czwartek, 11 sierpnia 2016

Na rajskiej wyspie - Gili Kondo cz. II

Po nieszczególnie przespanej nocy przywitał nas śliczny poranek na tropikalnej wyspie. Po lekkim śniadaniu zabraliśmy się za poznawanie miejscowej rafy koralowej. Żywia dość krótko wytrzymała w wodzie, ja natomiast odkryłem w sobie duszę foki i moczyłem się prawie trzy godziny. Z wody jak zwykle wygoniło mnie dopiero zbliżające się południe. Udało mi się przy tym przekonać, że opowieści o nasadzaniu tutaj rafy koralowej są prawdziwe. Sadzonka koralowca wygląda dość prosto. Betonowa płytka z metalową, ustawioną pionowo rurką pośrodku, do której przymocowuje się kawałek koralowca z żywymi polipami. Potem wrzuca się taką do wody i czeka aż urośnie.

Nasadzone koralowce powoli rozrastają się tworząc stabilne struktury, z czasem osiadają na nich larwy innych koralowców zakładając kolejne kolonie i tak to się zaczyna kręcić. Z koralowcami pojawiają się zwierzęta, które mogą się w nich schronić lub nimi pożywić, za nimi pojawiają się drapieżniki. W ten sposób rafę można powoli odbudować, pracownikom Peramy udało się to wręcz śpiewająco. Tam gdzie zaczynano sadzenie rafa wygląda całkowicie naturalne i nie byłem w stanie zauważyć nic świadczącego o jej wtórnym charakterze. W miejscach bardziej oddalonych od hotelu znalazłem trochę w miarę świeżych sadzonek, a pomiędzy nimi sporo miękkich koralowców. Pewnie za kilka lat i tam będzie rosła podwodna dżungla. 
Po powrocie na brzeg odkryłem, że pojawiło się tutaj sporo indonezyjskich turystów, w końcu była niedziela więc chcieli z niej skożystać i odpocząć w fajnym miejscu. Na wyspie zrobiło się nagle ciasno i znacznie mniej przytulnie. Zauważyliśmy ze zgrozą, że poza dorosłymi na wyspę zawitało też stado nastolatków w wieku gimnazjalnym. Jest to moje subiektywne odczucie, ale wydawało mi się, że są jeszcze głupsi niż ich nieszczęsne odpowiedniki w naszym klimacie. Staraliśmy się ich unikać skryci w naszym kąciku przy namiocie, ale w końcu trzeba się było zebrać na kolejne nurkowanie. Nierozważnie użyliśmy bramy wychodząc z terenu ośrodka, a trzeba było przez płotek skakać. Zaczęło się gdy tylko pojawilismy się im na horyzoncie, najpierw usłyszeliśmy lokalne zawołanie bojowe brzmiące mniej więcej "iiiiiiiiiiiii", a potem zaroiło się wokół nas od małolatów uzbrojonych w telefony komórkowe. Każdy z nich chciał koniecznie zdobyć skalp w postaci zdjęcia z białym człowiekiem. Nie mieliśmy szans żeby się wyrwać... Z chłopcami jeszcze było znośnie, zachowywali odrobinę godności, natomiast egzaltacja dziewczynek była absolutnie nie do zniesienia. Przez chwilę mi się nawet zrobiło żal gwiazd muzyki rozrywkowej, które padają ofiarami tego typu zachowań. Po zrobieniu zdjęć, rozpoczęła się seria pytań. Kto? Skąd? Jak? Dlaczego? I tak w kółko... Ledwo wyrwaliśmy się od nich do wody. Dla Żywii kąpiel znowu nie była za długa. Dość szybko wypędziły ją z wody parzydełka meduz, a na brzegu znowu czekała na nią wczesnonastoletnia młodzież. Z deszczu pod rynnę...


Późnym popołudniem zdecydowaliśmy się na spacerek wokół wyspy, wypadło się trochę rozejrzeć po okolicy, zwłaszcza, że jej za wiele tam nie było. Wysepka kształtem przypominała wydłużony owal z niewielkim cyplem na końcu przy przypływach zamieniającym się w wysepkę. Na drugim krańcu wyspy plażę porastały kępy drzewek namorzynowych. Ich pokraczne kształty stanowiły ciekawostkę samą w sobie jednak najbardziej malowniczo prezentowały się ich korzenie oddechowe. Tu może drobne wyjaśnienie, mangrowce rosną zazwyczaj na glebach beztlenowych, a ich układ korzeniowy, jak to układy korzeniowe, potrzebuje tlenu żeby funkcjonować. Z tego powodu wiele gatunków tych roślin wykształciło specjalny rodzaj korzeni wyrastających wertykalnie z podłoża, a mających za zadanie dotlenić roślinkę. Wyżej wymienione fragmenty roślin przypominały gąszcz szponiastych rąk wyrywających się z masy pokruszonych koralowców. Sceneria mogłaby się swobodnie wpasować w którąś z części "Koszmaru z Ulicy Wiązów". Na szczęście to nie był film, żaden z korzeni nie chwycił mnie za kostkę i nie zaczął wciągać w glebę. Jedynie podeszwy moich stóp doznały uszczerbku, ale to przez moją głupotę. Wybierałem się na spacer po plaży, więc uznałem, że buty będą mi zbędne. Spora ilość kawałków koralowców i niewielka dopiero wyłaniających się korzeni oddechowych wykazały mi rażące błędy w rozumowaniu.
Wracając mieliśmy okazję przyjrzeć się wędkarzom, którzy ściągnęli na wyspę, żeby pomoczyć wędki, trzeba przyznać, że wyglądali dość oryginalnie w swoich stożkowatych , często kolorowych kapeluszach z bambusa, z plastikowymi kanistrami i siatkami przytroczonymi do pasa sznurkiem. Tak jak ich odpowiednicy w Pangandaran, wchodzili przynajmniej po pas w wodę i zarzucali wędki licząc na jakąś zdobycz. Zdaje się, że całkiem nieźle im to szło, bo dość często ściągali szamoczące się ofiary ze swoich haczyków.


Resztę popołudnia i wieczór spędziliśmy w na nowo wyludnionym ośrodku wypoczynkowym, czytanie książek, podglądanie czarnych trzmieli zbierających żółty pyłek kwiatów na włochate grzbiety i nawiązywanie nici przyjaźni z królem wyspy czyli czarnym kocurem noszącym dumne imię "Manis" (po naszemu "Słodki") bardzo skutecznie i przyjemnie wypełniło nam czas. Na kolację spotkała nas miła niespodzianka, chłopaki z obsługi przynieśli nam talerz słodkich ziemniaków. Ot tak za darmo, bezinteresownie. Sami jedli więc postanowili się podzielić. Nigdy jeszcze nie jadłem batatów, więc radość była podwójna. Tak w ogóle to Wilec ziemniaczany czyli roślinka produkująca jadalne bulwy tak jak i prawdziwe ziemniaki pochodzi z Ameryki Południowej i Środkowej, ale bardzo dobrze się uprawia w całej strefie tropikalnej więc i w Indonezji się przyjął. Na chwilę obecną ten kraj jest czwartym na świecie producentem batatów. Dzięki temu mieliśmy ciekawe w smaku, rzeczywiście słodkawe uzupełnienie diety. Część zjedliśmy od razu, a część została na rano, żeby nam wzbogacić aromat zupek chińskich, których się trzeba było pozbyć z plecaków.
Noc na wyspie łączyła się z dudnieniem generatora prądotwórczego, by jakoś oświetlić teren ośrodka, średnio to było przyjemne dla ucha, ale w miarę znośne. Po wyłączeniu generatora zapanowała ciemność rozproszona tylko blaskiem gwiazd. No właśnie... Gwiazdy. Nigdy szczególnie nie zwracałem uwagi na konstelacje, ot coś mi tam migotało nad głową i wiedziałem jak znaleźć gwiazdę polarną. Dlatego naprawdę się zdziwiłem patrząc w niebo widoczne z południowej półkuli ziemi. Od razu było widać, że wszystko jest inaczej. Nie spodziewałem się, że wrażenie obcości będzie aż tak silne. Z drugiej strony całe życie patrzyłem na ten sam układ gwiazd nad głową więc miał prawo wryć mi się w podświadomość.











































































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz