poniedziałek, 22 lutego 2016

Lovina cz. I - aklimatyzacja.

Bilety na Lovinę kupiliśmy z datą 18 kwietnia, znaczy się na dzień tutaj opisywany. Bus miał wyruszyć około 9-tej rano, my spakowaliśmy się wcześniej i mniej więcej godzinę szybciej zjawiliśmy się pod lokalem Peramy, wychodząc z założenia, że będzie jeszcze czas kupić sobie jakieś picie na drogę czy coś w tym stylu. Pojazd już stał więc podeszliśmy do niego wrzucić plecaki, kierowca wyraźnie się ucieszył i kazał nam wsiadać. Dwie minuty później byliśmy już w drodze.

Trochę się zdziwiliśmy, bo przecież miało być jeszcze 60 minut do odjazdu. Szybko zostaliśmy oświeceni, że wcale nie, bo odjazd miał być własnie teraz, a my mamy źle ustawione zegarki. Jakoś nam umknęło, że Bali leży w innej strefie czasowej i jest tam o godzinę później niż na Jawie. Tak więc wbrew chęciom i potrzebom dzień zaczęliśmy całkiem dynamicznie. Kolejne kilka godzin spędziliśmy w średniej klasy busiku mknącym na północ wyspy. Po drodze widzieliśmy sporo upraw tarasowych ryżu, musieliśmy wtoczyć się na góry, gdzie zaliczyliśmy dość rzęsisty deszcz i stoczyć się po ich drugiej stronie, by w końcu dojechać pod siedzibę i hotel Peramy w miejscowości Anturan. Tam zjedliśmy obiad wliczony w cenę biletu i zaczęliśmy kombinować co dalej. Bus jechał jeszcze kawałek dalej do Kalibukbuk, my zostaliśmy tutaj. Najpierw trzeba było zadbać o dach nad głową, nie bardzo mieliśmy ochotę na kolejny hotel, zapytaliśmy więc pana, który tu szefował o jakieś pole namiotowe w okolicy. Mieszanina niedowierzania i rozbawienia jaka pojawiła się na jego twarzy z miejsca rozwiała nasze nadzieje na taki luksus. O polach namiotowych w okolicy oczywiście nie słyszał, ale w zamian zaproponował nam bardzo wygodny trawnik za swoim hotelem za 20 tys. rupii na dobę. Chm... Coś koło sześciu złotych za noc, namiot rozbity na ogrodzonym i raczej pilnowanym terenie i jeszcze sanitariat do naszej dyspozycji. Jakoś odpuściłem sobie targowanie przy tej ofercie. Wykupiliśmy sobie jeszcze bilety na jutrzejsze poszukiwanie delfinów i mogliśmy się zająć swoimi sprawami.
W ten oto sposób zakotwiczyliśmy się na Lovinie, wyjaśnię tutaj, że pod tym określeniem kryje się około dziesięciokilometrowy pas mniej lub bardziej czarnych plaż wulkanicznych i kilka wiosek, które do nich przylegają. Sama nazwa wywodzi się niestety z angielskiego słówka "love", plaże zostały nim skrzywdzone przez ostatniego radżę Buleleng (taka prowincja na północnym zachodzie Bali) w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, który bardzo lubił tą okolicę.


Okazało się, że z naszego hotelu nad morze mamy 10 minut spacerkiem, więc trzeba było przyjrzeć się tym osławionym plażom, powiedzmy, że mnie nie urzekły... Średnie były, w zasadzie to nawet gorzej. Nigdy nie byłem zwolennikiem rozrywki tak nudnej jak smażenie się na słońcu, mimo to udało mi się zauważyć, że pasjonaci takiego marnowania czasu nie mieliby tu za wiele miejsca na rozłożenie koców. Wąskie, nieciekawe, zaśmiecone i zastawione łódkami. Tam gdzie akurat nie było żadnej łódki, był jakiś grzebiący sobie za robaczkami kurczak, ewentualnie radosna, włochata świnka robiąca to samo, ewentualnie lokalny burek, robiący coś zgoła odmiennego. W miejskich piaskownicach się na to mówi miękkie kamienie. Definitywnie zrezygnowaliśmy z plażowania kiedy zauważyliśmy jak świnka zrobiła kupę, którą po chwili zeżarł jakiś stary kundel czy raczej kundlica z obrzmiałymi genitaliami sprawiającymi wrażenie, jakby zajmowały trzecią część jej chuderlawego ciała. Obecność samobieżnej wieprzowiny, która biegała tu sobie dookoła jest w Indonezji zjawiskiem niezwykłym. Kraj, w którym ponad 90% mieszkańców jest muzułmanami, nie jest raczej najlepszym miejscem dla zwierzątek z listy haram. No ale na Bali muzułmanów żyje bardzo niewielu, a ci którzy żyją muszą pogodzić się z nieczystym sąsiedztwem. Nam świnki kojarzą się jak najbardziej pozytywnie, na widok radosnych i pociesznych zwierzątek porośniętych czarną szczeciną zaczęliśmy rozważać zakup boczku na kolację.

Oczywiście gdzieś, hen dalej plaże mogły być szersze, czystsze i mniej zastawione wodnymi pojazdami, ale nigdzie w zasięgu naszego wzroku. Te, które widzieliśmy robiły za parking dla łódek i szalet dla inwentarza. Pomimo to musi się tutaj zjawiać sporo turystów. Zarówno po drodze na plażę jak i na niej samej niemalże każdy kogo spotkaliśmy chciał nam koniecznie coś zaoferować. Tak więc mogliśmy się zaopatrzyć w jakieś chusty, gdyby one nie odpowiadały naszym wysublimowanym gustom to inna pani miała dla nas śliczną i przecież całkiem tanią biżuterię z muszelek, jeśli jednak nie interesowałyby nas takie bibeloty to masażysta też się znajdzie no i miejsce na łódce również, jeśli oczywiście jeszcze nie widzieliśmy delfinów, a jak widzieliśmy to czemu by nie zerknąć znowu?

Mnie bardziej niż oferta handlowa autochtonów i plaża interesowały rafy koralowe, które podobno siedzą sobie tutaj blisko brzegów. Byłem uzbrojony w konieczny do nurkowania sprzęt wygrzebany z dna plecaka i niby nie niezbędny, ale dla mnie priorytetowy aparat do zdjęć pod wodą. Uzbrojony w płetwy i fajkę mogłem sprawdzić za pomocą własnych zmysłów jak z tymi rafami jest tutaj naprawdę. Przeszliśmy plażą spory kawałek kierując się na zachód w poszukiwaniu dogodnego miejsca żeby się zanurzyć. Padło na betonowe molo wcinające się pod kątem prostym w Morze Balijskie. W zasadzie miejsce takie samo jak każde inne, ale z jakiegoś, nie do końca jasnego dla mnie powodu uznałem, że akurat tutaj warto spróbować. Początek nurkowania wcale nie zachęcał do kontynuacji, woda była mętna, a dno zaśmiecone i porosłe wodorostami. Na szczęście im dalej od brzegu tym robiło się czyściej i ciekawiej, miejscami na dnie był tylko piach, ale kawałki rafy też się pojawiały. Nie powiem, żeby było tam jakoś niesamowicie, ale miałem na czym obiektyw zaczepić. Na pewno zaciekawiły mnie tutejsze strzykwy, były dwubarwne i mocno wydłużone, niektóre swobodnie dochodziły do długości jednego metra. Było trochę kolorowych ryb, trochę niebieskich rozgwiazd, i innych stworów. Żywia dość szybko zrezygnowała z nurkowania i poszła się poobijać na plaży betonie, ja dzielnie kontynuowałem eksplorację.


Wśród rybek szczególnie przykuły moją uwagę brzytewniki, stworzenia ani wielkie, ani barwne, a mimo to bardzo ciekawe. Rybki te pływają w dość nietypowej dla swojej gromady kręgowców bo pionowej pozycji, mają wydłużone, lancetowate ciała i podłużne pyszczki. Pływają głowami do dołu w zabawnie zsynchronizowanych stadkach, raz za razem dotykają nimi dna usiłując dopaść coś do żarcia i po chwili odbijają się w górę. Swoją nazwę natomiast wzięły od ostrych płytek kostnych na brzuchach, podobno w czasie zagrożenia ustawiają się właśnie tą częścią ciała w jego kierunku. Na mój widok rybki zamiast się stawiać, po prostu zwiały dwa metry dalej gdzie wróciły do przerwanego obiadu.

No ale nie one zajęły pierwsze miejsce w klasyfikacji ciekawostek, lepsze były wężowidła. Takie pięcioramienne stwory spokrewnione z rozgwiazdami, jeżowcami i innymi takimi szkarłupniami. Wydaje mi się, że spotkaliśmy się z gatunkiem ophiomastix annulosa albo jakimś bardzo podobnym. Tak czy inaczej zbliżał się człowiek do jakiegoś koralowca, a tu zza niego wystaje las długich, pokrytych czymś w rodzaju igieł lub kolców, giętkich ramion przypominających ruchomy drut kolczasty, tyle, że cielisto-różowego koloru. Stworzonka całym swoim jestestwem nie zachęcały do bliższej przyjaźni. Podobno nie są agresywne i preferują padlinę, ale wyglądały jakby w każdej chwili były gotowe wyrwać człowiekowi rękę i przerzuć ją gdzieś za kamykiem. Na wszelki wypadek nie próbowałem się z nimi bawić. Jak to zazwyczaj pod wodą, nawet nie zauważyłem, że minęły ponad dwie godziny i pora wyłazić z wody.

Wieczorem spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka, wracając z plaży spotkaliśmy Sofiana, tego samego francuskiego Algierczyka, z którym pływaliśmy w Zielonym Kanionie przy Pangandaran i tego, który zajmował sąsiednie łóżko w pokoju, który zajmowałem gdy byłem chory w Yogyakarcie. Indonezja w tym momencie wydała nam się dziwnie mała.












































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz