sobota, 25 października 2014

Bangkok cz. 3 - Chińska dzielnica Bangkoku - Chinatown.

Walentynki spędziliśmy w chińskiej dzielnicy (to to były walentynki??- przyp M.). Po niezwykle kreatywnej jeździe tuk-tukiem (wciskanie się między samochody, wymijanie na centymetry, zawracanie niemal w miejscu, szaleńcza jazda po prostkach) wysiedliśmy przy innej świątyni niż wskazaliśmy - norma. (Pierwszy raz widzieliśmy na oczy taki przybytek, więc dość dokładnie się poprzyglądaliśmy, masa zdobień, rzeźb, posągów, kadzideł, świec i ludzi tworzyła bardzo dynamiczny i kolorowy krajobraz, który usiłowaliśmy utrwalić na zdjęciach. Czynności religijne wykonywane przez obecnych w świątyni były i w większości nadal są całkowicie dla nas niezrozumiałe więc tym bardziej ciekawe. Coś tam kojarzyliśmy z kadzidełkami, dobre i to na początek - przyp. M.) 


Zjedliśmy śniadanie w małej ulicznej knajpce, wybranej według zasady: jedz tam gdzie miejscowi. W chińskich knajpach najczęściej podobnie wygląda wybór dania: patrzysz do talerza osoby przy stoliku obok i jeśli wygląda znośnie, pokazujesz palcem, że chcesz to samo. Zazwyczaj działa. (Pierwsze podejście do pałeczek skończyło się fiaskiem, na szczęście w skrzyneczce na stole były normalne sztućce, w Tajlandii widelca używa się jako noża, a łyżki jako widelca, tak więc widelcem nakładamy papu na łyżkę i to ją pakujemy sobie do japy, podobno jedzenie widelcem jest źle widziane, a my nie chcieliśmy zachowywać się po chamsku - przyp. M.) Najedzeni i zaopatrzeni w nadziewane biszkoptowe babeczki ruszyliśmy zwiedzać chińską dzielnicę. Odwiedziliśmy świątynię z niesamowitym posągiem Buddy ze szczerego złota, ważącym 5,5 t. (Spory kawał kruszcu, do tego w świątyni jest też małe muzeum chińskie, w którym jest trochę manekinów w scenkach rodzajowych i niewiele poza tym, generalnie można sobie odpuścić z czystym sumieniem. Przyp. M.) Od Buddy poszliśmy w kierunku Sampaeng Lane, czyli najstarszej uliczki w chińskiej dzielnicy. Mijając kramy wpatrywaliśmy się bezrozumnie w obce przedmioty, głównie suszone korzenie i bulwy, nasiona, owoce i mnóstwo rzeczy, których nie umiem nazwać. (O tak.... ja się czułem jak na innej planecie, dziwaczne żarcie, do którego nie miałbym pojęcia jak się zabrać, równie dziwne przyprawy, znaczy tak mi się wydaje, że przyprawy, ozdoby, owoce i tak dalej. Wszystko wyłożone na straganach włażących na uliczkę szerokości półtorej metra. Przeciskanie się tam było prawdziwym wyzwaniem dla Żywii, ja miałem znacznie łatwiej bo Chińczycy sięgali mi zazwyczaj do ramienia, więc nie dość, że wszystko widziałem to i szło mi się w miarę lekko. Największą zagwozdką były dla nas kluchowate kawałki czegoś dziwnego, wyglądającego na morskie stworzenie, którego w żaden sposób nie potrafiliśmy nazwać ani skojarzyć z niczym co znamy z książek. Dopiero po dłuższym czasie odkryliśmy, że te smakowite kąski są strzykwami czy tam ogórkami morskimi - przyp. M.)


Kolejnym miejscem które odwiedziliśmy była inna świątynia Chińczyków, w której obchodzono jakieś święto. Wskazywał na to istny tłum miejscowych. (Mi świątynia spodobała się z wielu względów i masa swastyk, które składały się na jej wystrój nawet nie była najważniejszym - przyp. M.) Obserwowaliśmy religijne zwyczaje w świątyniach chińskich, mnóstwo kadzideł i znacznie mniej kotów niż w buddyjskich. W końcu udało nam się trafić do buddyjskiego klasztoru, w którym trzymane są krokodyle. Zaczęło się podobno od tego, że z rzeki wyłowiono krokodyla, który zagrażał mieszkańcom, mnisi przygarnęli go do klasztoru, a teraz posiadają trzy sztuki w specjalnej zagrodzie. Na terenie klasztoru również tego wieczora odbywał się festyn połączony z obrzędami i wykładami mnichów. Pod murami rozłożył się lunapark, gdzie całe rodziny wspólnie bawiły się po modlitwie i złożeniu ofiary w klasztorze. (Zabawy to oni tam mieli całkiem wymyślne, łowienie kolorowych rybek z baseniku, strzelnica, rzucanie piłeczkami w wajchę, która zrzuca siedzącą obok dziewczynkę w wodę i wiele innych, trzeba przyznać, że ludzie bardzo chętnie się bawili i i atmosfera była na prawdę rodzinna i wesoła. 



Gdy znudziły nam się obserwacje, złapaliśmy tuk-tuka i ruszyliśmy z powrotem. Żywia była już zmęczona więc poszła do hotelu, ja natomiast poszedłem sobie połazić jeszcze po Kao San. Trafiła mi się przy tym romantyczna przygoda. W tłumie przechadzała się prostytutka, tylko dziwna jakaś, na szpilkach chodziło to jak Ania Grodzka, masa pudru na gębie tyle, że rozprowadzonego jakby cierpiała na parkinsona, do tego damskie kształty niezbyt się jej rysowały pod różową sukienką. Co to za stworzenie? Z bliższa dostrzegłem, że udało mi się w końcu spotkać jednego z legendarnych przecież tajskich transwestytów. Jak tu zdjęcia takiemu nie zrobić? Grzecznie zapytałem czy mogę, wykonałem, następnie zostałem zapytany zmysłowym wibrującym namiętnością i basem głosikiem czy można zobaczyć? Efekt widać był mało zadowalający więc fotografię należało powtórzyć. Potem zostałem zapytany dokąd idę? Gdy odpowiedziałem, że do hotelu, padło zalotne pytanko czy może z nim się tam wybiorę? Jakoś chłopczyk nie był w moim typie więc grzecznie odmówiłem budząc szczery wyraz smutku na uszminkowanej twarzy... - przyp. M.)

Jadąc tuk-tukiem obserwowaliśmy Tajów wożących na skuterach swoje zakupy lub rodziny. Trzy osoby na skuterku to norma, a 5 wcale nie jest rzadkością. Najpierw małe dziecko stojące pomiędzy nogami kierowcy, następnie on sam i reszta za nim. Pojęcia nie mam jak oni się tam mieścili, ale mieścili się na prawdę! (M.)





Dziewczyna potrząsa kubeczkiem z ponumerowanymi pałeczkami, gdy jedna z nich wypada na podłogę, podchodzi się do gablotki z ulotkami i wybiera odpowiadającą numerkowi z pałeczki, jest to wróżba - mądrość.







Po lewej świątynia ze złotym Buddą.
Nasze śniadanko, nie ma sensu zwiedzać na głodno jeśli się można najeść we dwoje za mniej niż 10 zł.



Posąg Buddy z litego złota, spora rezerwa walutowa.


Chwytak na węże zawsze może się przydać, więc lepiej żeby był pod ręką.



Owoce duriana... Aromatyczny zapach sprawia, że biali omijają duriany szeeeerokim łukiem.


Typowa jadłodajnia uliczna, w takich stołowaliśmy się najczęściej.












Kacze łapki, nic się nie zmarnuje.




Mojmir robił zazwyczaj za peryskop w tłumie przechodniów. Nieliczne osoby dotrzymywały mu wzrostu i byli to zazwyczaj turyści :)

Szafran na wagę.






Strzykwy, zwane również ogórkami morskimi. Urocze kluseczki, które nieszczególnie przypadły Żywii do gustu.
Z ilości ludzi w świątyni wywnioskowaliśmy, że to chyba jakieś święto.
Kwiatowe koniki.








Swastyk w świątyni była cała masa, przeciętny antyfaszysta uciekłby stamtąd z krzykiem lub pogłębił sobie nerwicę.


Elektryk płacze, gdy ma coś naprawić lub podłączyć... okablowanie ulic jest nieraz gęstsze od lian w dżungli.





W razie gdyby ktoś zapragnął oddać cześć kotu :)





Krokodylom w świątyni nie chciało się nawet mrugnąć, leżały sobie bez ruchu z monetami i kapslami na grzbietach. Biorąc pod uwagę ich rozmiary, nawet się cieszyłem, że są nieruchliwe.





Amulet na stoisku z jedzeniem.


Traf w serduszko, a dziewczynka wyląduje w wodzie.


Wyławianie rybek na czas.




Przed wejściem do większości pomieszczeń i wszystkich świątyń należy zostawić na zewnątrz buty.






Chłopczyk, który miał ochotę się ze mną bliżej zaprzyjaźnić, w Polsce miałby spore szanse na zrobienie kariery w polityce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz