niedziela, 30 listopada 2014

Przepiórcze jaja, demonstranci i inne przypadki w pociągach tajlandzkich. W drodze na pływający targ.

Nasz pierwszy pobyt w dżungli dał nam więcej wrażeń niż byśmy się śmieli spodziewać. Nic więc dziwnego, że z żalem opuszczaliśmy to miejsce, choć pora nam było w drogę. Kolejne fascynujące miejsca czekały na odkrycie. Z rana spakowaliśmy plecaki i podreptaliśmy do głównej drogi, aby łapać stopa. Jezdnia przecina cały park, więc postanowiliśmy wyjechać z niego po przeciwnej stronie. Znowu łapanie stopa zajęło nam aż 15-20 min, bo nikogo prawie nie było na drodze. W końcu zatrzymała nam się jakaś rodzina Tajów i zaprosiła na pakę auta.



Jechaliśmy całkiem długo pokonując zakręty, wzniesienia i stromizny, aż dotarliśmy do bramy parku. Strażnicy przy budce byli mocno zdziwieni, że białym chce się podróżować w taki sposób. Cóż... nam się chciało i nawet uważamy, że był to znacznie lepszy sposób na drogę niż klimatyzowane wnętrze auta. Zostaliśmy wysadzeni na skrzyżowaniu, serdecznie podziękowaliśmy naszym dobroczyńcom składając dłonie jak do modlitwy i pochylając głowy, a następnie zaczęliśmy maszerować. (Było to skrzyżowanie drogi wychodzącej z Khao Yai od południa i drogi nr 33, w nieznanej nam miejscowości. Do stacji kolejowej w Prachin Buri mieliśmy jeszcze spory kawał, ale o tym nie wiedzieliśmy. Ż.) Wszelkie próby zaczerpnięcia informacji na temat trasy marszu spełzły na niczym, nie to że ludzie nie chcieli pomóc, po prostu nie rozumieli ani słowa po angielsku!


Takie są niestety realia Tajlandii z jakimi się zetknęliśmy. Jeśli miejsce, do którego trafiliśmy było popularne wśród turystów, prawie w każdej jadłodajni i noclegowni uda się dogadać (choć nie będzie to raczej płynna rozmowa) jeśli natomiast zeszliśmy z głównych szlaków trafiając na prowincję okazywało się, że angielski jest tam praktycznie nieznany. Przy drodze, którą maszerowaliśmy trafiła się bardzo skromna restauracyjka serwująca bardzo dobre jedzenie, Zupa z kaczki jaką sobie zafundowaliśmy była naprawdę świetna. Cenę obiadu poznaliśmy za pomocą mazaka i notesu, za pomocą palca i mapy dowiedzieliśmy się, że idziemy w dobrym kierunku ;) Przebiliśmy się na drugą stronę dość ruchliwej jezdni i zaczęliśmy łapać stopa, zatrzymał nam się niestary facet w busiku przystosowanym do wożenia turystów (w życiu nie jeździłem tak luksusowo wykończoną furą). Typ był bardzo sympatyczny, ale w żaden sposób nie mogliśmy się z nim dogadać, zależało nam żeby dotrzeć do Prachan Buri na pociąg, ale nie potrafiliśmy tego w żaden sposób mu wytłumaczyć. (Oczywiście angielski odpadał na starcie, mapa to konstrukt zbyt skomplikowany, żeby na nim pokazać, że chodziło nam o kolej, nawet spróbowałam naśladować dźwięk lokomotywy :D) Facet okazał się na tyle sympatyczny, że zadzwonił z własnej komórki do kolegi, który mówił po angielsku, a następnie dał telefon Żywii żeby wytłumaczyła mu czego my właściwie chcemy. A chcieliśmy tak niewiele... W końcu udało się nam dotrzeć na dworzec, tyle że z pociągiem było kiepsko, musieliśmy ponad 2 godziny na niego czekać. Jako że mieścina była bardzo nieciekawa i mało interesująca spędziliśmy ten czas w kafejce internetowej. Pociąg, do którego wsiedliśmy kierował się do Bangkoku i wyglądał tak samo jak poprzedni, którym jechaliśmy. W pociągu znowu uwijały się sprzedawczynie z prowiantem, a my znowu zaopatrzyliśmy się w coś na ząb. Przepiórcze jajka z maggi i świeże orzeszki ziemne bardzo nam smakowały. Dojeżdżając do stolicy obserwowaliśmy krajobrazy za oknem, składały się na nie głównie rozsypujące się slamsy pomiędzy zaśmieconymi rowami z wodą. Szałasy (bo ciężko to nazwać domami) z jakichś tektur, wynędzniałe kurczaki biegające dookoła... Jedyne z czym mogliśmy porównać te obrazy to cygańskie wioski, które widzieliśmy na Słowacji.

Czedi w Nakhon Pathom.
W Bangkoku mieliśmy tylko chwilę (dosłownie chwilę! Pani w okienku machała na nas poganiając nas, że już JUŻ macie ten pociąg! Ż.) na zakup biletów i już biegliśmy do następnego pociągu. Zostało dosłownie kilka minut do odjazdu, więc wpadliśmy do pierwszego z brzegu wagonu. Padło na pierwszą klasę, my oczywiście mieliśmy trzecią, więc musieliśmy się przetarabanić z tobołami przez ponad pół pociągu. Z każdym mijanym wagonem ubywało białych turystów na rzecz miejscowych. W pierwszej klasie siedzieli wyłącznie nadziani turyści, jedyni miejscowi jacy się tam znajdowali to dziewczyny do towarzystwa przy jakichś starych dziadach. Było tam wręcz nienaturalnie czysto i chłodno, klimatyzacja chodziła pełną parą. Klasa druga przedstawiała się trochę bardziej przystępnie, towarzystwo było mieszane, a standard znośny dla przeciętnego Europejczyka. Gdy dopchaliśmy się do trzeciej klasy dopiero zobaczyliśmy prawdziwą Tajlandię. Wagon był pełen ludzi i tobołów, jedynymi turystami była nasza para. Tajowie w pociągu patrzyli na nas z niedowierzaniem. Na twarzach wszystkich, którzy na nas zwrócili uwagę widniało nieme pytanie "co oni tutaj robią?" Po chwili podszedł do nas jeden pan i na migi poprosił żeby mu pokazać bilety, był przekonany, że pomyliliśmy przedziały i nie potrafił pojąć dlaczego jedziemy właśnie z nimi. Sytuacja powtórzyła się przynajmniej pięciokrotnie. Ja usiadłem sobie pomiędzy jakimiś torbami obok umywalki (na początku wagonu jest zazwyczaj takowa), Żywia wolała stać. Jakiś starszy i wyraźnie podchmielony pan zaczął na nas patrzeć i dmuchać w gwizdek (taka żartobliwa forma nawiązania kontaktu z innym światem) szczerze się zdziwił kiedy Żywia wyciągnęła swój gwizdek i przyłączyła się do zabawy, cały wagon był uradowany. (Nosiłam podczas całej podróży gwizdek przy aparacie na wypadek zgubienia się lub gdyby trzeba było wezwać pomoc i zwrócić czyjąś uwagę, bardzo się cieszę, że użyłam go tylko raz i w tak wesołych okolicznościach! Ż.) Ludzi było tak wielu ponieważ wracali z masowych demonstracji antyrządowych, które przetaczały się przez Bangkok. Praktycznie każdy z pasażerów miał na sobie jakiś element stroju w barwach tajlandzkiej flagi, niektórzy mieli koszulki z napisem "shoot down Bangkok" i postacią jakiegoś polityka z perspektywy celownika optycznego. W ogóle Tajowie są bardzo dumni ze swojego kraju i kokardka, naszywka czy koszulka z narodowymi barwami to u nich norma, pomimo takiego przywiązania do kraju nikt nie wyzywa ich za to od faszystów, stwierdzenie tego faktu było dla nas kolejnym szokiem kulturowym. Jak zwykle ciężko się było dogadać po angielsku, ale i tak jakiś pan proponował mi wódkę - coś co barwą przypominało wodę z zardzewiałej rury więc pewnie whisky i pokazywał nakręcony telefonem komórkowym film z zamieszek. (W ogóle wszyscy w przedziale bardzo się nami interesowali, komentowali nasz wygląd i każdy ruch, oczywiście zaraz było miejsce żeby usiąść, ale nie miałam ochoty, więc grzecznie odmawiałam. Pod koniec podróży każdy już wiedział dokąd jedziemy i był gotów nieść pomoc kiedy wysiadać, co stacja było kręcenie głowami, że to jeszcze nie Nahon Pathom :) Ż.) Z pociągu wysiedliśmy już wieczorem w miejscowości Nakhon Pathom sławnej z największego w Tajlandii czedi, taka budowla przypominająca kształtem ręczne dzwonki na lekcje, znane z ubiegłego stulecia. (Oprócz czedi będącego najwyższą Buddyjską budowlą świata, Nakhon Pathom jest też uważane za najstarsze miasto w Tajlandii. Ż.) Nas bardziej interesował łatwy dojazd na pływający targ w miejscowości Saduak, ale skoro jest czedi to czemu by nie zerknąć? Zaokrętowaliśmy się w całkiem znośnym hotelu (250 bahtów za 2 osoby) i poszliśmy na miasto. Obejrzeliśmy sobie targ z owocami kupując przy okazji ananasa na osłodę wieczoru (inne owoce też wyglądały fajnie, ale nie bardzo wiedzieliśmy jak się do nich dobrać, czy są słodkie, czy są do jedzenia na surowo, właściwie to nic o nich nie wiedzieliśmy) i podeszliśmy pod dobrze oświetlone czedi. Nocą niewiele tam było do roboty, więc nasze zwiedzanie dość szybko się skończyło. Po powrocie zostało nam jeszcze tylko uruchomienie wiatraka na noc, bez tego nie dałoby się zasnąć. Sprawdziliśmy wszystkie przełączniki w pokoju w różnych kombinacjach (trochę ich tam było) i nic! Powiało duszną grozą... W akcie desperacji wezwaliśmy pana z recepcji żeby nas ratował, pan przyszedł rozejrzał się, sprawdził kilka przełączników, a potem wyszedł na zewnątrz i uruchomił wiatrak. Okazało się że włącznik jest na zewnątrz obok klamki. Cóż... tego się nie spodziewaliśmy.
(Ja od siebie powiem w kwestii hotelu, że znośna cena nie czyni całego obiektu znośnym! Hotel po prostu był. Znaleźliśmy go. Był tani i na miejscu, a my po uciążliwej podróży, więc nie chciało nam się zbyt długo szukać. Pokój jaki wybraliśmy ze względu na cenę od razu przywołał w mojej wyobraźni sceny z King Size, trochę Szuflandia, a trochę jakby stary zamknięty teatr - to pewnie przez starodawny kurz, czerwone aksamitne zasłony i meble pamiętające lata 50-te ubiegłego wieku... Przemówiłam, projektantka wnętrz :P)



Suszące się na różnych konstrukcjach ryby można spotkać dosłownie wszędzie, również wzdłuż torów.
Pani z koszem różności, ciężko było się zdecydować!
Owoce ze słodko kwaśną posypką, przepiórcze jajeczka z sosem maggi, rybne i mięsne kluseczki z ostrym sosem, ryż z mięsem i jajkiem i wiele innych.


Więcej obierania niż jedzenia, ale przysmak zaliczony.
Świeże orzeszki ziemne, słone, mięciutkie i przepyszne!
Lux miejscówka w trzeciej klasie, na tobołach miękko, pod ręką woda ;)
Nawet nocą można kupić co się chce, zabawki, kwiaty lub jedzenie.





Znowu dziki wybór specjałów, a kiszki marsza grają - najlepsza metoda to kupić wszystkiego po trochu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz