czwartek, 24 listopada 2016

Wyspa Komodo czyli Światosław w krainie smoków.

Pulau Komodo!!! Kraina smoków, waranów się znaczy, największych jaszczurów chodzących po Ziemi! Na chwilę obecną oczywiście. Wyspa ogromna nie jest, ma jakieś 330 kilometrów kwadratowych powierzchni i dość górzystą powierzchnię, w większości porosłą trawami, które zastąpiły pierwotny dla tego terenu las równikowy, znaczy lasu tez jeszcze trochę zostało, ale jego skupiska są w mniejszości. Wyspa charakteryzuje się bardzo rozwiniętą i nieregularną linią brzegową, do tego jej nazwa jest znana na całym świecie, tylko mało kto by potrafił wskazać jej lokalizacje na mapie. 

Nawet jeśli Komodo nie jest ogromna, to biegające po jej powierzchni jaszczurki już do takich można swobodnie zaliczyć. Oczywiście biorąc pod uwagę czasy i warunki, w których żyjemy, jeszcze kilkanaście tysięcy lat temu uchodziłyby raczej za skromnych rozmiarów zwierzątka, jednak niestety czasy, w których przedstawiciele megafauny wędrowali po Ziemi bezpowrotnie minęły i trzeba się cieszyć tym co zostało. A tu w okolicy zostało trochę endemicznych jaszczurek z gatunku Varanus komodoensis. Dodajmy, że całkiem wyrośniętych jaszczurek, przeciętnie rośnie taka do 2,5 - 3 metrów długości, ale 3,5 metra też się może zdarzyć. Waga tych uroczych zwierzątek dobija do 90 kg, a to też niemało. Dodajmy do tego jadowitą ślinę, mięso lub padlinożerną dietę oraz prędkość w porywach sięgającą 20 km na godzinę i już mamy obraz stworów jakie chcieliśmy na własne oczy zobaczyć, bo dotknąć to już nie bardzo. 
W okolicach Komodo pojawilismy się o świcie, nasz statek dzielnie ciął niewielkie fale, a my mieliśmy przyjemność obserwować wschód słońca z jego pokładu. Wszyscy pasażerowie statku założyli czerwone koszulki rozdane przez organizatorów i byliśmy już gotowi na zwiedzanie wyspy. No, może nie do końca, trzeba było uiścić jeszcze dodatkowe opłaty za możliwość wykonywania zdjęć na wyspie (50 tys. rupii) i za nurkowanie przy Różowej Plaży (jeszcze 60 tys. rupii). Statek przybił do przystani w pobliżu siedziby parku narodowego i zostaliśmy poprowadzeni pod kwaterę główną, gdzie dostaliśmy przewodników. Każda piątka zwiedzających, a wyszło 5 grup, dostała jednego przewodnika uzbrojonego w rozwidlony patyk i można było ruszyć na szlak. W ogóle mi się to nie podobało, za dużo ludzi, za wielki hałas, za głośne rozmowy....



Ja tam dotarłem, żeby warana zobaczyć, a nie słuchać debilnych pogawędek. Szliśmy po dość suchym i niezbyt gęstym lesie, nasza grupa podążała jako druga. Widzieliśmy jakieś jelenie i dzikie świniaki, przewodnik pokazał nam węża siedzącego w szczelinie kory jakiegoś drzewa, ale warany na horyzoncie się nie pokazały. Podobno największą szansę aby je spotkać mieliśmy przy wodopoju, no ale oczywiście, żadnego tam nie było, zobaczyliśmy natomiast norkę, w której jakaś gadzina spędziła sobie noc. Fajnie, ale mało, na nieco więcej liczyłem. Nieco za wodopojem, z przodu zrobił się lekki szum, podobno pierwsza grupa zobaczyła jakiegoś jaszczura, ale zanim dotarliśmy do nich, tamten dawno znikł w krzakach. Ech.... Teraz mi się wycieczka podobała jeszcze mniej niż na początku. W końcu opuściliśmy las i wyszliśmy na otwartą przestrzeń porosłą głównie trawą i niskimi krzakami, Można było stąd podziwiać panoramę wyspy i nabawić się udaru słonecznego, ale niewiele więcej. Mieliśmy jeszcze podejść na jakieś zalesione wzgórze, stała na nim grupka ludzi z przewodnikiem i sprzętem filmowym, takim profesjonalnym. Podeszliśmy bliżej zastanawiając się czemu oni tu sterczą, rozejrzałem się dość dokładnie, ale warana nieszczególnie było widać, może ma się tu jakiś pojawić? Wyleźć z jakiejś nory albo co? W końcu ktoś krzyknął "akcja", (oczywiście nie zrobił tego po polsku) i kamerzysta skierował swój sprzęt elektroniczny w kierunku pobliskiej kłody. Zerkałem na nią wcześniej, faktycznie jakaś dziwna była, ale z pewnej odległości wyglądała jak... No jak kłoda właśnie. Z nieco bliższa i po dokładniejszym przyjrzeniu się wyszło, że kłoda ma łuski, 4 pazurzaste łapy i pysk pełen ostrych zębów. Jednak jest!!! Waran, prawdziwy, dziki smok z Komodo na 10 metrów ode mnie. Kiedy panowie skończyli kręcić, tak z 5 metrów przed waranem stanął strażnik, aby wyznaczyć minimalną odległość na jaką można się zbliżyć i pozwolił robić zdjęcia. Waran uznał, że ma głęboko w poważaniu turystów i nadal leżał nomen-omen jak kłoda nie ruszając się z miejsca.



Każdy mógł mu się dokładnie przyjrzeć i uwiecznić, praktycznie każdy z nami włącznie wykonał obydwie te czynności. Strażnik wyjaśnił nam, że widzimy młodego, może dziesięcioletniego i niezbyt wielkiego osobnika. Ten niezbyt wielki zdawał mi się dostatecznie wielki, żeby nie prowokować go do zabawy w ganianego, a przynajmniej nie ze mną. Z bliższej odległości widać było już szczegóły anatomii naszego zwierza, silne łapy, kawał bocznie spłaszczonego ogona i od czasu do czasu rozdwojony język wychylający mu się z pyska. Po dość dokładnych oględzinach ruszyliśmy w drogę powrotną do siedziby parku. Cały spacer nie trwał dłużej niż godzinę i raczej nie należał do nazbyt interesujących. Zarówno wyznaczona ścieżka, tłok na wycieczce jak i niekomunikujący się po angielsku strażnik nie wyryli mi się jakoś szczególnie pozytywne we wspomnieniach. Na szczęście Kłoda pod koniec szlaku uratowała sytuację. Teraz mieliśmy iść do kuchni, tyle, że nie kuchni dla ludzi, a kuchni dla waranów.  Podobno jedna-dwie wycieczki na dziesięć mają szczęście zobaczyć warana w naturze, te które nie zobaczą bywają zapewne mocno podminowane faktem takiego niepowodzenia, żeby jakoś uratować sytuację i im również zaprezentować te niesamowite jaszczury na żywo, strażnicy parku wykładają mięcho w pobliżu jego siedziby, które przyciąga co leniwsze stwory. Jak się okazało "kuchnia" umiejscowiona była dość blisko głównej siedziby pomiędzy jakimiś bungalowami. Zgodnie z zapowiedziami przewodników były tu warany, ogromne bestie wylegujące się na piachu lub przechadzające się powolnym krokiem.



Te osobniki już nie były młode, ich rozmiary jasno na to wskazywały. Pokryte szarą łuską jaszczury ze stróżkami śliny ściekającymi z pysków i raz po raz pojawiającymi się różowymi, rozdwojonymi językami budziły respekt, choć wcale nie wydawały się agresywne. W zasadzie to niby czemu by miały takie być? Nie dość, że nażarte łatwo zdobytym mięchem to jeszcze przyzwyczajone do widoku ludzi nieszczególnie przejmowały się pstrykającymi zdjęcia turystami. Ruchliwiej się zrobiło, gdy strażnicy przynieśli mięso. Leniwe do tej pory zwierzaki nagle zyskały na mobilności, mięso było przywiązane do długiej liny i opuszczane waranom tak, żeby strażnicy stali daleko od niego, w końcu warany nie kłopotałyby się czy to mięso, które krzyczy też jest dla nich, czy jednak jeść tylko to które się nie rusza. Interesująco się zrobiło gdy strażnik wciągnął kawałek mięsa na drzewo. Okazało się, że wspiąć się na nie to z takim cielskiem lekki kłopot, ale stanąć w pozycji pionowej, żeby się do jadła dostać to już dla jaszczurki osiągalna sprawa. Stało się jasne, że uciekać na drzewo przed waranem można, byleby uciekać wysoko.
Gdy już nacieszyliśmy oczy widokiem tych potężnych stworzeń trzeba było zawrócić na łódkę i wyruszyć w dalszą drogę. Czekało nas jeszcze dzisiaj nurkowanie przy Różowej Plaży, ale o tym opowiem w kolejnym wpisie, a będzie o czym opowiadać...
















































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz