sobota, 3 września 2016

Gili Kondo cz. III - czyli jak się łowi dynamitem.

W poniedziałek na wyspie znowu było pusto i bezludnie, turyści już wczoraj przed wieczorem zabrali się na Lombok, a nam została cisza i spokój na złotej plaży. Obsługa hotelu chyba uznała nas za niedożywionych. Najpierw zafundowali nam darmowe śniadanie, a potem dorzucili sympatyczny bonus do obiadu. No ale po kolei, wyczołgaliśmy się już z namiotu i zbieraliśmy się na poranne nurkowanie, gdy zjawił się przy nas jeden z chłopaków i zaprosił na poczęstunek. Właściwie to zaprosił na porządne śniadanie składające się z omletu, ryżu i gotowanej kapusty zapitych herbatą.


Nazbyt wystawne to to nie było, ale za to smaczne, pożywne i darmowe. Restauracja przy hotelu generalnie oferowała dania proste i nieskomplikowane, do tego głównie wegetariańskie. Ciężko oczekiwać czegoś więcej na niemalże bezludnej wysepce pozbawionej lodówki. Jako, że śniadanie nam smakowało, skusiliśmy się tam również na obiad, 25 tys za ciepłe żarcie to przecież niedrogo. Gdy zamawiałem jedzenie widziałem smażące się rybki. Podobno wędkarze podzielili się z hotelarzami nadmiarem swoich łupów. "Fajnie im" pomyślałem i zamówiłem dostępny w karcie dań ryż z jakimś roślinnym dodatkiem. Byłem co najmniej równie ucieszony co zdziwiony, kiedy okazało się, że i dla nas znalazło się po rybce, w dodatku dorzuconej gratis. Na Gili Kondo podobało mi się coraz bardziej. Poranne nurkowanie jak zwykle okazało się dla mnie przeżyciem długim i fascynującym, a dla Żywii krótkim i bolesnym, znowu musiała wiać przed minimeduzami. Ja pomimo potraktowanych parzydełkiem ust dzielnie wytrwałem w wodzie podziwiając podmorskie pejzaże. I tutaj podobnie jak na Lovinie wyraźnie pod wodą rysował się klif i znowu żałowałem, że mam za słabą pojemność płuc, żeby się przyjrzeć z bliska cudom jakie porastają jego zbocze. Na szczęście bujnie rozwinięta rafa koralowa zaczynała się w niektórych miejscach już od głębokości pół metra więc nie musiałem nurkować na 10 metrów, żeby sobie pooglądać to czy owo. Jednymi z ciekawszych stworów jakie spotkałem okazały się dość prymitywne istoty przypominające nieco meduzy, a mianowicie żebropławy. Okazy które widzieliśmy miały do kilkunastu centymetrów długości i przezroczyste jajowate ciała. Podobno niektóre gatunki osiągają nawet półtorej metra długości, ale to raczej na otwartych wodach oceanów. Ten typ (jako jednostka systematyczna) zwierząt charakteryzuje się posiadaniem na ciele ośmiu podłużnych zgrubień zwanych żeberkami. Przynajmniej wiadomo skąd ich nazwa. W zasadzie to nie byłoby to nic niezwykłego, ot kawałek unoszącej się w wodzie galarety, żadne dziwo gdyby nie jeden drobny szczegół, czyli bioluminescencja. Po żeberkach tych stworzeń radośnie przebiegały sobie pomarańczowe światełka. Z góry na dół i z powrotem. Z tego co udało mi się wypatrzyć to w żeberkach znajdowały się bioluminescencyjne plamki, które rozpalały się jedna po drugiej. Widok bardzo interesujący, zwłaszcza, że pierwszy raz się z nim spotkałem.


Znalazłem też fascynujące miejsce, jakieś 300 metrów od naszej plaży trafiłem na kilka kolonii koralowców madreporowych (tych rafotwórczych) ukształtowanych na wzór słupów i maczug wysokich na rosłego chłopa. Całość prezentowała się bardzo imponująco, niestety była już na sporej głębokości przez co miałem spore problemy z obejrzeniem sobie tego z bliska. Warto się jednak było podtopić, żeby wykonać choćby kilka zdjęć (efekty moich poświęceń są widoczne poniżej).
Wczesne popołudnie jak zwykle wykorzystywaliśmy na sjestę, delektowaliśmy się upałem i ciszą głaskając kota Manisa i wyrywając sobie książkę, gdy nagle usłyszeliśmy głośny huk i poczuliśmy lekki wstrząs pod stopami.
- Co jest k... operta?
Wyrwało mi się z polska.
- Nie wiem k... urczak.
Otrzymałem równie swojską odpowiedź. Żywia widocznie była tak samo zaskoczona jak ja, i tak samo nie miała pojęcia co się stało. Za to chłopaki z hotelu wyglądali na bardziej zorientowanych, zdrowo poddenerwowani wybiegli gdzieś z ośrodka. Zapytaliśmy ich później co to było. Z dość niewyraźnymi minami wyjaśnili, że jakiś ... (w to miejsce proszę wstawić dowolną, a i tak niewystarczająco obelżywą inwektywę) łowił ryby za pomocą dynamitu. Zazwyczaj wygląda to tak, że "rybacy" wrzucają z łodzi do wody ładunek wybuchowy, który po detonacji sprawia, że część ryb od razu ginie ogłuszonych, część przeżywa, ale rozerwane pęcherze pławne nie pozwalają im już pływać. Jakaś ich część wypływa na powierzchnię, ale większość opada na dno. Czasem ryby w szale i przerażeniu usiłują wyskoczyć z wody, która wygląda jakby zaczęła się gotować. W takim wypadku łódź rybaków napełnia się po części sama, ale to raczej w wypadku detonacji ładunku w środku ławicy, a nie nad rafą.



Żniwa są proste i szybkie, w ciągu kilku minut można mieć łódź pełną zdobyczy. Cóż z tego, że masa ogłuszonych w ten sposób ryb nakarmi najwyżej kraby na dnie, a nie rybaków? Przyjmując oczywiście bardzo optymistycznie, że jakiekolwiek kraby przeżyją. Wybuch w wodzie morduje wszystko co żyje dookola, nie kłopocząc się kryterium użyteczności gospodarczej. To własnie w ten sposób niemalże doszczętnie została wymordowana i zmielona okoliczna rafa koralowa. Codziennie dreptaliśmy po jej szczątkach chodząc po plaży.
Dawniej czyli po II Wojnie, do eksterminacji rafy używano dynamitu, którego całkiem sporo zostawili po sobie Jankesi, teraz jego miejsce zajęły ładunki wybuchowe własnej produkcji. Zazwyczaj jest to szklana butelka wypełniona sproszkowanym azotanem potasu z cukrem lub mieszaniną azotanu amonowego i nafty. Zaletą tych środków jest taniość produkcji i niestabilność. Zdarza im się samoczynnie eksplodować i urwać przy okazji ręce lub głowę jakiemuś bydlakowi, który chciał ich użyć. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak to wygląda takie "łowienie" to tutaj ma stosowny filmik.
Jedyne co mnie w całej sytuacji ucieszyło to fakt, że nie byłem w tym momencie w wodzie. Nurkować poszedłem nieco później, na szczęście nie zauważyłem żadnych uszkodzeń rafy, ale rybich trupów na dnie doliczyłem się przynajmniej kilkudziesięciu. Jestem niestety przekonany, że to był najwyżej promil tej masakry.


















































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz