niedziela, 16 listopada 2014

Khao Yai czyli Światosław w dżungli cz. II

Kolejny dzień w parku postanowiliśmy w całości przeznaczyć na wędrówki, wstaliśmy sobie przed 7-mą rano, żeby jak najszybciej dostać się na szlak tylko troszkę nam to nie wyszło... Chcieliśmy sprawdzić trasę wyrysowaną nam na mapce. Przeszliśmy szmat drogi po asfalcie nie widząc niczego ciekawego, żeby dotrzeć do kwatery parku (dopiero wtedy zrozumieliśmy jakim szczęściem dla nas był facet, który pokierował nas na skróty). Mieliśmy nadzieję, że może zobaczymy gibbony, którymi szczyci się park.



Wybraliśmy się na krótki szlak, przy którym podobno można je zobaczyć, oczywiście się nie udało. Słyszeliśmy je gdzieś z daleka, ale o dostrzeżeniu chociaż kawałka takiego stwora nie było mowy. Zresztą szlak sam w sobie był obrzydliwy, wybetonowana ścieżka przez dżunglę, a fe... Szlakiem dotarliśmy do jakiegoś wodospadu (bardzo skromnego, wodospady w parku nie porażają urodą, ale zawsze są jakimś celem wycieczki). Udało mi się przeskoczyć po kamieniach na drugą stronę rzeki, krzyżowały się tam jakieś szlaki, których nie było oczywiście na mapie. Na jednym z nich trafiłem na drapieżnego ptaka podrywającego się znad trupa czapli. Przynajmniej jakaś atrakcja... Wybetonowany szlak jest krótki i kończy się blisko miejsca, w którym się rozpoczyna (Była to po prostu ścieżka edukacyjna dla wyjątkowo skromnych wycieczek, z tablicami informacyjnymi, ławeczkami itd. Szlak miał kształt pętli i zaczynał się tuż za budynkiem informacji i biura parku. - Ż.) Było jeszcze przed południem więc zdecydowaliśmy się na kolejną trasę mającą nas doprowadzić do wodospadu Heaw Suwat. Tą dla odmiany mieliśmy na mapie.

Na tym szlaku było duuużo lepiej, choćby dlatego, że to był prawdziwy szlak czyli po prostu ścieżka w dżungli. Wąska ścieżka. Biegnąca pomiędzy zwalonymi pniami drzew, termitierami, poskręcanymi lianami i kolczastymi zaroślami. Biegnąca w górę i dół przez wąwozy, pagórki i rowy. W środku dnia dżungla była raczej pusta, z rzadka i z daleka można było zauważyć pojedyncze ptaki, częściej natykaliśmy się na tropikalne motyle. Przynajmniej wiedzieliśmy za każdym razem, że w pobliżu jest dzioborożec, ciężko je było wypatrzeć w koronach drzew, ale doskonale było słychać kiedy lecą. Ich skrzydła wydają bardzo charakterystyczny dźwięk, miałem wrażenie, że kołuje nad nami helikopter kiedy taki ptaszek się pojawiał. W teorii mieliśmy 8,5 km do docelowego wodospadu, w praktyce wyszło znacznie więcej. Szlak był dość wyraźny, wprawdzie raz czy dwa razy trzeba się było wrócić 20 metrów, bo źle skręciliśmy, ale generalnie nie było problem ze znalezieniem drogi. Trasa upływała nam na poceniu się i oglądaniu otoczenia, choć im bardziej człowiek zmęczony tym mniej szczegółów z jednolicie zielonego tła jest w stanie wyłowić. Po drodze zaliczyliśmy jakiś inny wodospad i minęliśmy parę turystów w towarzystwie uzbrojonego strażnika leśnego. Strażnicy bez broni nie wchodzili do lasu, a przynajmniej wszyscy których widzieliśmy byli uzbrojeni. (Turyści przywitali się z nami i wyrazili zdziwienie, że wędrujemy sami bez przewodnika, bo przecież to niebezpieczne... Zapytaliśmy ich też jak daleko do wodospadu i okazało się, że jeszcze daleeeeko. -Ż.) Nie wiemy nawet ile kosztuje wycieczka z takim panem, świetnie radziliśmy sobie sami. O tym, że zbliżamy się do celu podróży poinformowały nas okrzyki dochodzące z oddali, skierowaliśmy się więc trochę na przełaj w tamtym kierunku. Musieliśmy jeszcze zejść po stromej (w granicach rozsądku) ścianie wąwozu i w końcu dotarliśmy na miejsce. Znaczy wydawało się nam, że dotarliśmy na miejsce.

Przy wodospadzie było kilkoro turystów z przewodnikami. Posiedzieliśmy sobie nad wodą i pomoczyli obolałe nogi podczas gdy oni pływali i skakali z wodospadu do wody. Mieliśmy wtedy jeszcze opory przed moczeniem się w rzekach. (Siedząc sobie na zwalonym pniu nad brzegiem rzeki, zauważyłam, że po spodniach łażą mi dwa kleszcze, sucha pora nie przeszkodziła im w molestowaniu strudzonych podróżnych. Ż.) Lekkim kłopotem dla nas był fakt, że nie bardzo było widać dokąd dalej biegnie szlak. Postanowiliśmy więc również skorzystać z przewodnika i poszliśmy sobie za ostatnią grupką. (Jest to ogólnie świetna metoda oszczędzania na przewodnikach, którą polecamy. Sprawdza się nie tylko w dżungli, ale też podczas zwiedzania miast - wystarczy stanąć nieopodal grupy z przewodnikiem i rozglądając się od niechcenia wokoło słuchać czy przewodnik mówi coś ciekawego :) Ż.) Trzeba było pójść w górę rzeki, potem przejść po kamieniach na drugą stronę, potem jeszcze kawałek... i dopiero wtedy znaleźliśmy się przy docelowym wodospadzie oznaczonym na naszej mapce. Ten był całkiem ładny choć trzeba przyznać, że po pobycie na Islandii rzadko który wodospad może wywrzeć na nas większe wrażenie.

Mniejsza wersja islandzkiego Seljalandsfoss :)
Z tego miejsca dalsza trasa była aż nazbyt jasna bo wiodła po betonowych schodach do góry. Wyszliśmy na jezdnię ze sporą ilością aut (wyjaśniło się skąd turyści nad wodą, których nie widzieliśmy na szlaku) i jakimś barem. Uzupełniliśmy tam niedobory płynów w organizmie i ruszyliśmy z powrotem na kemping. Dość długo maszerowaliśmy asfaltem (po drodze słysząc słonia albo jakieś inne zwierzę dorównujące mu rozmiarami), aż w końcu udało nam się złapać stopa. Na pace samochodu jechało już dwoje Niemców (tych samych, których mijaliśmy na szlaku). Tak dotarliśmy już pod sam kemping, byliśmy mocno zmordowani więc odpuściliśmy sobie jakąkolwiek aktywność poza praniem i myciem. Przy tym temacie warto wspomnieć o łazienkach, wieczorami aż roiło się tam od gekonów. Biegały wszędzie poza podłogą, po lustrach, po suficie, po szybach, w sumie to były się w stanie przykleić do każdej powierzchni. czułem się lekko skrępowany kiedy podglądały mnie pod prysznicem ;) W nocy znowu trzeba było wykopać głowę jelenia z przedsionka i można już było zapaść w zasłużony sen po ponad 20 km marszu.







Spacer przez dżunglę to spacer pod nad lub obok lian, reszta jest tylko skromnym dodatkiem :)
Roślina nazywana po angielsku kocimi pazurkami, łatwo się domyślić czemu.








Ofiara drapieżnego ptaka, którego wypłoszyłem (całkowicie przypadkowo!) nad wodospadem.


Żarłoczne drzewa hipopotamy to codzienność :)



Termitiera.
Termity w termitierze.




Niedźwiedź? Tygrys? Nie wiemy co to było. Wiemy natomiast, że było duże i pewnie groźne, ślady pazurów były ponad 2 metry nad ziemią, a szerokość łapy musiała przekraczać 10 cm.





Prawie jak dziewczyna Tarzana... Kiedy prawie Tarzan (znaczy Mojmir) próbował tego samego, liana się zaczęła zsuwać. Ze smutkiem odkryliśmy wtedy, że filmy mogą kłamać :( 













Wodospad, który wzięliśmy omyłkowo za cel naszej podróży.

Ścieżka ukryta w bambusowych zaroślach.

Wodospad będący celem naszej podróży.
Lokalne przekąski, herbatka mrożona z miodem i Lejsy o smaku sosu z mango.


Krogulec japoński (accipiter gularis).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz