piątek, 12 lutego 2016

Droga ku Bali.

Po Merapi mieliśmy w planach dotrzeć pod wulkan Bromo, miejsce sławne i powszechnie znane. Trochę nam nie wyszło. Najpierw kupiliśmy sobie bilety (po 70 tys. rupii sztuka) do miejscowości Surabaya, bilety były drogawe, ale zawierały w sobie koszt obiadu przez co cena stała się dla nas bardziej strawna. W mieście widzieliśmy tylko dworzec wypełniony dziesiątkami autobusów i setkami naganiaczy. Ze wszystkich stron słyszeliśmy, że tu koniecznie trzeba wsiadać i to najlepsza cena, nie ma co szukać, bo nic tańszego nie znajdziemy, wsiadać trzeba już, teraz bo za chwilę odjedzie, kolejnego busu oczywiście już nie będzie. 

Ciężko nam było znaleźć w tym kociokwiku jakiś tani bus, choć wiedzieliśmy na pewno, że jeżdżą tutaj takie. W końcu ulitował się nad nami jakiś pracownik obsługi, podszedł do nas i zapytał gdzie chcemy jechać i czy interesuje nas lepszy standard, czy lepiej ekonomicznie. Oczywiście druga opcja interesowała nas od samego początku. Facet przeprowadził nas przez pół dworca odpędzając, a czasem wręcz odpychając od nas rozczarowanych utratą łatwego zarobku naganiaczy i zostawił przy prawidłowym busie z ceną 17 tys. za bilet. Około 20-tej wylądowaliśmy na dworcu w Probolinggo. Niby z miasta do wulkanu daleko już nie było, ale żadnych szans, żeby dotrzeć tam nocą też nie było. Na nocleg wybraliśmy niezbyt sympatyczny hotel w pobliżu dworca. Zobaczyliśmy go przez okno autobusu zbliżając się do końca trasy. Nie bardzo mieliśmy czas i ochotę szukać czegoś lepszego, a coś lepszego w tym wypadku mogłoby oznaczać na przykład dom po bombardowaniu albo hałdę kopalnianą. Cóż... Nie zawsze ma się szczęście, poza tym za 20 zł to chyba nie powinniśmy wiele wymagać? Narzekalibyśmy pewnie mniej, bo grzyb na ścianach był do przejścia, ale nieszczelne pomieszczenie ze stadkiem komarów na noc robiące nam za pokój to już była lekka przesada.
(O ile w czasie naszej podróży uodporniłam się także na przeróżne warunki sanitarne, to łazienka w tym przybytku sprawiła, że zajrzałam do niej i zaraz wyszłam... Dosłownie bałam się dotknąć czegokolwiek i opcja kąpieli w kałuży wydała mi się prawdziwym spa... - Żywia)

Następnego dnia, czyli 15 kwietnia radośnie wybiegliśmy z hotelu w poszukiwaniu busa mogącego dowieść nas do wioski Ngadisari, która niemalże sąsiaduje z Bromo. Busa znaleźliśmy, a jakże. Kłopot w tym, że był całkowicie pusty, a jego kierowca zamierzał ruszyć się z miejsca dopiero kiedy ludzie wypchają go po brzegi. Pełni wiary, że już wkrótce to nastąpi czekaliśmy w busie, obok busa, przed busem, za busem, ze względu na wzbierający upał nie czekaliśmy na busie. Po upływie niemalże trzech godzin nadal byliśmy w punkcie wyjścia, zmieniła się tylko temperatura otoczenia, natomiast zawartość busa nadal wynosiła sztuk dwie, obydwie z Polski. W tych warunkach trzeba było zdecydować co dalej, czekamy nadal bliżej nieokreśloną liczbę godzin czy mamy dość i decydujemy się na coś innego? Szczerze przyznam, że niezbyt skojarzyłem Bromo ze zdjęciami, które go przedstawiają, może mając przed oczami wygląd tego wulkanu i jego okolic bardziej by mi się chciało czekać? Dość to prawdopodobne, no ale nie poczekałem, Żywia też miała dość. Do tego wszystkiego doszły wizy, które miały się u nas już ku końcowi, więc trzeba je gdzieś przedłużyć. Zdecydowaliśmy, że wystarczy nam już Jawy i pora przeskoczyć na Bali. 

Na dworcu bez większego trudu znaleźliśmy autobus do Denpasar. Drogie bydlę, ponad 50 zł za osobę nas kosztował, ale w koszt był też wliczony bilet na prom i naprawdę spory kawał drogi, mimo to i tak za drogi, ale innego nie znaleźliśmy. (Bus był z rodzaju ekonomicznych, czyli w typie naszych najstarszych pekaesów, z siedzeniami tapicerowanymi sztuczną skórą klejącą się w upale do tyłka, obskrobanymi rurkami służącymi za wszelkie uchwyty i barierki bezpieczeństwa itd. Mądrzy poprzednimi wyprawami takimi pojazdami, od razu sadowiliśmy się z samego tyłu. Po pierwsze można dzięki temu mieć więcej miejsca na nogi, które u nas - tak, tak, nawet moje- były jednak dłuższe niż u lokalnych. Po drugie, za ostatnimi siedzeniami zazwyczaj był miejsce na większe bagaże, więc mogliśmy wrzucać tam i mieć na oku nasze plecaki, które do małych nie należały. - Żywia) Dzięki naszej, błyskotliwej decyzji spędziliśmy kolejny dzień (i noc) w autokarze. Wycieczkę urozmaicały nam co chwilę nowe grupki domorosłych artystów i sprzedawcy przekąsek, innych atrakcji nie odnotowałem. Przynajmniej dopóki nie wsiedliśmy na prom. Dyskoteki na promach przekraczające przynajmniej pięciokrotnie wszystkie dopuszczalne normy emisji hałasu i chłoszczące człowieka po uszach przebojami lokalnego disko to chyba tradycja w Indonezji, pewnie jakaś emanacja ukrytego masochizmu u odbiorców lub sadyzmu u didżeja. Tak czy inaczej nie było gdzie uciec przed tym strasznym hałasem, wręcz z ulgą wróciliśmy po tym wszystkim do autokaru. Po kolejnych kilku godzinach jazdy bus zatrzymał się na jakimś terminalu odległym o co najmniej 25 km od Denpasar i już. Dojechaliście, dobranoc. Wszyscy lokalni podróżnicy dość szybko zniknęli nam z oczu, widać wiedzieli gdzie wylądują i byli na to przygotowani, my nie byliśmy. No i co dalej? Środek nocy, my zmęczeni, a dookoła brak noclegowni. Znaleźliśmy pracownika terminalu, mieliśmy nadzieję, że nam coś doradzi, może jednak wskaże jakiś hotel ukryty za najbliższym wzgórzem? Niestety, jedyne co nam zaproponował to taksówka lub czekanie do rana. Taksówka raczej nie mieściła się nam w budżecie, trzeba było czekać, zapytaliśmy więc czy może jest tu jakieś miejsce w którym możemy spokojnie rozstawić namiot? W końcu lepsze to niż kwitnąć na ławce, poza tym po coś go ze sobą całą podróż targałem. Po konsultacjach z ochroną dworca dowiedzieliśmy się, że możemy rozbić namiot na trawniku koło terminali, tylko musimy się z rana stamtąd zwijać. Usłyszeliśmy też, że mamy na to oficjalną zgodę oficera, tak na wypadek gdyby się ktoś do nas chciał przyczepić. Trzeba przyznać, że spędziliśmy w dość oryginalny sposób naszą pierwszą noc na Bali.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz