poniedziałek, 12 grudnia 2016

Chalets de Varan czyli niskopienne Alpy zimą.

Wylądowałem po raz kolejny we Francji, znów w okolicach Chamonix, a konkretniej w miejscowości Passy. Wiocha jakich tu pełno, nic w niej ciekawego, natomiast za nią wznosi się całkiem pokaźna góra. Trzeba było w końcu sprawdzić, co tam ciekawego można zobaczyć.

Tak się przykro złożyło, że akurat tego fragmentu okolic nie miałem na mapie, producenci wpadli na pomysł, żeby okolice Chamonix rozbić na trzy różne mapy, każda po kilkanaście euro.... No nic, jakoś sobie z tym poradzimy, pogrzebałem trochę w internecie, znalazłem dość ogólnikową, ale jednak mapkę z zaznaczonym szlakiem i jakimiś schroniskami wokół góry. Pozostało się tylko spakować i doczekać do niedzieli, jedynego, wolnego dnia w tygodniu. Już wcześniej znalazłem jakiś szlak zaczynający się pod kościołem na pagórku ponad miejscem zakwaterowania, teraz trzeba się było z nim dokładniej zapoznać. Trochę śniegu spadło w okolicach, więc musiałem się stosownie na takie warunki przygotować. W plecaku wylądował termos z gorącą herbatą, ciepłe ciuchy i alumata pod tyłek na postojach, do tego jeszcze dorzuciłem raki i czekan na wszelki wypadek i już czułem się gotowy, żeby ruszyć w drogę. Tak wyekwipowany ruszyłem z rana w drogę, pierwszy etap drogi wiódł mnie po prostu po jezdni do kościoła. Trochę się zdziwiłem, że "najwierniejsza córa kościoła" dysponuje jeszcze otwartymi przybytkami tego typu. Robespierre czułby się bardzo rozczarowany. Kościół zwiedziłem dość pobieżnie, bardziej mnie zainteresowała pobliska toaleta miejska. Okazało się, że lekko przesadziłem z ocieplaczami i należało się tego jak najszybciej pozbyć. Na szlak zaczynający się (przynajmniej dla mnie) kilkadziesiąt metrów dalej wstąpiłem ubrany już stosowniej do panującej wokół temperatury. Kilkadziesiąt metrów od kościoła znalazłem jakimś cudem otwarty sklepik, dzięki czemu nie byłem już bez mapy, jakoś zawsze wolę mieć taki kawałek zakreskowanego papieru w kieszeni. Jak się okazało, szlaków było tu całkiem sporo, rozbiegały się by zejść się gdzieś wyżej, pokrywały dość gęstą siatką spory kawał terenu. Cały czas podążałem w górę mocno zurbanizowanego zbocza stanowiącego podstawę Aiguille de Varan wznoszącej się na 2544 m n.p.m. Jak na Polskę to szczyt wyższy niż Rysy, tutaj w Alpach górka jedna z wielu.


Szlaki we Francji wydają mi się całkiem dobrze oznaczone i bez większych kłopotów kierowałem się przydrożnymi tabliczkami na schronisko Chalets de Varan. Ze zbocza, na które usiłowałem się wtoczyć, miałem świetny widok na dolinę i masyw Mont Blanc wraz z otaczającymi go górami, widok wart ujrzenia i szczegółowego zapamiętania. Znaczy czasem miałem, bo przez większość czasu panoramę zasłaniały domy i tylko czasem zdarzał się skrawek łąki, z którego można było podziwiać okolicę. Szlak biegł mi po ścieżkach wijących się pomiędzy domami, czasem tylko przecinając jezdnię, miałem więc okazję przyjrzeć się okolicznej architekturze. Nie powalała, owszem sporo budynków wykonanych zostało z umiłowanego przeze mnie drewna jednak to była ich główna i zazwyczaj jedyna zaleta. W końcu dotarłem  do punktu noszącego nazwę Bay lub Le Parchet na wysokości 1044 m.n.p.m. Wiem, bo ustawiono tam tablice z tą informacją i nazwami okolicznych gór, poza tym był jeszcze parking i stolik z ławkami. Da się tutaj podjechać dowolnym transportem kołowym, gdybym takim dysponował, to bym sobie oszczędził ze dwie godziny średnio interesującego marszu. Dopiero przy Bay kończą się zabudowania i szlak zaczyna biec gruntową, leśną drogą. Ten fragment jest już dużo ciekawszy, czasem pomiędzy drzewami pojawiają się sympatyczne skałki, czasem głazy mocno przypominające mi te, które oglądałem w Szwecji (link). Gdzieś w połowie drogi trafiłem na większy kawałek, bardzo kolorowych skał, które zyskały sobie swoje barwy w sposób daleki od naturalnego. Komuś się chciało przytachać tu farbę i poprawiać naturę. W innym miejscu uznałbym to za wandalizm, ale w Alpach skał jest co najmniej dużo, więc wysmarowanie farbą tych kilku fragmentów mogę uznać za dopuszczalne, zwłaszcza, że nawet ciekawie to wyszło. Na tej wysokości leżało już trochę śniegu, ale nadal były to ilości raczej śladowe, ale z każdym krokiem w górę go przybywało. Gdy w końcu dotarłem do schroniska Chalets de Varan, śniegu było już sporo i miejscami sięgał za kolano. Samo schronisko zdawało się zamknięte, choć nie brakowało przy nim ludzi, pogoda bardzo dopisywała i nie ja jedyny z niej korzystałem. W zasadzie to poza dotarciem tutaj, nie miałem skonkretyzowanych planów, doszedłem do wniosku, że je sobie uściślę za chwilkę, ale najpierw spożyję posiłek w plenerze. Gorąca herbatka z termosu, konserwa i widok na Mount Blanc, czegóż chcieć więcej od niedzielnego obiadu?


Zjadłem, to teraz trzeba było pomyśleć co dalej, według mapy mogłem sobie pójść na wschód w kierunku Refuge de Plate, kierunek wydawał mi się bardzo interesujący, kłopot tylko w tym, że szlak zdawał się mocno nieuczęszczany... Tuż przy wejściu na niego znalazłem tabliczkę z napisem "bla bla bla dangereux" to słówko dziwnie mi się skojarzyło z angielskim "danger", jakieś dwa kroki dalej kiedy już leżałem na ziemi, uznałem, że skojarzenie było bardzo słuszne. Szlak był stromy, wąski i wilgotny, śniegu miejscami było niewiele i wystawała spod niego mokra trawa, w innych miejscach przez które wyraźnie przeszły lawiny było go już całkiem sporo. W lato szło by się nim całkiem przyjemnie, ale w połowie listopada trzeba już było przedsięwziąć pewne środki ostrożności czyli założyć raki i wyciągnąć czekan. Następne cztery kroki przekonały mnie o słuszności moich posunięć. a kolejne dziesięć zaczęło podpowiadać, że nawet w rakach tutaj nie przelezę. Znaczy może by się udało tego dokonać i zachować bieżący stan zdrowia, ale do planowanego schroniska przed wieczorem bym nie dotarł. Dla pewności przeszedłem z 200 metrów, z nadzieją, że może potem będzie lepiej. Było gorzej. Mocno zasmucony uznałem, że trzeba wracać. Żeby choć trochę urozmaicić sobie powrót postanowiłem wyleźć na pagórek wznoszący się nad schroniskiem i potem zejść z niego z drugiej strony. W gorę szło się całkiem fajnie posiłkując się czekanem, na górze się fajnie jadło czekoladę podziwiając panoramę, schodziło się już mniej fajnie. Znaczy jakoś mi to szło, ale w pewnym momencie wyłożyłem się jak długi i zacząłem zjeżdżać na tyłku, w prawdzie miałem w dół nie więcej niż 100 metrów zakończone zaspą, ale i tak nie miałem ochoty skracać sobie w ten sposób drogi. Całkiem sprawnie udało mi się przewrócić na brzuch i wyhamować czekanem. Wszystko trwało dosłownie chwilę i zanim się zdążyłem na dobre zorientować co się dzieje już hamowałem. To był mój pierwszy raz kiedy naprawdę musiałem użyć czekana w takiej sytuacji i zrobiłem to odruchowo. Nie ukrywajmy, byłem z siebie dumny i dzięki temu nieistotnemu epizodowi moja wiara w przetrwanie na górskich szlakach zimą mocno wzrosła. Poza tym okazało się, że nie targałem go ze sobą niepotrzebnie. Dotarłem jakoś do schroniska i w zasadzie nie zostało mi nic innego jak wracać do mieszkania, troszkę sobie zmieniłem powrotną trasę, ale nie trafiłem po drodze na żadne atrakcje warte wzmianki.
Spacerek miałem ledwo kilkugodzinny i żadnych szczytów mi się zdobyć nie udało, ale i tak spędziłem sobie miło i męcząco ładny dzień. który się aż prosił o wyprawę i nie wypadało mu odmówić.




























































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz