresowali się naszą obecnością i zaprosili nas do swojego ogniska. Oczywiście nie znali ani słowa po angielsku, a zaprosili nas gestami zapraszająco machając przy tym dłońmi i mówiąc ikan oraz pokazując na usta. Dla mnie to słówko mogło oznaczać równie dobrze poczęstunek co obietnicę noża pod żebrem, Żywia natomiast skojarzyła to słówko z niedawno przeglądanym jadłospisem. Tak czy inaczej chłopaki wyglądali przyjaźnie i żaden nie trzymał w dłoni noża mającego ochotę zapoznać się z moim żebrem, więc poszliśmy za nimi. Przy ogniu leżały liście bananowca, a na nich świeżo upieczone papu. Wszyscy przykucnęliśmy dookoła i rozpoczęliśmy skromną, ale nadzwyczaj smaczną ucztę z pieczonych rybek i morskich ślimaków podanych z własnej roboty sosem z limonki, papryki i czegoś tam jeszcze. Sos był ostry, ale smaczny, rybki były ościste, ale smaczne, a gest chłopaków był na prawdę świetny bez żadnego "ale". (Po pobycie w Malezji powoli zaczynałam już łapać pojedyncze słowa, bo język bahasa w swoich podstawach jest taki sam w obu krajach. Zresztą jeszcze przed wylotem zaczęłam kompletować najważniejsze słówka w mini słowniczku, a za takie uważam wszelkie związane z jedzeniem :) Chłopcy wołali do nas "ikan bakar" czyli pieczona ryba, uznałam, że to nie próba ubliżenia mojemu blademu cielsku smażącemu się na plaży, a zaproszenie ;) Co do samego jedzonka, to faktycznie był to jeden ze smaczniejszych posiłków w czasie naszej podróży: ryby i ślimaki, które dosłownie 10 minut wcześniej żyły sobie w morzu, upieczone krótko na ognisku ze świeżym i prostym sosem. A do tego przyprawione porcją ruchu i przebywania w rajskim otoczeniu. Jeżeli ktoś jest ciekaw sosu do ryby to służę:
- sok z limonki
- posiekana czerwona cebula
- świeże posiekane chilli
- odrobina oleju
- sól
Składniki wymieszać w przeciętej wzdłuż butelce po wodzie mineralnej :) 

Gdy już mieliśmy dość słonej wody i niedotlenienia, przepłynęliśmy z powrotem na większą wyspę i poszliśmy po nasze rzeczy zostawione na tym brzegu. Było wszystko (czyli kilka muszelek) poza butami Żywii. Znaleźliśmy tylko ślady bosych stóp zbliżające się do ławeczki, na której je zostawiliśmy i oddalające się od niej ślady japonek. Nie wiemy kto je zabrał, ani którym z kolei właścicielem tego obuwia został. Podejrzewamy, że te japonki przewędrowały w ten sposób już tysiące kilometrów i ze trzy kontynenty szukając sobie co jakiś czas nowego nosiciela. Wprawdzie nie mamy na to żadnych dowodów, ale kto by się takimi drobnostkami przejmował?

(Tak oto zostałam pozbawiona jedynych w życiu japonek, które były stworzone dla mojej stopy, do dziś nie mogę ich odżałować! Mam tylko nadzieję, że nadal mają się tak dobrze jak ze mną i przeżywają kolejne przygody, kto wie, może w tej chwili są już gdzieś w Australii albo nawet Ameryce Południowej?

Co do nurkowania po pysznym obiedzie z chłopcami, to muszę wręcz wspomnieć, że wysepka od strony otwartego morza rzuciła nam spore wyzwanie większymi falami oraz płycizną, na której ciężko się nurkowało. W pewnym momencie musieliśmy zrezygnować, a ostatecznie przekonała nas do tego mała szkaradnica, tak doskonale schowana wśród koralowców, że jedynie cudem nie wsadziliśmy w nią rąk próbując utrzymać się jako tako w wodzie, miotani falami. - Ż)










Tak wyglądają miękkie koralowce.




























A oto i sama skrzydlica, może i zdjęcie nie najlepsze, ale stwór jest wyraźnie widoczny :)










Oto i nasz obiad, na plaży.
Na tym zdjęciu jest ryba, nie wiem jakim cudem ją wypatrzyłem, ale mi się udało.









A tu pod kamieniem siedzi sobie homar, taki żywy, którego nikt nie próbuje zabrać i ugotować żywcem.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz