poniedziałek, 20 stycznia 2014

Serbia. Czyli jak trafiliśmy na Bałkany.

Słów kilka jak doszło do tego, że zwiedziliśmy kawałek Serbii. Pod koniec wakacji 2012 skontaktował się z nami znajomy powiązany z organizatorem licznych imprez, w tym historycznych, na zamku w Chudowie. Na przestrzeni lat, dzięki tym imprezom poznał ekipę serbskich miłośników średniowiecza, którzy kilkakrotnie zjawiali się na chudowskich ziemiach. Postanowili zrewanżować się zaproszeniem na własną imprezę i właśnie z takim zaproszeniem zadzwonił do nas Gniewomir. Nie namyślając się długo (w zasadzie wcale), zorganizowaliśmy eskapadę. Jak tu odmówić, koszty przejazdu pokrywał organizator, na miejscu czekała nas nowa kultura i doświadczenia oraz całkowicie nieznane krajobrazy i zabytki!

Planowaną imprezą było święto miasta Smederevo, urządzane corocznie pod koniec lata z okazji legendarnego założenia miasta. Smederevo szczyci się wspaniałą i olbrzymią twierdzą - największym tego typu zabytkiem w Europie. Zbudowana w I połowie XV wieku, nad Dunajem, przetrwała wiele oblężeń, a poważniejszych uszkodzeń doznała dopiero podczas II Wojny Światowej, gdyż na jej murach przechowywano wiele materiałów wybuchowych. Do dziś zachowało się 25 wież, które mają 11 m szerokości i 20 m wysokości. Główna jej część otoczona jest fosą zasilaną wodami Dunaju, ale wrażenie robi już sam ogrom pozostałej ogrodzonej masywnymi murami części. Dosyć wspomnieć, że całe święto miejskie odbywało się na jej terenie, mieszcząc lunapark, niezliczone ilości straganów, knajpek na wolnym powietrzu, mini zoo, a pozostało jeszcze wiele wolnego miejsca do spacerowania i siedzenia na trawie.

Wyruszyliśmy kilka dni wcześniej niż zapowiadana impreza, chcieliśmy skorzystać maksymalnie z możliwości fundowanego wyjazdu i zwiedzenia nowych miejsc. W skład polskiej "reprezentacji" oprócz mnie i Mojmira, no i oczywiście Gniewomira, który zaproszenie otrzymał, wszedł jeszcze Gabryś, nasz kolega z Krakowa. Ruszyliśmy rankiem 4 września ze Skoczowa, gdzie z racji mojego zamieszkania i dogodności dojazdu, urządziliśmy miejsce zbiórki. Wybraliśmy trasę przez Słowację oraz Węgry, jadąc całym czasem autostradami, pod wieczór przekroczyliśmy granicę serbską na przejściu Szeged - Horgosz. Warto wspomnieć, że należy pamiętać o zaopatrzeniu się na granicy w odpowiednie winiety, uprawniające do korzystania z autostrad. Na słowackiej granicy można od razu zakupić również winietę węgierską. Słowacja ma tradycyjne nalepki na szyby, za to Węgrzy wrzucają do systemu numer rejestracyjny pojazdu i skanują auta na trasie.


Gdy przekroczyliśmy serbską granicę, było już późne popołudnie. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy była wymiana pieniędzy na miejscowe. Nigdy nie wiadomo kiedy będą potrzebne więc lepiej mieć od razu w zanadrzu awaryjną kwotę. Nasz plan był taki, że w Serbii zjeżdżamy z głównych dróg i poznajemy kraj od podszewki. Postanowiliśmy więc poszukać jakiegoś spokojnego miejsca na nocleg, w pobliżu miejsc, które na mapie wskazane były jako ruiny, żeby następnego dnia od razu zacząć zwiedzanie. Wybór padł na pobliski Novi Kneževac, gdzie powinny znajdować się jakieś ruiny, niestety nie zauważyliśmy żadnych po drodze, lecz poszukiwania zostawiliśmy na dzień następny. Kawałek za miasteczkiem udało nam się znaleźć obiecującą ścieżkę odbijającą od drogi i tym sposobem rozbiliśmy namiot w pobliżu zrujnowanego gospodarstwa i grupy stawów hodowlanych. Wieczór przebiegał ciekawie, po jakimś czasie okazało się, że w zrujnowanym gospodarstwie, bardzo przypominającym nasze pegeery, JEDNAK ktoś mieszka... Gruba ciekawskich dzieci zaczęła wystawiać głowy zza budynków i sprawdzać kto rozbił namiot za ich domem. Dziwnie zaczęły nam się przypominać scenariusze różnych filmów grozy, mających miejsce na odludziu lub w opuszczonych wsiach a w użyciu często są siekiery i inne narzędzia. Na szczęście reszta nocy przebiegła spokojnie.

Drugiego dnia okazało się, że Serbia na północ od Dunaju poddaje gości próbie jeśli chodzi o zwiedzanie. Widać to nawet na mapie, jaka różnica w gęstości zaludnienia i terenie istnieje po obu stronach rzeki. Z tamtego dnia pamiętam głównie niesamowite płaskie przestrzenie, wyschnięte jak półpustynia. Większość dnia spędziliśmy na poszukiwaniu nieistniejących zabytków, które zaznaczone były na naszej mapie. Nawet miejscowi nie umieli lub nie chcieli nam wskazać drogi do nich. Jak się później okazało po rozmowie z członkami grupy historycznej z Belgradu, mieszkańcy wiosek na północy kraju często są nieprzystępni i niezbyt życzliwi dla turystów. Postanowiliśmy zatem nie marnować czasu i ruszyliśmy prosto w kierunku stolicy Serbii - Belgradu. Zwiedziliśmy twierdzę, przylegający do niej park oraz deptak w centrum miasta. Za to zebraliśmy ciekawą kolekcję zdjęć sztuki ulicznej, która pojawi się w osobnym poście poświęconym Belgradowi.

Z Belgradu ruszyliśmy na wschód, mijając Smederevo, chcieliśmy pobuszować jeszcze po okolicy przed rozpoczęciem festiwalu. Udało nam się zlokalizować, dzięki pomocy jednego z tubylców, który prowadził nas za swoim samochodem do lokalnej atrakcji turystycznej Viminacium- pozostałości rzymskich term oraz grobowców, które leżą ukryte wewnątrz wielkich ochronnych namiotów, w towarzystwie całkiem zadbanego i współczesnego centrum dla odwiedzających. Viminacium było stolicą rzymskiej prowincji, dziś można zwiedzać tylko grobowce i termy, ale pod ziemią wciąż znajduje się reszta założenia. Dotarliśmy w to miejsce dość późno i było już zamknięte dla zwiedzających, postanowiliśmy przenocować gdzieś niedaleko i wrócić tu rano. Okolica nie oferowała absolutnie żadnego dobrego i dyskretnego miejsca noclegowego, więc zaryzykowaliśmy nocleg na ściernisku kukurydzianym przy drodze. Na szczęście zainteresowano się nami dopiero następnego dnia rano, ale wytłumaczyliśmy panom, że czekaliśmy tutaj, żeby rano móc zwiedzić kompleks.

Dalej postanowiliśmy kolejny raz zaryzykować i zaufać mapie, która pokazywała, że niedaleko znajduje się jakiś zamek - tym razem się udało i dotarliśmy do maleńkiej portowej miejscowości Ram, położonej nad Dunajem. Na wysokiej skarpie znajdują się ruiny zamku, u podnóża zaś, wąska uliczka prowadzi wprost na brzeg rzeki, przeciętej przeprawą promową. Siedzieliśmy na murach i podziwialiśmy wspaniały widok na rozlany Dunaj. W knajpce tuż nad wodą zjedliśmy świeże ryby, łowione w Dunaju i była to pierwsza styczność z miejscową kuchnią, bo do tej pory żywiliśmy się własnym prowiantem. Z Ramu pojechaliśmy dalej wzdłuż Dunaju w kierunku twierdzy Golubac. Po drodze zatrzymaliśmy się na sporej wyspie przez którą wiedzie droga, żeby przyjrzeć się niesamowitej ilości wodnego ptactwa, jakie żyje nad Dunajem. Przy okazji byliśmy świadkami nietypowego widoku - stado krów brodzących w płytkiej przybrzeżnej wodzie, chłodzących się podczas niemożliwego upału.

Niedługo opiszemy jeszcze nasze spotkanie z kawałkiem polskiej historii na serbskiej ziemi i wspaniałe spotkanie z autochtonami u celu podróży - w Smederevie.

Nasz pierwszy nocleg niczym na stepie.












Przy kapliczce zauważyliśmy cukierki zostawione w jakiejś intencji.

Grobowce w Viminacium.


Pozostałości term w Viminacium. W półokrągłych niszach można było wygodnie usiąść, a prostopadłościan przylegający do niszy to konstrukcja pieca do podgrzewania wody.

Na tych słupkach położona była podłoga basenu, a pod spodem krążyło ogrzane powietrze, podgrzewające wodę.
Kolejne ciekawe tradycje pogrzebowe.
Dość typowa architektura wiejska.






Ruiny w Ram.



























Wąż wodny w Dunaju. Woleliśmy nie sprawdzać czy jadowity.
Kilka słów wyjaśnienia: most kolejowo - samochodowy. Przystajesz, zerkasz na sygnalizator i czy nie nadjeżdża pociąg i jak najszybciej starasz się opuścić most :)
Emocje gwarantowane, nawet mimo sygnalizacji świetlnej :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz