wtorek, 6 września 2016

Mojmir na alpejskich szlakach - Ku lodowcom. Cz II

Siódmego sierpnia o świcie otworzyłem niemrawo oczy by zerknąć na pierwsze promienie słońca rozlewające się po górach, zrobiłem 3 zdjęcia i poszedłem spać dalej. Codziennie wstawałem przed 6-tą do pracy to chociaż dzisiaj chciałem sobie odespać. Co z tego, że odsypiałem zawinięty w śpiwór przynajmniej 1500 m,n.p.m.? Przed dziewiątą wyczołgałem się ze śpiwora i zacząłem pakować graty do dalszej drogi. Nockę spędziłem ciepło i przyjemnie, kilka razy się budziłem, żeby przeturlać się na drugi kraniec karimaty, ale poza tym nic nie zakłócało jakże zasłużonego po wczorajszych wędrówkach (tu można zerknąć do wpisu na ten temat) spoczynku. Dotarcie z noclegu pod Grand Hotel du Montenvers zajęło mi nie więcej niż 20 minut.

Pod hotelem zjadłem sobie śniadanie i poprosiłem w recepcji o uzupełnienie zapasów wody. Teraz można się było zabrać za zwiedzania, według mapy w pobliżu hotelu dnem doliny cięgnie się lodowiec Mer de Glace, rzut oka poza mapę potwierdził, że nie kłamie. Z resztą ciężko by było nie zauważyć najdłuższego lodowca we Francji i piątego co do długości w całych Alpach stojąc nad krawędzią doliny w której płynie. No płynie to może nieco za mocne słowo, lodowiec przemieszcza się w okolicach hotelu mniej więcej 90 metrów rocznie, w wyższych partiach pędzi 120 m. na rok. Mer de Glace znaczy mniej więcej tyle co morze lodu, nazwało go w ten sposób dwóch Anglików w połowie XVIII wieku. Wtedy to może i określenie "morze" było trafne, dzisiaj bym mówił raczej o sporej rzece. Tak czy inaczej miałem przed sobą spory kawał zamarzniętej wody, 7 km długości, około 35 km kwadratowych powierzchni i głębokość sięgająca 200 metrów robią wrażenie.
Teraz trzeba się było do niego dostać, tym razem miałem ułatwione zadanie, szlak biegł mi bezpośrednio do lodowca i przez lodowiec. Kawałek za stacją kolejki górskiej (takiej z trzecią zębatą szyną) leżącej obok hotelu znajduje się rozgałęzienie szlaków. W lewo można dotrzeć do lodowej jaskini, a w prawo do szlaku przez lodowiec. Trzeba było zdecydować co wybieram więc zdecydowałem się na obydwie opcje. Wychodziło, że najpierw trzeba pójść do jaskini, a potem wrócić się do rozwidlenia i pójść w drugą stronę. Skoro i tak mam znowu być w tym samym punkcie to po kiego grzyba targać ze sobą plecak? Przecież może poczekać. Znalazłem odpowiedni kamyczek tuż nad szlakiem, taki wyższy ode mnie i wrzuciłem na niego mandżur, przysypałem jeszcze jakimiś liśćmi na wszelki wypadek i już na lekko pomknąłem w stronę jaskini. Zawsze chciałem wleźć do takiej tylko jakoś nie wychodziło, a tutaj nie dość, że miałem szlak prosto do wejścia to jeszcze nigdzie nawet śladu kasy biletowej! Droga powiodła mnie po platformach wzdłuż ściany wąwozu pomiędzy setkami innych turystów. Im bliżej jaskini byłem tym większe łapały mnie wątpliwości....



Z góry widać było zadaszone wejście do lodowego tunelu i jakieś płachty na lodowcu, pewnie, żeby atrakcja za szybko nie stopniała, jakoś to nie tak jak powinno wyglądało. No ale skoro już idę, to sprawdzę. Spory kawał drogi trzeba było przedreptać, żeby dotrzeć w końcu do wejścia. Samo wejście jeszcze jakoś wyglądało, nieregularne ściany wyślizgane wodą mniej więcej lodową jaskinię z prawdziwego zdarzenia przypominały, dalej było tylko gorzej. maty na podłodze, żeby sobie ktoś bucika nie zmoczył, podświetlane ściany, jakieś nadzwyczaj nieudane rzeźby. Brrrrrr.... Zdzierżyłem w środku z 5 minut i zniesmaczony powlokłem się z powrotem po schodach do góry, ciesząc się przy okazji, że mój plecak leży sobie spokojnie w krzakach, a nie na moim grzbiecie. Gdybym go musiał jeszcze nieść teraz to byłbym już bardzo negatywnie nastawiony do atrakcji, którą miałem nieprzyjemność przed chwila oglądać, a tak jedynie odradzam bo spacer nie jest wart widoku.
Trochę mi zajęło wydrapanie się do połączenia szlaków, zajrzałem do plecaka, zabrałem z niego kurtkę i butelkę wody (niby lodowce w wodę powinny obfitować, ale mam już taki nawyk, że bez picia się na dłuższe spacery nie ruszam więc i tym razem pozostałem mu wierny) i zacząłem schodzić. Nie miałem podręcznego plecaka więc musiałem coś wykombinować, żeby mi się to wygodnie niosło. Butelkę włożyłem do kurtki, kurtkę zawiązałem w supeł na końcu kostura, a kostur przełożyłem sobie przez ramię. Wyglądałem mocno nieprofesjonalnie i równie mocno mi to powiewało, ważne, że było w miarę wygodnie. Na razie szedłem dość wygodnym szlakiem wzdłuż dość wysokiego skraju doliny, a przede mną rozciągał się niesamowity widok na dolinę i wypełniający ją, wijący się lodowiec oraz strome góry. Warto się było pomęczyć, żeby to zobaczyć, nawet bardzo...



Po drodze mijałem tabliczki z datą oznaczające poziom lodowca w konkretnych latach, wyszło, że lodowiec zaczął topnieć już kawał czasu temu i ubywa go do tej pory. W XVIII wieku spływał do samej doliny Chamonix, kończąc się w miejscu zwanym Les Bois, Dziś to już odległe wspomnienia, a lodowca ubywa nadal. Skraca się mniej więcej 30 merów rocznie i traci w tym okresie 4 do 6 metrów grubości.
Mniej wygodnie z kosturem na ramieniu mi się zrobiło kiedy zaczęła się ta fajniejsza znaczy trudniejsza część szlaku, najpierw były po prostu strome ściany i jakieś uchwyty, potem zaczęły się drabiny. Ściana wąwozu wznosiła się pod kątem mniej więcej 95-100 stopni, i to własnie po niej pięły się metalowe drabinki. Może jestem dziwny ale nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia, codziennie w pracy muszę łazić po drabinie, a tu miałem przynajmniej takie porządne umocowane i stabilne. Przed sobą miałem natomiast trójkę Francuzów którzy byli zgoła odmiennego zdania. Poubierani w kaski  i uprzęże asekurowali się liną, żeby bezpiecznie przebyć te niesamowicie niebezpieczne fragmenty trasy, Miałem ubaw po pachy obserwując ich wysiłki, kiedy w końcu zeszli to ja zrobiłem to samo tyle, że bez lin, ale z patykiem w ręku. Poszło bez najmniejszego kłopotu. Dość daleko było do dna doliny, to i drabin było sporo. Na szczęście droga w dół w ogóle nie była męcząca, szkoda tylko, że na drabinach nie bardzo było można zrobić sobie zdjęcie z autowyzwalacza. Brak obsługi do aparatu to jeden z większych minusów samotnych wędrówek. Po dotarciu na dno doliny niemalże od razu stanąłem na lodowcu choć początkowo wydawało mi się, ze wcale tak nie jest, a to za sprawą sporej ilości odłamków skalnych pokrywających jego powierzchnię. Dopiero po chwili zacząłem zauważać fragmenty lodu przebijające się spod gruzu i szczeliny którymi lądolód był tu i ówdzie poprzecinany. W zasadzie to nie miałem żadnego celu podróży tutaj, przez lodowiec biegną oznaczone jako "niebezpieczne szlaki do jakichś schronisk/restauracji po drugiej stronie doliny i gdzieś dalej, ale nie byłem nimi zainteresowany. Chciałem po prostu powędrować po lodowcu i tym się też zająłem.



Lodowiec był po prostu piękny, co kilkadziesiąt metrów zmieniało mi się podłoże, czasem to był niemalże czysty lód, czasem to był piasek, czasem odłamki skalne, czasem wielkie głazy. Miejscami było płasko gdzie indziej powierzchnia falowała na kilkanaście metrów do góry tworząc miniwzgórza. Po powierzchni lodowca tu i ówdzie płynęły potoki, czasem były to cienkie strużki krystalicznie czystej wody fluwioglacjalnej (utrwalamy sobie trudne pojecie z poprzedniego wpisu) płynące po powierzchni lodu, innym razem już małe strumienie pędzące wyrytymi w lodzie krętymi korytami, których głębokość sięgała kilku, a nawet kilkunastu metrów. Czasem taki strumyk znikał w jakimś zagłębieniu lodu by kontynuować swoją podroż już pod jego powierzchnią. Szczelin lodowcowych też trochę było, ale zazwyczaj dało się je po prostu przestąpić dłuższym krokiem, głębokie na kilka metrów i rozszerzające się ku górze nie stanowiły większego zagrożenia. Były też większe i głębsze rozpadliny, choć w niewielkich ilościach, te po prostu omijałem szerszym łukiem i było to w pełni wykonalne. Fragment lodowca po którym się poruszałem był praktycznie płaski, nie zsuwał się pod kątem z żadnego zbocza więc naprężenia lodu tworzące szczeliny były tutaj dość znikome. dzięki temu mogłem swobodnie i całkiem bezpiecznie się przemieszczać. Z resztą nie tylko ja, dość często widywałem mniejsze czy większe grupki wędrowców którzy również skusili się na wędrówkę po lodzie, raz widziałem nawet ojca z ledwo kilkuletnim synem. Mały miał na sobie uprząż i kask ochronny no i oczywiście był połączony liną asekuracyjną z ojcem. Jak mi syn podrośnie też go będę zabierał w takie miejsca. Kilkakrotnie widywałem dość interesujące zjawiska, które na potrzeby własne określiłem mianem grzybów. Otóż tu i ówdzie pojawiały się na lodzie większe i dość płaskie głazy stojące na lodowych podstawach które na prawdę przypominały gigantyczne grzyby. Jak już wspomniałem wcześniej lodowiec topnieje, dookoła takiego głazu proces trwa swobodnie, natomiast pod nim już nie. Słońce dociera do brzegów kamienia roztapiając lód wokół niego i z czasem podtapiając go pod kamieniem, ale ze względu na kształt doliny i rozmiary kamieni ciężko mu sięgnąć głębiej. Dzięki temu procesowi powstają lodowe słupy przykryte czapą z kamienia. Na wszelki wypadek nie sprawdzałem stabilności owych tworów i omijałem je przynajmniej na kilka metrów.



Najbardziej fascynującym dla mnie fragmentem lodowca był jednak dość bystry strumień biegnący głębokim i bardzo krętym wąwozem wyrytym w lodowcu. W zasadzie był podobny do innych, które spotykałem po drodze, tylko znacznie większy i bardziej malowniczy. Błękitna woda wartko płynąca wąwozem składającym się w zasadzie tylko z zakoli na prawdę robiła wrażenie. Nie byłem pewien stabilności ścian wąwozu więc zbliżyłem się do niego ledwo w kilku upatrzonych miejscach, to właśnie tutaj najbardziej żałowałem, że nie posiadam ze sobą raków i czekana. Tak oprzyrządowany mógłbym zejść po jakimś łagodniejszym zboczu i zobaczyć ten wąwóz niejako od środka. Jeśli trafię tam znowu to z pewnością będę już odpowiednio wyekwipowany.
Po kilku godzinach powolnego marsu zdecydowałem się w końcu zawrócić. Szedłem wolno nie z powodu ciężkich warunków marszu, po prostu nigdzie mi się nie spieszyło i jedynym celem jaki miałem było poznawanie lodowca, a nie osiągniecie konkretnej lokalizacji. Iść dało się tam szybko, tylko po co, skoro tyle cudów dookoła? Dotarłem mniej więcej do rozwidlenia lodowca i stwierdziłem, że na dziś wystarczy, pora była już popołudniowa, a trzeba było jeszcze dotrzeć po plecak i zejść do Chamonix.  Droga powrotna poszła mi znacznie szybciej bo szedłem w miarę prosto, a nie zygzakiem z kilkoma pętelkami. Najgorzej było przy drabinkach, nie to, żeby to było w jakikolwiek sposób trudne, po prostu mi się strasznie nie chciało po nich włazić. Innej drogi niestety nie miałem. Gdy już się dowlokłem do plecaka to reszta drogi poszła gładko, wybrałem łatwy i wygodny szlak zaczynający się w pobliżu rozwidlenia dróg przy którym go zostawiłem. Szedłem praktycznie cały czas w dół po całkiem wygodnym i miejscami nawet malowniczym trakcie. Plecak mi jakoś nie ciążył, a kostur pomagał bardziej niż zazwyczaj. W nieco ponad półtorej godziny byłem już w mieście przy dworcu kolejowym, szlak podprowadził mnie prawie prosto pod niego. Następnie wydałem niecałe 6 euro na bilet i po 20-tu minutach byłem już w miejscowości którą zamieszkiwałem w Arab.... Znaczy Francji czyli Le Fayet.

































































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz