wtorek, 19 stycznia 2016

Yogyakarta cz I - czyli redakcja na chorobowym.

Ze względu na kłopoty z biletami postanowiliśmy zostać w naszym hotelu jeszcze jedną dobę i spędzić ją na obijaniu się pomieszanym z wypoczynkiem. Żeby się z Pangandaran wydostać, zamówiliśmy na kolejny dzień, czyli 8 kwietnia, miejsca w busiku (150 tys. Rp/osoba) za pośrednictwem naszej noclegowni, a następnie zaczęliśmy postępować zgodnie z wcześniej wymienionym planem. Wszystko było caca do pewnego momentu, zaczęło się wieczorem.


Wybraliśmy się kupić sobie coś do picia, herbatkę na wieczór. Smakowała całkiem dobrze, niestety nie tylko nam. Jakoś tak się złożyło, że w herbacie Żywii rozsmakował się też wodny żuczek, który radośnie sobie w niej pływał. Zauważyliśmy go gdzieś tak przy połowie szklanki. Machał sobie  jak żaba tylnymi łapkami robiąc śliczne piruety w herbacie. Tu naszła nas refleksja tycząca się sposobu przyrządzania owego napoju. Wychodzi na to, że esencja herbaciana została wlana do zwykłej kranówy, bo przecież gotowania wody by taki sześcionogi stwór nie przeżył. Sumienie nie pozwoliło nam dopić tej herbaty, bo przecież nie o zdrowie, tylko o przestrzeń życiową dla żuczka nam chodziło gdy odsuwaliśmy szklankę. Jakoś straciliśmy też ochotę na zamawianie w tym barze obiadu.

Przeszliśmy do kolejnej jadłodajni i tam zamówiliśmy sobie kolację, ryż z czymś tam, w Azji zawsze się zamawiało ryż z czymś tam, i nie bardzo było można od tego uciec. (Można było czasem poszaleć i zamówić makaron z czymś tam - Żywia) Bar był dość swojski, w zasadzie to wyglądał jak wnętrze mieszkania z kilkoma stolikami rozkładanymi na czas otwarcia, do tego w kącie stał wrzeszczący telewizor, przed którym biegały wrzeszczące dzieciaki właścicielki. Ogólnie to był całkiem fajny, niestety jedzenie w nim okazało się mniej fajne. Jakoś średnio mi smakowało, no ale zostawić nie wypadało. Jak to zazwyczaj z nami bywało Żywia zjadła pół porcji i była pełna, mi zostało kolejne półtorej. Przeżułem to jakoś i wróciliśmy sobie na nockę do hotelu.


Zaczęło się kolejnego dnia koło południa, jechaliśmy już busikiem radośnie podskakującym na kawałkach drogi pomiędzy dziurami, gdy zaczęło mi się robić jakoś dziwnie. Głowa mnie zaczęła boleć, miałem wrażenie jakby mi się za chwilę miało zebrać na nudności, czoło pokryło mi się zimnym potem i zaczęła mnie łapać gorączka. No super... Choroby mi jeszcze brakowało. Naiwnie liczyłem, że mi przejdzie jak tylko przestanie nami rzucać na dołach, nie przeszło. Bus dowiózł nas do Yogyakarty pod hotelik z dormitoriami. To było fajne, bo odpadło nam poszukiwanie noclegu, trzeba się było tylko wyczołgać z niego i doczołgać do recepcji. (Był to Edu Hostel i nie nazwałabym go "hotelikiem". Kilkupiętrowy spory budynek, dość nowy, wielki otwarty hol z recepcją, kafejką i antresolą z wielkimi sofami, telewizorem, grami i ogólnie przystosowany do relaksu. Na kilku piętrach oddzielne dormitoria, a na najwyższym piętrze stołówka z tarasem i widokiem na Merapi. Zdecydowanie był to bardziej wypasiony z hosteli młodzieżowych w jakim przyszło nam nocować. Kłopotem w naszej sytuacji był podział na płcie oraz moje współlokatorki, które zdecydowanie odpuściły sobie pozory czystości i dbałości o otoczenie na wakacjach... - Żywia) Lekkim problemem był podział na płci w pokojach, nie mogliśmy przez to pochorować sobie razem. Zresztą Żywia czuła się lepiej ode mnie, zjadła mniej wczorajszej kolacji i to ją chyba uratowało. Mi niestety to co zjadłem wczoraj musiało wystarczyć na kolejne dwa dni. Nie byłem w stanie nic jeść, żołądek tolerował mi tylko płyny, a myśl o przyjęciu pokarmów stałych... powiedzmy, że nie sprawiała bym poczuł się lepiej. Czas w hotelu uprzyjemniałem sobie spaniem i gapieniem się w dal na zmianę z naciskiem na to pierwsze. Drugiego dnia dogorywania czułem się już trochę lepiej, nawet mi zabłysła myśl o zjedzeniu czegoś lekkiego, na przykład soto. (Soto czyli pyszna zupka podobna do naszego rosołu, zazwyczaj podawana z różnymi dodatkami typu kluseczki mięsne, tofu, warzywa itp. Na czas choroby idealny posiłek - Żywia) Szkoda tylko, że w Yogjakarcie takiego dania nie dało się nigdzie znaleźć, przez cały dzień posiliłem się tylko dwoma mleczkami sojowymi dostarczonymi mi przez Żywię.

Po przyjeździe do Yogyakarty i nieudanych poszukiwaniach warungu z soto - kto by pomyślał, że jest to w jakiś sposób danie regionalne???- zahaczyliśmy tylko o sklep żeby kupić Colę, która jak wiadomo najlepiej odkaża układ pokarmowy oraz o aptekę, gdzie udało mi się kupić dla nas syropki na niestrawność. Syropki co ciekawe były pakowane w jednorazowe saszetki, które można było od razu wcisnąć do buzi lub rozrobić z ciepłą wodą w formie herbatki. Były na bazie miodu i ziół.

Dogorywając sobie na łóżku zdziwiłem się trochę, znaczy na tyle na ile byłem w stanie, że do pokoju wszedł Sofian. Wyjaśnię tu że chodzi o francuskiego Algierczyka, którego poznaliśmy w Pangandaran. Zabawne, że nie było to nasze pierwsze spotkanie, widzieliśmy go już w hotelu Gado-Gado gdy zwiedzaliśmy Bandung. nie było to też nasze ostatnie...

9 kwietnia spędziłam głównie samotnie spacerując po centrum Yogya, Mojmir nadal czuł się słabo i zdecydowaliśmy, że poszukam innego hotelu, żebyśmy mogli być razem. Przed wyjściem zjedliśmy śniadanie na dachu hotelu, to znaczy ja zjadłam, a Mojmir tylko pił herbatę i podziwialiśmy panoramę miasta i okolic. 
Moim głównym celem dziś było zbadać okolice głównej ulicy i deptaka miasta, czyli Moliboro, liczyłam, że w rejonie bogatym w sklepiki i knajpki trafię też na dobre miejsce noclegowe w konkurencyjnej cenie. Gdy przechadzałam się jedną z bocznych uliczek podjechał do mnie młody chłopak na skuterku - a jakże, zagadał jak to miejscowi mają w zwyczaju. Pytał czy już widziałam jak się robi batik i powiedział, że kilka uliczek dalej jest muzeum batiku z pracami profesorów i studentów miejscowego odpowiednika szkoły artystycznej. Zaproponował, że mnie podwiezie, oczywiście lampka alarmowa od razu mi się zapaliła w głowie, nie wiedzieć jednak czemu zgodziłam się na podwiezienie. Wiem, było to kretyńskie z mojej strony i przez całą drogę planowałam jak typowi skręcić kark, gdyby zawiózł mnie w jakiś podejrzany zaułek. Prawdopodobnie był to najdurniejszy mój wyczyn chyba w życiu. Na szczęście chłopiec zatrzymał się przy niskim budynku o niepozornym wyglądzie, ale już w oknach widziałam, że to faktycznie galeria batiku.

Zostałam przywitana przez kustosza i już mogłam podziwiać złożone prace rozpięte w różnych ramach. Przewodnik objaśnił jak robi się batik, coś mi tam wcześniej świtało, że wosk itd, ale dopiero jak się to ogląda, można docenić pracochłonność techniki. W skrócie polega ona na tym, że tkaninę pokrywa się etapami płynnym woskiem i farbuje. Miejsca zakryte nie absorbują koloru, jest to proces wieloetapowy, czasochłonny i wymaga niezłej wprawy w planowaniu wzoru i kolejności barwień. Obraz o wielkości 100x50 cm powstaje w około miesiąc... Niektóre batiki robi się przy użyciu naturalnych barwników roślinnych, najczęściej to te w odcieniach brązu.

A gdyby ktoś chciał kupić prawdziwy batik (w sklepikach pełno jest podrób zwyczajnie drukowanych), trzeba obejrzeć tkaninę z obu stron - batik jest dwustronny. Ja kupiłam obrazek 30x30 za 100 tys Rp na pamiątkę i ruszyłam dalej w miasto, solennie przyrzekając sobie, że już z nikim nigdzie nie pojadę skuterkiem bez Mojmira. Głupi ma szczęście. Na Moliboro pogadałam chwilę z facetem, który doradził mi z zadziwiającą szczerością jak dotrzeć do okolicznych świątyń transportem publicznym i nie dać się orżnąć na kasę za wycieczkę.

W drodze powrotnej wstąpiłam jeszcze do apteki po dostawę syropków wzmacniających i kupiłam mleczka sojowe, żeby mi Mojmir wypił cokolwiek treściwszego od wody. Już w pobliżu hostelu zaczepiła mnie staruszka, mówiła oczywiście w bahasa i nie byłam w stanie zrozumieć o co chodzi, ale wyłapałam słówko "minuman" co znaczy napój, picie. Babcia nie wyglądała na zasobną i faktycznie dość marnie prezentowała się w upale, więc z braku czego innego, wręczyłam jej jeden z napojów przeznaczonych dla Mojmira. Staruszka z niedowierzaniem i wdzięcznością od razu otwarła napój i przyssała się do niego, dziękując w ukłonach... Czasem bardzo niewiele trzeba, żeby komuś polepszyć dzień. 

Wieczór spędziliśmy na antresoli próbując oglądać na tablecie Grę o tron, bo wyszedł nowy sezon ;) oraz planując przeprowadzkę do nowego hoteliku następnego dnia. 







Skład materiałów budowlanych - ściana w rolce.









Moliboro
Jedno z pomieszczeń galerii batiku należącej do miejscowego ASP.
Detal jednego z batików - polecamy oglądać na powiększeniu.


Batik barwiony naturalnymi składnikami.
Odpowiednik przydomowego europejskiego krasnala.

Wystawiony na ulicę, prawdopodobnie do wyrzucenia, stary kredens, na który chorujemy do dziś... Szkoda, że był kłopot z noszeniem go na plecach do końca podróży...
Detal rzeźbień na drzwiczkach... kusiło mnie zabranie chociaż ich :)

1 komentarz:

  1. No jak to soto tu znaleźć nie mogliście?! :P Jest wszędzie, ale głównie rano. A jak z kuleczkami mięsnymi to bakso, nie soto.
    "Miejscowe ASP", czyli galeria Ori to największa ściema w mieście, ani to sztuka, ani to studenci, którzy to tworzą. Ceny dostosowane do opłacenia wszystkich naganiaczy w mieście, którzy tam turystów zaciągają tak jak was :)
    Pozdrowienia z Jogji!

    OdpowiedzUsuń