niedziela, 14 grudnia 2014

Wielkie czedi w Nakhon Pathom.

Pływający market w Saduak zabrał nam ledwo pół dnia, jakoś trzeba było zagospodarować resztę czasu. Nie było sensu już nigdzie dalej jechać, a pod nosem, ledwo kilkaset metrów od hotelu stało czedi w Nakhon Pathom. Z autobusu wysiedliśmy praktycznie pod ogrodzeniem budowli, więc zaszliśmy tam zerknąć jak za dnia wygląda sytuacja. Wyglądała interesująco, sporo ludzi się tam kręciło, można było podejść pod samo czedi i okazało się, że jest gdzie pomyszkować za murami okalającymi budowlę. Przewinęliśmy się tam pobieżnie (zdecydowanie dla mnie za pobieżnie) i wróciliśmy do hotelu odpocząć. Po drodze spotkaliśmy (kolejnego dzisiaj) warana,  pływał sobie w kanale ledwo kilka metrów od nas i wcale się tym nie kłopotał. Zajrzeliśmy jeszcze na halę targową po coś do jedzenia i na rekonesans. Hala nieszczególnie porywała. Żywia zdecydowała, że ma już dość zwiedzania na dzisiaj i będzie się lenić, też bym się polenił, ale mam nazbyt ciekawską naturę, która nie pozwoliła mi usiedzieć w pokoju. Jak za każdym razem kiedy wygoniła mnie na zwiedzanie, nie pożałowałem.

Budowlę postanowiłem obejść sumiennie i dokładnie, a było co obchodzić! Czedi (jako wszystkie inne czedi) symbolizuje doskonałe oświecenie i pełni funkcję relikwiarza. Pełno tam figur Buddy, indyjskich bóstw, chińskich wojowników i mitologicznych stworów. Do tego świątynie, kapliczki, ołtarzyki i tym podobne. Pod murami otaczającymi budowlę są jeszcze podziemia, w których znajdują się kolejne kapliczki oraz figury oblepione płatkami złota i obsypane darami.

W jednym z tuneli spotkałem starego mnicha siedzącego zapewne w pozycji kwiatu lotosu (pod szatą nie było dokładnie widać). Medytował sobie słuchając z magnetofonu czegoś na wzór Rammstein. Gdy mnie zobaczył, wyłączył muzykę i zawołał mnie gestem do siebie. Podszedłem, pan kolejnym gestem poprosił żebym podał mu dłoń (znaczy machnął ręką w kierunku mojej ręki) i chciał mi na niej zawiązać jakiś sznurek z węzełkiem. Węzełek wyszedł mu bardzo zgrabny niestety sznurek okazał się odrobinę za krótki na mój nadgarstek, po 3 minutach prób zawiązania go zrezygnował i wziął drugi sznureczek. Znowu węzełek wyszedł śliczny, ale sznurek okazał się za krótki. Staruszek miał całą garść sznurków przygotowanych na nadgarstki gości, więc rozpoczął poszukiwania najdłuższego. Nie wyszło... Wszystkie były za krótkie (a mój nadgarstek do najpotężniejszych w Europie na pewno nie należy). Trudno, trzeba było dociąć. Wygrzebał skądś cały motek sznurka i nożyczki żeby dociąć odpowiednią długość. W końcu sznurek zwisał z mojego nadgarstka. Staruszek z 10 minut męczył się ze mną. Z jednej strony nieźle się bawiłem, z drugiej szkoda mi było, że się tak męczy. Oczywiście po wykonaniu swojego zadania mnich machną ręką w kierunku ofiar dając mi do zrozumienia, że i moja powinna się między nimi znaleźć. Zazwyczaj nie lubię w ten sposób wydawać pieniędzy, ale muszę przyznać, że tym razem nie było mi szkoda, zwłaszcza, że dałem na ofiarę 50 bahtów czyli około 5 zł. Zrobiłem jeszcze mnichowi fajne (przynajmniej w moim mniemaniu) zdjęcie i zadowolony poszedłem sobie dalej.


W jednym z przejść pod murem znalazłem w skałach kawałki skamieniałej rafy koralowej. Był to mój pierwszy kontakt z koralowcami, więc szczerze się z niego ucieszyłem, zwłaszcza, że w przyszłych planach mieliśmy nurkowania więc i szansę na zobaczeni żywych okazów. Po jakichś 2-3 godzinach zapełniania karty pamięci w aparacie uznałem, że spenetrowałem już wszystkie zakamarki, które udało mi się dostrzec. Przy okazji kupiłem pamiątkowe naklejki ze swastykami (jedna od razu wylądowała na wodoszczelnym pudełku, w którym trzymałem ładowarki do aparatów i inne przedmioty z wodowstrętem). Wieczorem przeglądając mapę zdecydowaliśmy, że kolejnym z celów naszej wyprawy będzie park narodowy Khao Sam Roi Yot.


Uroczy zwierzaczek, któremu szczerze zwisało czy się na niego gapię. Widać mieszkając w środku miasta przywykł już do ludzi.

Zimorodek (Alcedo atthis).


W świątyniach, ani w ich okolicach nie było żadnych turystów, więc nie było również żadnych szopek na pokaz. Ludzie zachowywali się tak jak na co dzień. Miła odmiana po pływającym targu.



Gotowe zestawy ofiarne do nabycia w okolicy czedi. Pąki lotosu, kadzidła i kolorowe listeczki.


Budda podczas medytacji chroniony przed deszczem przez demona.
Wszędzie płatki złota... 
Wszędzie zdobienia.




Młodzież szkolna w Tajlandii bez wyjątku biega w mundurkach, bardzo sympatyczny obyczaj.
Wokół czedi rośnie sporo pięknie kwitnących drzew i krzewów.
Motywy hinduistyczne w buddyjskich świątyniach są normą.








To wysokie drzewo to papaja.


Plumeria rubra - oszałamiający zapach i piękne kwiaty, które składane są w ofierze w całej Azji południowo wschodniej.



W tunelach pod murami jest jeszcze ciekawiej niż na powierzchni.



Staruszek mnich, który uprzyjemniał sobie medytację ciężkim rockiem, a potem niemiłosiernie się męczył ze sznureczkiem, który chciał mi zawiązać na nadgarstku.




Skamieniałe szkielety koralowców, mój pierwszy kontakt z tymi stworzeniami ;)










Wózek pełen smakołyków - w bambusach jest kleisty ryż na słodko.
Wizerunki króla i jego małżonki są w Tajlandii wszędzie, praktycznie w każdym domu, restauracji czy na dworcu zobaczymy ich wizerunki. Chyba nie trzeba dodawać, że Tajowie podchodzą do ich osób nadzwyczaj poważnie?
Pamiątkowe naklejki z Tajlandii :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz