piątek, 5 lutego 2016

Gunung Merapi - Góra Ognia.

Kolejnym etapem naszej wędrówki miał być wulkan Gunung Merapi, co w tłumaczeniu na ludzką mowę znaczy "Góra Ognia". Podkreślę tutaj, że nie mówimy o byle wulkaniku jakich pełno na Jawie. Mówimy o jednym z najaktywniejszych wulkanów w całej Indonezji i prawdopodobnie o wulkanie, który ma na koncie największą ilość wyemitowanego materiału piroklastycznego na świecie! Jak by ktoś wiedział, ale tak nie do końca to wyjaśnię, że materiałem piroklastycznym nazywa się w nauce okruchy (czasem rozmiarów sporej ciężarówki) materii wyrzucane podczas erupcji wulkanów. Chodzi głównie o lawę i pokruszone kawałki skał wynoszone w powietrze podczas wybuchów.

Tak więc planowaliśmy odwiedzić co najmniej interesującą górkę, w dodatku górkę wznoszącą się obecnie na około 2930 metrów ponad poziom morza i mającą na swoim koncie sporą ilość trupów ludzi, którym nie udało się nawiać przed tą czy inną, gwałtowną erupcją. Dla przykładu w 1930 roku około 1370 osób przestało cieszyć się pięknem krajobrazów na południowej półkuli, a właściwie to przestało się cieszyć czymkolwiek. Podobny los spotkał około 347 ludzi w 2010 roku. Przy okazji zniszczeniu uległo 5000 domostw, a uciekać musiało jakieś 350 000 mieszkańców okolic (będzie bardziej obrazowo jeśli napiszę "ćwierć miliona i jeszcze 100 tys"?). Oczywiście nie są to jedyne ofiary wulkanu jakie odnotowano w okolicy. Jeśli dodam tutaj, że to właśnie nadpobudliwość Merapi spowodowała pojawienie się Anak Krakatau (o tutaj o tym pisaliśmy) to chyba wystarczy już dowodów na niezwykłość naszego celu podróży? 

No właśnie podróż... Jakoś tak się przykro składa, że interesujące miejsca nie znajdują się zazwyczaj na 15 minut spacerkiem od hotelu. Najpierw trzeba dojechać w ich pobliże, a potem jeszcze przejść się spory kawałek. W wypadku Merapi też tak było. Niby wulkan znajduje się ledwo 30 km od Yogyakarty w linii prostej, ale wioska o nazwie Selo, z której wiedzie szlak na szczyt leży po jego przeciwnej stronie. Dotarcie do niej zajęło nam większą część dnia. Najpierw jechaliśmy z przesiadką do Baoyali (bilety - 19 tys. Rupii na osobę) leżącego na wschód od wulkanu i dopiero tam złapaliśmy busa, który miał nas dowieść już do celu. (Podróż rozklekotanym autobusem, przy którym nasze ogórki to szczyt nowoczesności i komfortu, była przeżyciem samym w sobie. W autobusach tego typu siedzi się po trzy osoby w rzędzie, fotele są wielkości dziecięcych mebelków, a pasażerowie targają ze sobą nie mniej niż my. Wszystko to trzeba upchnąć gdzieś w nogach lub na kolanach. Całość okraszona jest kłębami dymu z papierosów, które do woli można palić w środkach komunikacji międzymiastowej. Od czasu do czasu o stopy obija się turlająca się po podłodze butelka, rzucona jakby nigdy nic przez pasażera albo do buta wpada łupinka orzecha lub owocu - gdy chwilami w autobusie robi się pusto, bo pasażerowie wysiedli w większej miejscowości, wszelkie śmieci radośnie turlają się z jednej strony autobusu na drugą w rytm dziur na jezdni i zakrętów. - Żywia) Miał... Tyle, że jakoś nie dowiózł. 12 km przed Selo kierowca powiedział, że bus dalej nie jedzie i w ogóle żadne busy tam nie jeżdżą. Jak chcemy tam dojechać to musimy sobie wynająć motorki po 30 tys. na osobę. Odniosłem wrażenie, że ktoś nas tam próbuje zrobić w najdelikatniej mówiąc bambuko, mniej delikatnie nie będę się wyrażał, bo mogą to czytać nieletni. Szeroko uśmiechniętym na widok niemalże pewnych ofiar panom od motorków powiedzieliśmy, że potem do nich przyjdziemy, a sami wybraliśmy się w górę wioski, żeby poczekać na bus, który jednak jedzie wyżej i jego kierowca nie ma umowy z nieoficjalnym sektorem prywatnym. Sytuacja lekko nas zirytowała, deszcz, który zaczął padać jakoś nam humorów nie poprawił, brak jakiegokolwiek busa na horyzoncie tym bardziej. Znaleźliśmy sobie w miarę dogodny kawałek daszka, spod którego widać było drogę i dwie kobieciny z koszami. Usiedliśmy na plecakach i czekaliśmy sobie na cud. Cud okazał się pickupem z niebieską paką, który zatrzymał się przy kobietach, kierowca pomógł im się załadować na pakę i nas również tam zaprosił. Następne 30 minut spędziliśmy podziwiając pnącą się wciąż w górę, dziurawą drogę i dwie panie muzułmanki towarzyszące nam w podróży. Nie rozumiały ani słowa po angielsku, ale na dźwięk nazwy Merapi kiwały ze zrozumieniem głowami, usłyszały jeszcze określenie "Polandia", bo tak brzmi nazwa naszego, pięknego kraju w języku Bahasa i to była całość naszej konwersacji. Zresztą warunki pogodowe wcale jej nie sprzyjały.


Wysiedliśmy razem z kobietami w okolicach centrum wioski. Po około kilometrze marszu byliśmy już w hotelu (150 tys. rupii za dwupokojowe łóżko). Klucze do pokoju wręczył nam pan w średnim wieku ubrany w elegancką marynarkę i równie eleganckie spodnie od dresu. Rozmawialiśmy z nim chwilę o czekającej nas trasie i dzisiejszej przygodzie. On również twierdził, że publiczna komunikacja do Selo nie dociera, przy okazji usiłował nas naciągnąć na przewodnika. Grzecznie podziękowaliśmy za taką przyjemność wychodząc z założenia, że nie uda nam się zgubić po drodze na szczyt wulkanu w kształcie stożka.

Tak się sympatycznie złożyło, że początek szlaku na szczyt Merapi znajduje się na przeciwko hotelu, po drugiej stronie ulicy. Zebraliśmy się przed 6-tą rano zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy, znaczy żarcie, picie i ubrania, a następnie ruszyliśmy w drogę. Pierwsza część szlaku to zwykła asfaltówka nie dająca żadnej przyjemności z marszu, a właściwie to bardzo do marszu zniechęcająca. Na szczęście spory jej kawałek przejechaliśmy na pace kolejnego auta, które zatrzymało się nam bez machania, jakiś lokalny policjant wiózł dość liczną rodzinę w kierunku szlaku i nas też zabrał przy okazji. Dzięki temu panu oszczędziliśmy spory kawałek czasu i energii na dość ostre podejście, które zaczynało się za parkingiem. Jeszcze tylko pasażerowie auta zrobili sobie z nami zdjęcie i można było iść. Szlak na szczyt okazał się bardzo czytelny, dość szeroka ścieżka biegnąca pod górę pomiędzy drzewami i kamieniami nie dawała żadnych szans na jej przeoczenie. Pogoda nam sprzyjała, deszcz dziś nie padał, a widoczność była wprost niesamowita. Dzięki temu świetnie było widać inny, sąsiadujący z Merapi wulkan, wyższy bo wznoszący się na ponad 3100 m n.p.m., ale znacznie mniej aktywny. Merbabu, bo tak się nazywa, znaczy mniej więcej tyle co Góra Popiołów. Doszedłem do wniosku, że mieszkańcy rozłożonej pomiędzy obydwoma górami wioski Selo muszą być bardzo odważnymi ludźmi, skoro postanowili zamieszkać pomiędzy Górą Ognia i Górą Popiołów. A tak poważnie, to  zbocza wulkanów oferują całkiem żyzną glebę dając mieszkańcom pracę na roli. Świadczyły o tym setki poletek wspinających się tarasowo po ich zboczach.
Merbabu to nie był oczywiście jedyny stożek stratowulkanu na horyzoncie, był po prostu najbliższy. Poza nim jeszcze kilka tego typu gór wznosiło się ku niebu jasno dając do zrozumienia, że określenie pacyficzny pierścień wulkaniczny, na którym leży Jawa nie wziął się znikąd.


Wędrówka okazała się dla mnie dość męcząca, chyba jeszcze nie odzyskałem całkowicie sił po chorobie, bo męczyłem się strasznie, na szczęście ciekawość świata jak zwykle wygrała u mnie ze słabościami ciała. (Ja z kolei nie mogłam się sobie nadziwić, bo zawsze zostaję daleko w tyle na szlaku i moja kondycja woła o pomstę do nieba, a tym razem prułam na szlaku zupełnie nie czując zmęczenia i zadyszki nawet, skakałam sobie niemal jak koziczka - to tak czuje się Mojmir jak chodzi po górach? Wow! Nie wiem co spowodowało tak dobry nastrój i warunki, ale nie powtórzyły się one już nigdy potem ;) - Żywia) Po jakimś czasie skończył się lasek, którym szliśmy do tej pory i zaczął się otwarty teren, na wypłaszczeniu terenu znaleźliśmy kilka namiotów, ich właściciele uznali, że nie ma się co przemęczać i zdobywali Merapi na raty. Cóż... Wolno im. My nadal parliśmy do przodu, ostatnia część trasy miała już, jak to na wulkanie, czysto wulkaniczny charakter. Wspinaliśmy się po skałkach, zapadaliśmy się powyżej kostek w pyle wulkanicznym i z drobnymi przerwami parliśmy naprzód. Pogoda przestała nam dopisywać, zachmurzyło się, trochę popadało, trochę więcej powiało i zrobiło się chłodno, mimo to nadal dało się wytrzymać w nie najcieplejszych przecież ciuchach jakie przywieźliśmy ze sobą. O ile zdążyliśmy się zorientować wszyscy turyści szturmują szczyt nad ranem, żeby obejrzeć z niego wschód słońca, dzięki temu około 10-tej rano, kiedy my tam dotarliśmy było całkowicie pusto. Byliśmy tylko my dwoje i kawał potężnego krateru z wielką wyrwą po przeciwnej stronie. Pewnie stworzoną przypadkiem przez naturę przy okazji którejś z erupcji. Dno krateru spowite w opary siarkowodoru znajdowało się spory kawałek od jego krawędzi, w dodatku było do niego całkiem stromo, tak prawie pionowo. Nigdzie się nam specjalnie nie śpieszyło więc na szczycie spędziliśmy sobie przynajmniej pół godzinki włażąc na wszystko co się tylko da lub odpoczywając z ciastkiem w ręku w coraz bardziej gęstniejącej mgle.

W końcu trzeba się było zbierać z powrotem, wybraliśmy na to całkiem dobry moment, bo od dołu słychać już było pojedyncze glosy turystów, pewnie pobudzili się w namiotach i w końcu ruszyli na ostatni etap wspinaczki. Schodzenie po wulkanicznym pyle okazało się całkiem zabawne, choć nie należało do najprzyjemniejszych. Żwirek wpadający do obuwia i gęsta mgła dająca widoczność na jakieś 15 metrów mocno się o to postarały. Po minięciu pyłów wulkanicznych poszło już sprawnie i dość szybko zbliżyliśmy się do lasu porastającego niższe partie góry.


Jako, że jesteśmy dziwnymi ludźmi, raził nas po drodze plastikowy syf leżący na ziemi. Mieliśmy sporo czasu więc postanowiliśmy choć trochę tego zebrać. Między innymi posprzątaliśmy śmieci wokół jednej z zadaszonych platform po drodze. Takich do schowania się przed deszczem i ewentualnego noclegu. Było przy niej kilku Indonezyjczyków, pokazywali nas sobie jak jakichś wariatów i obawiam się, że mieli sporo racji. Pewnie zaraz po naszym odejściu w miejsce posprzątanych butelek i foliowych torebek wyrzucili nowe.
(Owi chłopcy mieli po kilkanaście lat i wyglądało na to, że należą do jakiejś grupy skautów lub są na szkolnej wycieczce - mieli na ubraniach jednolite znaczki i naszywki. Cóż, jeżeli byli skautami, to kiepsko ich szkolono w zakresie przyrody. Faktycznie patrzyli na nasze poczynania jak na najazd kosmitów. Co jeszcze bardziej mnie wkurzyło, jak zorientowali się, że kończymy sprzątać wokół platformy, ochoczo zmienili miejsce odpoczynku i zajęli, a jakże, tą wysprzątaną przez nas. Edukacja leży i kwiczy. - Żywia)

Do hotelu wróciliśmy około 13-tej. Trzeba się było przepakować i jeszcze dzisiaj wydostać z Selo, Właściciel hotelu dla odmiany twierdził, że jakieś busy stąd jeżdżą, ludzie, których pytaliśmy twierdzili to samo. Więc trzeba czekać, znaleźliśmy sobie wygodny kawałek chodnika przy jezdni i spędziliśmy na nim z półtorej godziny, niestety nawet pół busa nie zawitało do wioski w tym czasie. Spróbowaliśmy więc łapać stopa. Po kilku nieudanych próbach zatrzymała nam się dość młoda rodzinka zapraszając nas do auta. Chcieliśmy się z nimi po prostu dostać nieco niżej do wiosek, z których na pewno jeżdżą busy, zabrali nas aż do samego Solo. Kiepsko radzili sobie z angielskim, ale byli bardzo sympatyczni i przyjaźnie nastawieni. Po drodze zostaliśmy poczęstowani kilkoma lokalnymi specjałami okraszonymi wyjaśnieniem, co właściwie jemy. (Były to specjały oczywiście ryżowe: słodki ryż o smaku przypominającym krówki oraz danie ryżowe z kokosem i pikantną posypką. My mogliśmy się zrewanżować jedynie batonikami podarowanymi dwóm córeczkom naszego kierowcy. - Żywia) Kierowca zatrzymał się przy sklepie i kupił nam po butelce wody i pytał czy nic więcej nam nie potrzeba. Właściwie to i wody nie potrzebowaliśmy, ale nie wypadało się wymawiać. W ogóle szczera i bezinteresowna gościnność tych ludzi była dla mnie wręcz krępująca. Kierowca poprosił, żeby podać mu nazwę hotelu, w którym będziemy nocować to podrzuci nas pod niego. Absolutnie nie chciał słyszeć o tym, żeby zostawić nas po prostu gdzieś w pobliżu centrum. Żywia pokazała mu nazwę jakiegoś hotelu w przewodniku, facet przynajmniej trzykrotnie zatrzymywał się w mieście, żeby zapytać przechodniów i zrobił kilka sporych kółek autem, żeby dostarczyć nas pod wskazany adres. Podobno ciężko w Indonezji o stopa, a nam się udało w ciągu dwóch dni złapać podwózkę trzykrotnie z czego dwa razy nawet o nią nie prosząc. Hotel który zalosowaliśmy ze starego przewodnika kupionego za grosze w Tajlandii okazał się być nieco za drogi jak na nasze zdolności finansowe, na szczęście ktoś z pracowników zaprowadził nas do innego budynku, w którym znajdowała się stara część przybytku. Spędziliśmy tam sympatyczną nockę za 60 tys. Rupii. Rozochoceni dzisiejszym dniem postanowiliśmy w następnej kolejności odwiedzić wulkan Bromo we wschodniej części wyspy. O tym co nam z tego wyszło przeczytacie w kolejnej części naszych przygód.











































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz