sobota, 27 grudnia 2014

Khao Sam Roi Yot - morze i góry.

Na dzisiaj (23 II 2014) mieliśmy w planach zobaczyć co oferuje park narodowy. Zdobyliśmy jakąś mapkę z atrakcjami i ruszyliśmy na ich poszukiwania. Pierwsza w planach była jaskinia Sai. Tyle, że jak zwykle trzeba było najpierw do niej dotrzeć, czyli zrobić z 8 kilometrów pieszo. Po drodze machnęliśmy kilka razy na stopa ale bez efektu, w końcu przestaliśmy machać i wtedy zatrzymało się auto. Siedziała w nim para młodych Tajów, których widzieliśmy w restauracji przy śniadaniu, wybierali się do tej samej jaskini co my i zaproponowali podwózkę. Ona nazywała się Nat, a on Aun. Obydwoje byli całkiem sympatyczni i komunikatywni po angielsku.



Przy parkingu kupiliśmy bilety wejściowe do parku narodowego za 200 bahtów na osobę (obejmujące cały park narodowy, ale chyba tylko na jeden dzień). Poza biletem można się było zaopatrzyć również w latarkę, rzecz dość przydatna biorąc pod uwagę, że jaskinia jest całkowicie nieoświetlona. My mieliśmy ze sobą czołówkę i małą latarkę na korbkę plus latarki w komórkach (całkiem mocne) więc nie było potrzeby nic wypożyczać. Mieliśmy już bilety, mieliśmy oświetlenie, zostało już tylko wyleźć do jaskini. A prowadziła do niej stroma i kamienista ścieżka biegnąca ostro pod górę, pomiędzy kaktusami. Na szczęście miałem w plecaku wysokie buty, które mi ułatwiły wspinaczkę, w sandałach to mało przyjemne chociaż możliwe. Nasi znajomi szli w japonkach, ale bardziej im przeszkadzał brak kondycji niż kamienie. Wejście do groty okazało się dość skromne, wnętrze wręcz przeciwnie.
Jaskinia nie należy do nazbyt rozległych ani skomplikowanych jednak jest warta uwagi ze względu na piękne formacje skalne i sporą ilość nietoperzy. Rosną tam sobie stalagmity, stalaktyty i stalagnaty, na ścianach pojawiają się nacieki skalne i nikt nie pilnuje więc można się naoglądać do woli i podejść tak blisko jak się chce. Liczyłem, że będą też skorpiony, ale nie udało mi się żadnego znaleźć. Po zajrzeniu w każdy zakamarek i wyczerpaniu pierwszej baterii w aparacie zebraliśmy się z powrotem do auta naszych znajomych. Kilka kilometrów drogi i dotarliśmy na start szlaku wiodącego do kolejnej jaskini noszącej nazwę Phraya Nakhon, a sławnej ze znajdującego się wewnątrz pawilonu, tutaj przed wstąpieniem na ścieżkę musieliśmy okazać poprzednie bilety, bo w końcu forsa się musi zgadzać. Do jaskini prowadzą dwie drogi, jedna to pieszy szlak przez górkę na plażę po drugiej stronie, jeśli komuś się nie chce łazić to może sobie opłynąć ją łódką, za odpowiednią opłatą oczywiście. Nasi znajomi byli na tyle zmordowani po poprzednim spacerze, że bez większego wahania wzięli bilety na łódkę, my woleliśmy spacerek. Znaczy nawet nie tyle my, co nasze portfele. Spacer się jednak opłacał, mieliśmy ze ścieżki piękny widok z góry na błękitne morze i kilka wystających z niego wysepek. Do tej pory takie krajobrazy mieliśmy tylko na zdjęciach, teraz rozciągały się przed naszymi oczami. No ale nie było co się za długo gapić, bo przecież nasi znajomi mogli już na nas już czekać po drugiej stronie. Na szczęście nie czekali, wyszli z łódki chwilkę po tym jak doszliśmy na plażę. Całkiem ładną, egzotyczną plażę, pełną egzotycznych drzew, fruwających ponad nimi egzotycznych ptaków i biegających pomiędzy nimi egzotycznych jaszczurek i w ogóle taką dość egzotyczną. Znowu rozpoczęła się wędrówka pod górę, tym razem nieco dłuższa, ale też lżejsza (chyba). Jaskinia okazała się warta ceny biletu... Wewnątrz największej sali, w świetle wpadającym przez zarwany tysiące lat temu strop stoi powstały w 1890 roku pawilon Kuha Karuhas. Pawilon został wzniesiony na cześć wizytującego jaskinię króla Chulalongkorn i to tyle ciekawostek na ten temat. Powiedzmy sobie szczerze.... Pawilon to tylko dodatek dopełniający urodę jaskini, ale na pewno nie jej główny atut. Po prostu fajnie wygląda na zdjęciach, nawet nie można do niego wejść ani nawet podejść. Zajęliśmy się więc obejściem jaskini dookoła i podziwianiem formacji skalnych, czasem przypominających dziwne stwory. Nie wszystkie stwory w jaskini były z kamienia, jeden był całkiem realny i stawonogi. Żywia znalazła pająka, którego średnica licząc odnóża wynosiła przynajmniej 15 cm, a wysokość pajęczyny koło 150 cm. Nie dość, że spory zwierzaczek to jeszcze i pracowity (Nat twierdziła, że również jadowity). Poza główną salą były też pomniejsze wnęki po bokach jaskini, jedna zaopatrzona w medytującego mnicha.
(Jaskinie robią niesamowite wrażenie swoim ogromem oraz wspaniałą grą światła wpadającego przez otwory w sklepieniach. Nastrój zmienia się tam z godziny na godzinę, a rośliny - pełnowymiarowe drzewa, wyglądają w nich jak ozdoby doniczkowe. - Ż.)


Umówiliśmy się z naszymi dobroczyńcami na spotkanie przy parkingu i wróciliśmy tą samą drogą. Nasi znajomi znowu poszli na łódkę, czekaliśmy na nich ponad pół godziny siedząc sobie w cieniu i popijając zimne napoje (bardzo przydatne w gorącym klimacie). Nat i Aun w końcu dotarli, pod samochodem przepłukali sobie nogi wodą z butelki i odwieźli nas na kemping, Tego dnia wracali do Bangkoku, zaproponowali nam, że zaczekają aż się spakujemy i podrzucą nas do głównej drogi żebyśmy mogli łatwiej złapać stopa. Bardzo to było miłe z ich strony (całe ich zachowanie było bardzo miłe i uczynne), ale mieliśmy w planach jeszcze jedną nockę nad morzem. Dzięki podwózce wróciliśmy całkiem wcześnie i był czas pójść sobie na plażę. Tym razem nie wypuszczałem lepszego aparatu z ręki mając nadzieję, że znowu pojawią się langury i zrobię im lepsze zdjęcia, niestety uznały, że nędzny ze mnie fotograf i nie będą marnować swojego czasu, aby mi pozować; nie przyszły. Aparat się jednak przydał, plaża była całkiem malownicza i było na co skierować obiektyw. Było też sporo do omijania obiektywem. Plaża była też przeraźliwie zaśmiecona. Folia, kubek, butelka, łyżka, szmata... No wszystko i to w masowych ilościach. Pojęcie czystości ma tam chyba inne znaczenie niż u nas. Bardzo to smutne, ale niestety rzeczywiste i nie sądzę, aby w najbliższym czasie mogło się coś zmienić w tej materii.


Czapla nadobna (Egretta garzetta)
Kormoran skromny (Microcarbo niger)


Rybitwa wielkodzioba (Hydroprogne caspia)
Szczudłak zwyczajny (Himantopus himantopus).

Łęczak, brodziec leśny, trawnik (Tringa glareola)



Łęczak, brodziec leśny, trawnik (Tringa glareola)



Kaktusy po drodze do jaskini występują w sporej liczebności.


Aun i Nat, nasi dobroczyńcy z Bangkoku, dzięki którym zwiedzenie parku było przyjemnością, a nie męczarnią połączoną z wielokilometrowymi marszami.
Śliczny krocionóg, którego znaleźliśmy na trasie.









W jaskini nie brakowało stalaktytów ani stalagmitów, stalagnaty też się pojawiały :)



Pomiędzy stalaktytami wiszącymi ze stropu wisiały sobie nietoperze, również w sporych ilościach.










Jeśli nie chce Ci się chodzić, to możesz zapłacić i dopłynąć w pobliże jaskini Phraya Nakhon taką oto łódeczką.
Jeśli chce Ci się chodzić to będziesz mógł podziwiać takie widoki.
Kraska orientalna(Coracias benghalensis)

Sroczek białorzytny (Copsychus malabaricus)
Sroczek zmienny (Copsychus saularis)








Trochę jak w powieści Verne'a.



Pawilon Kuha Karuhas stojący we wnętrzu jaskini Phraya Nakhon.






Niektóre formacje skalne przypominały mitologiczne stwory.

Śliczny pająk, który nie zmieściłby się na średnim talerzyku.

Trasę pieszą polecamy również fanom minerałów, możliwe, że znajdą tam coś dla siebie.

Żołna wschodnia (Merops orientalis)



Pani zbierająca małże na plaży.


Wszechobecny w Tajlandii syf i plastikowisko.















Norka kraba i piasek który z niej wyleciał.

Jeszcze więcej śmieci,,,,
I znowu skrzypłocz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz