wtorek, 23 grudnia 2014

W trasie do Khao Sam Roi Yot

Nasz pobyt w Tajlandii składał się z jednego lub kilku dni zwiedzania, następnie co najmniej całego dnia podróży, po którym trafialiśmy w kolejne, interesujące (przynajmniej dla nas) miejsce. Tak samo było z pływającym targiem, kolejny dzień po pobycie tam, znowu spędziliśmy w różnych środkach transportu aby dotrzeć do Khao Sam Roi Yot czyli kolejnego parku narodowego z naszej listy.


Hotel opuściliśmy z lekkim wyprzedzeniem, bo już nam się nie chciało tam siedzieć i był to błąd z naszej strony. Poszliśmy na pociąg jadący w interesującym nas kierunku (czyli na południe). Pociąg przyjechał, tyle że z dwugodzinnym opóźnieniem. Spędziliśmy w nim kilka godzin, które w większości przespałem, obydwoje zaczynaliśmy być już mocno zmęczeni intensywnością wyprawy. Wysiedliśmy na stacji w Phran Buri czyli w strasznej dziurze nie mając pojęcia co, jak i dokąd. Niedaleko torów trwały przygotowania do jakiejś imprezy, pojawiały się stoiska z jedzeniem, ktoś rozstawiał stragan, inne już stały. Na jednym zauważyłem plastry miodu, takie same jak ten, który widziałem w Ayutthayi, do tej pory żałuję że sobie nie kupiłem, chlip... :( Obserwowaliśmy te przygotowania znad talerzy z obiadem usiłując się przy okazji dowiedzieć w którą stronę do parku. Zostaliśmy pokierowani na odpowiednią drogę, właściwie to nie bardzo było w czym wybierać, bo miasteczko okazało się jeszcze większą dziurą niż sądziliśmy na początku.

Przeszliśmy dłuższy kawałek żeby znaleźć dogodne miejsce do łapania stopa obserwując przy okazji miejscowość. Najbardziej rzucały nam się w oczy klatki z ptakami, przed co drugim domem wisiała niewielka klatka, zazwyczaj na słońcu z męczącym się w środku jednym lub kilkoma ptakami, które jakoś nie sprawiały wrażenia szczęśliwych. Niestety miejscowi mieli to bardzo głęboko w poważaniu. Zwierzęta tam mają wartość użytkową i europejskie podejście jest dla Tajów dziwaczną fanaberią. To, że użytkowane zwierzę może się męczyć raczej nie spotyka się tam z empatią.


Znaleźliśmy sobie odpowiednie miejsce do łapania stopa (właściwie to tak samo dobre jak każde inne, po prostu nie chciało nam się dłużej iść w słońcu z plecakami). Próby złapania czegoś szły nadzwyczaj opornie. W pewnym momencie przejechał obok nas samochód (bardzo warto wspomnieć, że jechał w przeciwnym kierunku niż my się wybieraliśmy), zatrzymał się, zawrócił i podjechał pod nas. Za kółkiem siedziała w miarę młoda dziewczyna świetnie radząca sobie z angielskim i zapytała dokąd się wybieramy. Wyjaśniliśmy jej to za pomocą mapy (to, że my przeczytamy jakąś nazwę po tajsku nie oznacza, że jakikolwiek Taj nas zrozumie, akcenty, tonacje i inne takie...) Dziewczyna powiedziała nam, że jest tu na wakacjach, a w parku narodowym do którego się wybieramy jeszcze nie była. Dopiero kiedy zaczęliśmy jechać, okazało się, że moglibyśmy sobie łapać stopa jeszcze miesiąc. Staliśmy na małej lokalnej dróżce odbijającej do miasteczka, która dopiero po kilku kilometrach połączyła się z główną. W końcu dało się z kimś płynnie porozmawiać, znaczy Żywii się udało, bo ja płynnie umiem dogadać się tylko w języku ojczystym. Pani przedstawiła się nam mówiąc, że ma na imię Nut co w ich języku oznacza "siostra", Widać rodzice nie zawsze trudzą się tutaj z wyborem imienia dla córki ;). W ten oto sposób dostaliśmy się do siedziby parku narodowego. Byliśmy święcie przekonani, że Nut chce coś zwiedzić razem z nami, ona natomiast wysadziła nas z auta i pojechała sobie z powrotem, zrobiła z 15 km z nami tylko i wyłącznie z czystej uprzejmości. Najtrudniejszą część wycieczki mieliśmy za sobą (tak nam się przynajmniej wydawało). W parku udało nam się uzyskać informacje o polu namiotowym, wcale ono blisko nie było, jak zawsze zresztą... Jakiś starszy pan w mundurze strażnika postanowił nas uszczęśliwić miejscem do snu, dowiedzieliśmy się albo raczej domyślili (poza bełkotliwym "bungalow" niewiele więcej umiał powiedzieć po angielsku), że ma do wynajęcia wspaniały bungalow za jedyne 700 bahtów, taka okazja, nie ma się co zastanawiać! Niestety zabrakło w nas zrozumienia dla okazji i jeszcze bardziej chęci pozbycia się w ciągu jednej nocy forsy na 3 noclegi w tanich hotelikach. Namawiał długo i głośno, ale bez efektów. (Był przy tym tak uroczy i zabawny oraz w przeciwieństwie do wielu naganiaczy niezbyt się zasmucił, gdy jednak zdecydowaliśmy o poszukaniu pola namiotowego. - Ż.)


Do biwaku miało być 5 km, przecież to wcale nie tak dużo, żaden kłopot damy sobie radę. No i się zaczęło.... Żar lał się z nieba, pot z pleców, plecaki ciążyły, a drogi nieszczególnie ubywało. Przynajmniej krajobrazy były ładne. Góry, skały, jeziorka, kaktusy, sporo ptaków i czasem morze na horyzoncie po prawej ręce. Całkiem mi to wszystko uprzyjemniało drogę, co wcale nie oznacza, że czyniło ją przyjemną. (Tak, Mojmir napisał to zdanie z pełną premedytacją :) - Ż.) Tak więc wlekliśmy się i wlekli... W którymś momencie z naprzeciwka nadjechała starsza pani na rowerze. Było na nim kilka sakw, tobołków i proporczyk z barwami Nowej Zelandii. Zagadnęliśmy ją, skąd i dokąd zmierza. Okazało się, że na to samo pole namiotowe co my. Pani ledwo szła więc zaproponowałem jej, że poprowadzę rower, mocno się tym ucieszyła i pomimo mojej aparycji oddała mi pojazd. Tak więc Żywia zyskała towarzyszkę do rozmowy, a ja dodatkowe obciążenie. No ale cóż... Jill (bo tak miała na imię pani) całkiem mocno potrzebowała wsparcia, więc wypadało pomóc. Ostatnie kilka kilometrów przejechaliśmy z Jill na pace samochodu, który zorganizowała Żywia. (A było to tak: wcześniej uważałam, że określenie "żar lał się z nieba" jest wyświechtane i przesadzone. Tego dnia zrewidowałam swoje poglądy i przyznałam, że nie ma lepszego określenia na zachodzące zjawisko. Drepcząc z Jill i ciesząc się drugą tego dnia konwersacją w zrozumiałym języku, starałyśmy się policzyć mniej więcej kilometry jakie pokonywaliśmy, jakoś nie było to obiecane przez dziadka strażnika 5 km... Postanowiłam upewnić się u pierwszej napotkanej żywej duszy, czy dobrze idziemy. Trafiło na pracownika stawów rybnych, których mnóstwo było w okolicy, który oczywiście ni w ząb po angielsku. Musiałam zaczekać dobre 10 minut, aż spomiędzy stawów wychynie młody chłopak, który trochę lepiej rozumiał angielski. Zrozumiałam tyle, że to już niedaleko, ale nie umieli mi wyjaśnić jak dokładnie dojść na miejsce. W końcu pan zdecydował, że nas zawiezie! Podjechał półciężarówką, załadowaliśmy rower i Mojmira z plecakami na pakę, a damy usiadły w szoferce. Faktycznie - dystans wynosił jakieś 2 km, ale cudownie było je przebyć samochodem! - Ż.)

Na kempingu poszło już łatwo, szybko uporaliśmy się z formalnościami, posprzątaliśmy szyszki z kawałka terenu i rozstawiliśmy sobie namiot. Pole namiotowe poza oświetleniem, sanitariatem i kilkoma budkami z zadaszeniem zaopatrzone było również w restaurację. Porządnie wygłodniali zabraliśmy się za konsumpcję popijając kolację mleczkiem kokosowym. Pomimo długiej trasy nie bardzo mieliśmy ochotę odpoczywać skoro rzut kamieniem od namiotu mieliśmy morze. W końcu tropikalna plaża ze wszystkimi cudami, które można na niej znaleźć.... A cudów się trochę znalazło. Mniejsze i większe muszle, pancerzyki krabów i przede wszystkim skrzypłocz!!!! Może i martwy, ale nadal skrzypłocz!!! Gatunek, który istnieje na ziemi od milionów lat w niemal niezmienionej formie. 230 milionów lat temu czyli w triasie żyły już stworzenia niemalże identyczne z tym, które znaleźliśmy!!! Po to właśnie pojechałem do Azji (znaczy nie dokładnie po skrzypłocze, bo nie miałem pojęcia, że występują w tych wodach), żeby spotkać się na żywo z naturą, którą do tej pory znałem tylko z filmów i fotografii w albumach przyrodniczych. Potem znaleźliśmy jeszcze kilka pancerzyków skrzypłoczy, które aż prosiły się o spakowanie i zabranie do Polski. Przeżyłem wtedy chwile ciężkiej i płomiennej nienawiści do przepisów celnych i ich egzekutorów (po raz kolejny i nie ostatni).

(W ogóle Jill wywarła na mnie ogromne wrażenie, to jest plan! Też będę zwiedzała świat kawał za kawałkiem, gdy już odchowam dzieci ;) Jill wspominała, że podczas swojej podróży po Tajlandii zajmowała się m.in. pakowaniem ryżu w rozłupane kawałki bambusa, takie z jakich mieliśmy okazję jeść. Wspaniale móc uczyć się i doświadczać codziennych zajęć mieszkańców obcego kraju. Jako wytrawna globtroterka, Jill opisuje swoje podróże na blogu, spotkanie z nami także zostało tam umieszczone: Pamiętnik Jill. - Ż.)



Bojąc się, że zapiaszczę aparat, którego używałem na co dzień, zabrałem ze sobą tylko mały aparacik do zdjęć podwodnych, odporny na wszelkie pyły i zamoczenia. Świetnie się sprawdzał przy robieniu zdjęć muszlom i krabom, niestety w momencie w którym potrzebowałem go najbardziej zawiódł. Już blisko zmierzchu na drzewach przy kempingu pojawiło się stadko małp, Całkiem dużych, z długimi, silnymi ogonami i białymi obwódkami wokół oczu. Takich jeszcze nie widzieliśmy. Oczywiście zabrałem się za fotografowanie, ale nędzny zoom i nikłe światło dały w efekcie rozmazane zdjęcia :( Okazało się, że spotkaliśmy langury czarne (Presbytis obscurus). Zwierzęta piękne i bardzo rzadkie na wolności. Niektóre z samic miały przyczepione do brzuchów młode pokryte rudą sierścią. Mocno odcinały się kolorem od matek, młode póki są rude mogą liczyć na pobłażliwość stada, gdy zaczynają ciemnieć oznacza to, że dorastają i zaczynają być traktowane jak dojrzałe osobniki. Spotkanie z tymi pięknymi zwierzętami było naszą ostatnią przygodą tego znojnego, upalnego i pełnego potu dnia.




Łowczyk obrożny (Todiramphus chloris)
W takiej oto urokliwej scenerii maszerowaliśmy sobie w upalnym słońcu, usiłując znaleźć pole namiotowe.




Jill Lundmark, pani która podążała na to samo pole namiotowe co my, tylko nie mogła go znaleźć.
Majna jawajska (Acridotheres javanicus)
Mangrowiec, roślinka żyjąca na terenach zalewanych przypływami, stąd tak długie korzenie wystające ponad grunt.
Dzierzba brązowa (Lanius cristatus)
Szpak długodzioby Sturnus contra
Biwak z cieniem i widokiem na morze, po co komu hotel?
langur czarny (Presbytis obscurus)







Skrzypłocz



Smutne realia Tajlandii ... 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz