sobota, 9 stycznia 2016

Pangandaran cz. III - z przewodnikami przez pola, doliny i kaniony.

Tak się złożyło, że częstymi bywalcami i współpracownikami, jak mniemam, naszego hotelu było dwóch całkiem sympatycznych przewodników po tutejszych atrakcjach turystycznych. Din Din i Seun przesiadywali z nami wieczorami na werandzie, grywali z nami, znaczy wszystkimi zebranymi tam gośćmi w karty i opowiadali całkiem ciekawe rzeczy o sobie, Indonezji i najbliższej okolicy. Opowiadali na tyle ciekawie i byli przy tym na tyle kontaktowi, iż zdecydowaliśmy się zabrać z nimi na wycieczkę i na własne oczy zobaczyć co też mają do zaoferowania.

Do wyboru była wyprawa do Zielonej Doliny, wyprawa do Zielonego Kanionu i wyprawa do dżungli, też zielonej. W dżungli już byliśmy i nam się wydawało, że zobaczyliśmy to co najciekawsze, więc zdecydowaliśmy się na dolinę i kanion, aby oszczędzić czas obydwie wycieczki postanowiliśmy zaliczyć jednego dnia. Zebrało się nas łącznie 5 osób plus dwóch przewodników. Okazało się, że aby dotrzeć do doliny, bo to ona poszła na pierwszy ogień trzeba przejechać kilka kilometrów i dokonać tej sztuki przyjdzie nam na skuterach. Świeży kierowcy tych machin czyli ja również, otrzymali szybki kurs pilotażu, kurs nie mógł być długi, bo obsługa takiego skuterka jest skomplikowana jak obsługa zapalniczki. Odpalasz-jedziesz-hamujesz. To w zupełności wystarczyło po kilku minutach mknęliśmy już polnymi drogami ku przygodzie. Pierwszym jej etapem była uprawa roli i jej pochodne. Może nie brzmi szałowo, ale ciekawie było zobaczyć orzeszki ziemne kiedy jeszcze mieszkają sobie w ziemi i wyleźć na palmę, żeby zobaczyć jak się z niej wyciska nektar palmowy. Potem zostaliśmy zaproszeni do szopy, w której wytwarzano karmel, sam proces jakoś mnie nie urzekł. ale garbata krowa w oborze obok już tak. (Proces karmelizacji był ciekawy wbrew temu co wypisuje Mojmir, tradycja nakazuje, żeby zachować odpowiednią kolejność wrzucania paliwa do pieca, aby karmel miał odpowiednią konsystencję. Zaczyna się od plew ryżowych, potem pali się łupinami kokosa, a na końcu dorzuca dopiero grube drewno. Z kadzi przelewa się karmel do małych miseczek, w których zastyga na masę o konsystencji krówek. - Żywia) Załapaliśmy się jeszcze na darmowe liczi zerwane prosto z drzewa przez Seuna i zapakowaliśmy się ponownie na motorki. Teraz jechaliśmy już prosto do Zielonej Doliny, w zasadzie to jechałem ot tak z ciekawości, nieszczególnie miałem pojęcie o tym co nas tam czeka i co zobaczymy. Może to lepiej? Dzięki temu frajda była jeszcze większa... Początek wyprawy był dość spokojny, dostaliśmy przykaz, żeby zostawić wszystkie zbędne rzeczy przy motorkach i ruszyliśmy pieszo w dżunglę. Po drodze Seun uratował Żywię przed komarem rozmiarów średniego gołębia, ale o tym niech sama opowie ;)
(Szliśmy przez dżunglę, Seun był za mną razem z Mojmirem, nagle poczułam na nodze mocne pacnięcie i Seun pokazał mi dłoń wymazaną rudawym płynem, nogę też miałam tym upaćkaną. Wytłumaczył, że zabił na mnie ogromnego komara. Wiedziałam, że żartuje, bo nie umiał utrzymać twarzy na wodzy, no i raczej nie mam krwi koloru ceglastego ;) dopiero po chwili pokazał nam, że ów sok pozyskał z młodych liści drzewa tekowego - wystarczy je zmiąć w palcach, a puszczają sporo rudawej posoki. Żywia)


Przewodnicy krętymi ścieżkami zaprowadzili nas nad wodospad ukryty gdzieś w dżungli i poinformowali, że tu będziemy się kąpać. No fajnie, miejsce było naprawdę sympatyczne, wodospadzik może nie za wielki, ale ładnie skalisty, a woda całkiem ciepła. Wszystko co mieliśmy poza kąpielówkami poszło do plecaka Seuna, tak samo jak nasze buty powiązane taśmą. On sam zaczął wracać pieszo, a my zaczęliśmy całkiem niezłą zabawę. Din Din pokazał nam skałę obok wodospadu, z której skakaliśmy do wody i informował gdzie jest bezpiecznie, a gdzie nie. Znaczy tam gdzie mówił o niebezpieczeństwie też było bezpiecznie choć bez przesady. Gdy znudziło nam się pluskanie pod wodospadem, zaczęliśmy przemieszczać się w dół rzeki. Czasem przechodziliśmy z kamienia na kamień, czasem płynęliśmy za przewodnikiem. Najfajniejszy w wycieczce poza krajobrazem był fakt, że całość odbywała się bez żadnych kasków, kamizelek ratunkowych i innych, absolutnie zbędnych zdrowemu człowiekowi zabezpieczeń. Po jakimś czasie rzeka się nam skończyła, znaczy nie to, że przestała płynąć, płynęła dalej tyle, że już pod ziemią. Przewodnik wyjaśnił nam, że tutaj woda wpada do pieczary biegnącej pod dżunglą, a za chwilę zobaczymy jej wylot. Musimy tylko przespacerować się kawałek boso i zaraz będziemy na miejscu. Moje pokłute stopy upierały się jednak, że to "zaraz" było określeniem z lekka nieadekwatnym. Miejsce okazało się nadzwyczaj interesujące, rzeka wypływała tam ze sporej, a przynajmniej wysokiej jaskini wydrążonej w skale siłami tejże rzeki. Jest chyba oczywistością, że z radością wpakowaliśmy się do wody w tak fajnym miejscu. Din Din poinformował nas, że chętni mogą sobie skoczyć ze skały do wody, wystarczy tylko wspiąć się 6 metrów po korzeniach oplatających skałę i sobie kicnąć tam gdzie przewodnik pokazuje. Już wyłażenie po węźlastych korzeniach było frajdą samą w sobie. Pierwszy do skoku wyrwał się młody Algierczyk z francuskim paszportem. Chłopak chyba jednak za długo mieszkał we Francji, bo na wyjście po skale wystarczyło mu odwagi, natomiast ze skokiem miał już spore kłopoty. Zbierał się do tego i cofał, zbierał się znowu w sobie i cofał znowu... Trwało mu to na tyle długo, że zdążyłem wyjść za nim, poprosić żeby się odsunął, skoczyć, a następnie powtórzyć proces zanim w końcu się przełamał. Nigdy nie skakałem z tak dużej wysokości i muszę przyznać, że faktycznie robiła lekko deprymujące wrażenie, no ale nie wybaczyłbym sobie odpuszczenia takiej okazji. Zdecydowanie warto się było przełamać, by poczuć jak ciało wbija się z rozpędu na co najmniej 3 metry w głębię rzeki. Do dna było tam jeszcze drugie tyle. W końcu niemalże cała ekipa z wycieczki sobie skoczyła. Dodam tutaj, że dopiero pod wylotem jaskini spotkaliśmy innych turystów w sławnej bądź co bądź Zielonej Dolinie. Wcześniej spływaliśmy całkowicie sami, ciesząc się dżunglą, wodą i emocjami. Ja emocji miałem chyba najwięcej, bo kiepsko pływam, poza tym aparat który cały czas miałem w ręku nie ułatwiał mi procesu utrzymywania się na powierzchni wody. Pomimo tego jakoś udało mi się nie utopić, a nawet nie zostawałem za bardo w tyle. Spod jaskini popłynęliśmy sobie pod kolejny wodospad, nie był szczególnie okazały, ani niezwykły, w zasadzie to niczym się nie wyróżniał i nawet bym go nie zapamiętał, gdyby nie jeden, drobny szczegół o którym dowiedzieliśmy się dopiero od przewodnika. Otóż okazało się, że za kurtyną wody spadającą ze skał znajduje się jaskinia... Wprawdzie nie wyglądała jak te z filmów o piratach, nigdzie nie było ludzkich czaszek, złamanego kordu, okutego kuferka czy starej klatki z kościami papugi. Nie było nawet miejsca na to wszystko, no ale jaskinia była! Niewielka, przedzielona sporym głazem na dwie części i nie licząc głazu całkowicie podtopiona. Din Din wskazał nam, w którym miejscu powinniśmy do jaskini wpływać czyli z samego jej brzegu, w innych miejscach napór spadającej wody był zbyt silny żeby się tak po prostu przebić. Potem można sobie było przejść za całym wodospadem i wydostać się z pieczary po drugiej stronie nurkując pod ścianą wody.
(Niedaleko jaskini za wodospadem znajdowała się całkiem fajna huśtawka, żeby pobujać się nad wodą lub zrobić do rzeki skok niczym Tarzan, trzeba było wspiąć się na jakieś dwa metry po stromym brzegu rzeki, bardzo fajnie było rozpędzić się i bujnąć kilka metrów, a potem wpaść do rzeki. Przez resztę trasy na zmianę płynęliśmy sobie leniwie w zielonej wodzie, odpoczywaliśmy na skałach wynurzających się z jej nurtu lub próbowaliśmy różnych owoców znajdowanych przez naszego przewodnika - dał nam nawet natrzeć się owocem, który może służyć za substytut mydła, podobno bardzo dobry dla skóry. Końcówka trasy rzecznej to spokojny spływ szeroką wstążką, aż do zapory, przy której wypełzliśmy na brzeg do czekającego z rzeczami Seuna. - Żywia)
Po wyjściu z doliny kupiliśmy obiady w restauracji, znaczy restauracji w indonezyjskim stylu, czyli w zadaszonej budzie z połupanego bambusa. Ciekawostką posiłku były kacze jaja moczone w solance na przegrychę, mogę o nich powiedzieć, że były słone i zielonkawe, poza tym tradycyjnie ryż i kurczak, na szczęście bez bladozielonego odcienia. Całkiem posileni wskoczyliśmy z powrotem na motorki. W ten oto sposób zakończyliśmy pierwszą z dwóch przewidzianych na dzisiaj wycieczek.


Do Zielonego Kanionu dotrzeć można tylko łodzią, znaczy pewnie można jakoś dostać się na jego krawędź, a potem skoczyć i rozklepać się na skałach, ale w tym wypadku byliśmy konformistami i poszliśmy za tłumem. No dobra, za przewodnikiem. Początek rejsu był dość niemrawy, rzeka szeroko rozlewała swoje wody spokojnie obmywając kamieniste brzegi. Fajnie zrobiło się kiedy rejs dobiegł końca. Dopłynęliśmy do łuku skalnego zamykającego się ponad wysokim już w tym miejscu kanionem. W zasadzie to wyglądało jak fragment sklepienia jaskini, którego pozostała część zarwała się wieki temu. Dość prawdopodobne, że było tak w istocie, bo ściany kanionu były pokryte formacjami naciekowymi bardzo podobnymi do widzianych przeze mnie w jaskiniach. No ale nie było się nad tym kiedy zastanawiać, bo przewodnik zaczął nas prowadzić w górę rzeki i musiałem się zacząć martwić o bardziej przyziemne kwestie typu przeżycie. Nurt był dość rwący i wcale nie było mi łatwo płynąć na przeciw niego, czasem przechodziliśmy z kamienia na kamień ponad wodą, czasem na wpół w wodzie kurczowo trzymaliśmy się skał, żeby nas nie porwało. Miejscami trzeba było pomagać sobie nawzajem, ktoś pierwszy przebijał się naprzód, a potem łapał kolejne osoby za ręce i wciągał do siebie. Gdzieniegdzie z jednej strony trzeba było wspiąć się na skałę, żeby zeskoczyć po jej drugiej stronie i popłynąć dalej. Przewodnicy wykazywali się tutaj naprawdę dużym profesjonalizmem, znali każdą skałkę, na i podwodną, każde przewężenie i każde przejście. Wyraźnie wskazywali gdzie do wody można bezpiecznie skoczyć, a gdzie można połamać sobie kręgosłup, którędy przejść żeby poradzić sobie z prądem wody i tak dalej. I znowu poruszaliśmy się po kanionie bez krępujących ruchy i odbierających całą przyjemność kamizelek ratunkowych czy innych kasków. Po drodze mijaliśmy kilka grup zaopatrzonych w takie akcesoria i nie był to za piękny widok, z pewnością bym się z nimi nie zamienił.


Dotarliśmy do kanionu dość późno, przedzieranie się przez wiry wodne i załomy skalne trwało nam też dość długo, w rezultacie byliśmy jedną z ostatnich wycieczek włóczących się po tym niezwykłym miejscu. Właściwie kiedy my płynęliśmy w górę rzeki, wszyscy inni przemieszczali się w przeciwną stronę. Ich strata... My byliśmy tam kiedy słonce zeszło już bardzo nisko, a jego promienie zaczęły pod ostrym katem wpadać do wąwozu. Pióropusz promieni oparł się o wilgotną, wyślizganą wodą i pokrytą naciekami skalną ścianę i wprost krzyczał, że jest idealnym materiałem na zdjęcie. W pełni podzielałem jego opinię, niestety uwiecznienie tego momentu nie było takie proste, nie dość, że aparat miał po rozlicznych tego dnia kąpielach krople wody na obiektywie, których nie miałem czym zetrzeć, bo sam byłem cały mokry to jeszcze mi odrobinę zaparował. Czysty dramat dla amatora fotografii... Rozpaczliwie wymachując urządzeniem na wszystkie strony udało mi się pozbyć większości wody z obiektywu i kilka razy nacisnąć migawkę. Niestety efekt osiągnięty wyszedł blado w stosunku do planowanego.
Powrót do łodzi poszedł nam łatwiej, w końcu nie musieliśmy walczyć o każdy metr z bystrą rzeką, okazało się że łódź, która na nas czeka była już ostatnią tego dnia w kanionie. szczęśliwi i zmęczeni dotarliśmy do naszych wehikułów i ruszyliśmy w drogę powrotną, znaczącą jej cześć przebywając już po ciemku. Trzeba przyznać, że wycieczki które sobie tego dnia zafundowaliśmy były warte swojej ceny, przewodnicy podpasowali nam na tyle mocno, że na kolejny dzień zdecydowaliśmy się pójść z nimi do dżungli.

(Ja całą podróż skuterami odbyłam za plecami Seuna, który prowadził całą kawalkadę. Po drodze sporo rozmawialiśmy, opowiadał mi co i rusz ciekawostki związane z mijanymi miejscami, bardzo żałowałam, że jazda "na żuczka" nie sprzyja robieniu notatek... Jedną z ciekawszych historyjek jakie mi opowiedział, była taka o lokalnych wierzeniach i czarach.
W drodze do Kanionu jechaliśmy przez pewną wioskę. Jej mieszkańcy nadal praktykują czary. Dawniej za pomocą magii zapewniano ochronę pól i pastwisk położonych w górach, w miejscach gdzie ludzie nie mogli upilnować ich sami. Proszono duchy gór o opiekę i przychylność. Magia służyła również do szkodzenia sąsiadom, sygnałem, że na kogoś rzucono urok jest, gdy taka osoba słyszy jakby wokół jej domu uderzały pioruny lub gdy lgną do niej małe zwierzęta, szczególnie myszy. -  Żywia)

W teorii to powinien być koniec i tak już rozległego wpisu, ale nasz dzień jeszcze się nie skończył. Po powrocie postanowiłem wybrać się do sklepu po jakiś odrdzewiacz typu cola, żeby przepalić sobie żołądek. Czułem się dobrze, ale po całym dniu picia rzecznej wody nosem pomyślałem, że mi kuracja takim zajzajerem nie zaszkodzi, znaczy nie zaszkodzi bardziej niż to czego już się ożłopałem. Niby nic niezwykłego, a skończyło się ofertą darmowego noclegu dla mnie i Żywii w jakimś hotelu. Wystarczyło tylko zabrać nogę, żeby jakieś dziecko sobie swobodnie przebiegło i się do niego uśmiechnąć. Matka młodego uznała mnie widocznie za jednostkę miłą i sympatyczną. Ewentualnie za bezdomnego nędzarza, który potrzebuje jałmużny... Porozmawiała ze mną chwilę, zapytała skąd pochodzę i oświadczyła, że ma miejsca i możemy wpadać. Gdyby nie nasz opłacony z góry pokój to pewnie byśmy skorzystali.
Tego wieczoru wyszliśmy jeszcze raz z Żywią kupić coś do jedzenia, w jednym ze sklepików chcieliśmy się dowiedzieć co za napój stoi tam na półkach, skończyło się piciem wódki z sokiem razem z nastoletnim sprzedawca i jego kolegą. Nie wypadało chłopaków przecież urazić odmową.

video

video

video

video

video







































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz