poniedziałek, 4 stycznia 2016

Melaka - miasto neonowych riksz cz II.

Pobyt w Melace traktowaliśmy rekreacyjnie, chcieliśmy w końcu porządnie wypocząć i przygotować się do dalszej części podróży, czyli zwiedzania Singapuru i znacznie ciekawszej z naszego punktu widzenia Indonezji. Wstaliśmy sobie późno i bez pośpiechu przeszliśmy do pobliskiej jadłodajni prowadzonej przez Hindusów. Trzeba przyznać, że ta nacja (jeśli można używać tego określenia do bardziej cywilizacji niż narodu jaką tworzą mieszkańcy subkontynentu indyjskiego i okolic) ma naprawdę dobre jedzenie. Po śniadaniu wybraliśmy się do recepcji na ledwo działający internet, żeby się zorientować w jaki sposób możemy dotrzeć do Indonezji. Pierwotnie mieliśmy zamiar skorzystać z promu, niestety ta forma podróży okazała się droższa i znacznie trudniej dostępna niż zwyczajny samolot z Singapuru do Dżakarty. Doszliśmy przy okazji do wniosku, że miesiąc w tym kraju to będzie dla nas odrobinę za mało. Żywia kupiła nam jeszcze bilety autobusowe na przekroczenie granicy pomiędzy Indonezją, a Malezją na Borneo. Potrzebowaliśmy dowodu, że mamy czym opuścić Indonezję na wypadek żądania pograniczników. Bilety kosztowały grosze więc można było spokojnie je sobie kupić dla spokoju ducha i nie mieć parcia na ich wykorzystanie.

Gdy już załatwiliśmy swoje  potrzeby internetowe przyszła kolej na spacer po mieście. Tym razem postanowiliśmy pozwiedzać lokalne muzea, pierwsze na liście było muzeum morskie umieszczone w atrapie galeonu. Wewnątrz było trochę map, trochę woskowych figur i niewiele więcej, druga część muzeum mieściła się w pobliskim budynku, tam ekspozycja zwierała trochę sprzętu marynarskiego, jakieś mundury majtków i sporo innych, bardzo nieciekawych przedmiotów. Jedno z najnudniejszych muzeów jakie miałem okazję oglądać. Następnie odwiedziliśmy Muzeum Islamu, to było już przyjemniejsze dla oka, choć obfitością eksponatów nie porażało. Najciekawsze z całego zbioru były obrazy przedstawiające kary za złamanie praw Islamu. Ukamienowanie, obcięcie ręki, wkładanie dłoni we wrzący olej i inne budujące metody wymierzania sprawiedliwości. Następnie ruszyliśmy na zwiedzanie uliczek starego miasta błąkając się pomiędzy Chińczykami po chińskich świątyniach i chińskich sklepach. W Melace mieszka dużo Chińczyków, właściwie to bardzo dużo.

Przy okazji zwiedzania wstąpiliśmy tez na lody, wyglądały dość dziwnie, bo miska sorbetu ze słodką fasolą i dziwną polewą nie jest tym do czego przywykliśmy pod tym mianem. Warto było tam zajść choćby dlatego, że możemy się teraz pochwalić konsumpcją takich lodów. Innych zalet, na przykład smakowych nie odnotowaliśmy.

Nazajutrz postanowiliśmy dla odmiany zobaczyć chiński cmentarz położony na wzgórzu za miastem, pierwszy raz trafiliśmy w takie miejsce, na starcie dało się odczuć jak głębokie różnice kulturowe dzielą Chińczyków od nas. Grobowce miały zupełnie inny kształt niż nasze, były zbudowane na planie elipsy lub koła, wbudowane w zboczach wzgórza. Większość grobowców była stara i niezbyt zadbana, inne świeciły nowością i były raczej często odwiedzane. Na niektórych widzieliśmy kartki  z całkowicie dla nas niezrozumiałymi napisami przyciśnięte kamykami do trawy. Bardzo bym chciał wiedzieć jaką miały treść i dlaczego były umieszczone tak, a nie inaczej, niestety nie było kogo zapytać :(


Nagrobki nie były jedyną atrakcją tego wzgórza, sporo zwierząt uznało, że nasłoneczniony i spokojny pagórek nada im się na dom, przede wszystkim nie brakowało różnych gatunków ptaków. Ptaszydła chętnie się pokazywały, ale na krótko, kiedy tylko podnosiłem w ich kierunku aparat one już znikały gdzieś w gałęziach drzew lub w oddali. Spotkaliśmy też małego warana, zdrowo się zdziwiłem kiedy zaczął wspinać się po pionowym pniu drzewa, a całkowicie mnie zatkało kiedy przeskoczył z niego na gałąź.

Wieczorem znowu zajrzeliśmy do hinduskiej restauracji polecanej przez Alana, podejrzewam, że miał z nimi układ o naganianie klientów, ale trzeba mu przyznać, że naganiał do bardzo dobrego lokalu. Zjedliśmy sobie porządną kolację na liściach bananowca, my jedliśmy sztućcami, ludzie obok zazwyczaj korzystali po prostu z prawej dłoni, brali w nią trochę ryżu, a potem moczyli go w sosie. Muszę przyznać, że nie wyglądało to nazbyt estetycznie. Wieczorem spakowaliśmy się, pogadali jeszcze z Alanem oraz gośćmi hostelu i byliśmy już gotowi do opuszczenia nazajutrz gościnnej Malezji żeby ruszyć na podbój Singapuru.











W tym oto budynku znajduje się muzeum morskie.


Wnętrze Muzeum Islamu
Przedstawienia kar, które grożą za złamanie praw Islamu.


Kadzidełka w jednym ze sklepów.
Talent malarski nie został dany każdemu...
Podstawowym obuwiem w stronach które zwiedzaliśmy były japonki, dostępne we wszelkich kolorach wzorach i rozmiarach. 

Leniwy kot w ruinach katolickiego kościoła.




Lody... bleeee :/






Typowy dla chińskiego cmentarza nagrobek.




Waran biegający po drzewie, widok jakiego się nie spodziewałem.






















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz