Foum el-Oued i wrak statku nad Atlantykiem.

Saharyjskie miasto, do którego trafiłem, przebywając w Afryce, leży dość blisko Atlantyku. Na tyle blisko, że 30–40 minut w aucie wystarczy, żeby móc ujrzeć spienione fale oceanu rozbijające się o nadbrzeże. Możliwe, że czasem woda jest tam spokojna, ale chyba nie udało mi się na taką trafić. Ocean sam w sobie był dla mnie już wystarczającą zachętą, żeby ruszyć na wycieczkę, ale to, co wystaje z tego oceanu tuż przy wybrzeżu, zachęciło mnie jeszcze bardziej. Otóż, przeglądając satelitarną mapę okolicy, dostrzegłem porzucony wrak statku. Prawda, że jest to coś potencjalnie wartego obejrzenia?


Obiekt mojego zainteresowania znajduje się gdzieś pomiędzy Foum el-Oued a Marsą, ze zdecydowanym wskazaniem na to drugie. No ale miałem cały dzień na włóczęgi, więc uznałem, że auto zostawię przy pierwszej miejscowości i do porzuconego statku dostanę się pieszo. W zasadzie dałoby się podjechać praktycznie pod sam wrak, no ale wtedy ominąłby mnie spacerek plażą. Czyli była to opcja całkowicie bez sensu. Przy wyjeździe z Al Ujun zabrałem jeszcze dwie autostopowiczki i ruszyłem w drogę. Matka i córka, a przynajmniej takie pokrewieństwo podejrzewałem, nie mówiły oczywiście po angielsku i ciężko nam się było porozumieć co do celu mojej podróży. Panie chciały jechać do Marsy, a ja nie chciałem zmieniać swoich planów, więc zatrzymałem się przy rozjeździe dróg, żeby je pożegnać. Szczególnie matka wyglądała na mocno niezadowoloną, ale musiałem jakoś sobie z tym poradzić. Panie chciały mi jeszcze zapłacić za podwózkę, ale uznałem, że to nie będzie konieczne. Za cenną natomiast uznałem wiadomość, że kierowcy tutaj oczekują gratyfikacji pieniężnej za zabranie kogoś na stopa. Udało mi się znaleźć lekko zapiaszczony parking na południowych krańcach Foum el-Oued, dzięki czemu nie musiałem marnować czasu na chodzenie po mieście i od razu dostałem się na plażę. Ciekawie było spojrzeć na bezkres morza ze świadomością, że gdzieś tam przede mną są tylko wyspy Kanaryjskie, a potem już Floryda. Skupiłem się jednak na tym, co znacznie bliżej mnie, a konkretnie pod nogami. Tu pod miastem wybrzeże miało skalisty charakter, a z oceanu wystawało sporo całkiem dużych głazów.

To właśnie one na początku zwróciły moją uwagę. Nie dlatego, że były jakoś wyjątkowo urocze, ale z powodu tego, czym były pokryte. Otóż każdy ich fragment był porośnięty dziwnymi strukturami, z pewnością wytworzonymi przez jakieś zwierzęta, tylko jakie? Przypominało to trochę plastry miodu i przywodziło na myśl koralowce. Te dziwaczne struktury nie dawały mi spokoju, a sam nie bardzo potrafiłem znaleźć rozwiązanie ich tajemnicy, więc skontaktowałem się z zaprzyjaźnionym ichtiologiem, który nakierował mnie na prawdopodobnie właściwe tropy. Otóż kolonie, które miałem przyjemność obserwować, zostały stworzone przez niewielkie wieloszczety z rodziny Sabellaria, prawdopodobnie Sabellaria alveolata, po angielsku zwane Honeycomb worms, po ludzku to będzie coś w stylu plastromiodowych robaków? Jakoś tak, w końcu "honeycomb" to plaster miodu, a "worm" to robal, ale mniejsza o nazwę w dzikim języku. Te około trzycentymetrowe stworzenia budują sobie rurki, które zamieszkują. Za budulec służą im ziarenka piasku i własna wydzielina działająca jak klej. Wszystkie rurki przylegają ściśle do siebie, tworząc właśnie struktury przypominające plaster miodu. W czasie przypływu wieloszczety wystawiają na zewnątrz swoje aparaty filtrujące i wyławiają z wody drobinki pożywienia, przy odpływie chowają się w swoich domkach i czekają na kolejny przypływ. Podobno na metrze kwadratowym zasiedlonej powierzchni można się doliczyć nawet 30 tys. osobników. Wierzę tutaj naukowcom na słowo, samemu jakoś nie miałem ochoty sprawdzać tej rewelacji. Robale z ich zapałem do budowlanki mają całkiem spory potencjał rafotwórczy i potrafią tworzyć spore struktury potrafiące chronić linię brzegową przed erozją. No i niech mi ktoś powie, że wędrówki nie kształcą?

Dzięki obserwacji kolonii sabellarii wyszło mi z tego, że trafiłem nad wodę akurat w porze odpływu. Lepiej dla mnie, miałem szansę więcej zobaczyć. Niewiele dalej wieloszczety ustąpiły miejsca omułkom. Nie był to raczej omułek jadalny (Mytilus edulis), a przynajmniej takie odniosłem wrażenie z powodu wyraźnie zielonkawego odcienia muszli. Dorodne małże żyły tu sobie w sporych i bardzo gęstych koloniach, szczelnie pokrywając nadające się do zamieszkania powierzchnie. Ale nie żyły sobie tak całkiem spokojnie. Nie licząc sporych ilości mew i innego ptactwa wodnego, niepokoiły je również miejscowe dzieci. Spotkałem kilkoro takich małolatów płci obojga, którzy zbierali małże do plastikowych butelek. Chciałem się z nimi skomunikować, ale łatwe to nie było, na szczęście pojedynczymi słówkami i gestami udało mi się dowiedzieć, że te omułki są jadalne i tak właśnie zostaną spożytkowane. Nie wiem, czy sam bym się zdecydował, żeby je zebrać, ale widok tych dzieci mnie zmotywował i około 20 dorodnych sztuk wylądowało w moim kapeluszu. Kapelusz służy mi czasem jako nakrycie głowy, ale częściej używam go jak koszyka, miski, wiadra lub talerza. W każdej z tych ról sprawuje się znakomicie. Mogłem zebrać ich tam z pół tony, ale po co? Wziąłem tyle, żeby wystarczyło na solidną degustację i to wszystko. Niestety nie miałem na czym przygotować ich na miejscu. Wprawdzie zabrałem na Saharę swój palnik gazowy do nakręcania na butle turystyczne, ale... Nigdzie nie udało mi się znaleźć do niego odpowiedniej butli! Owszem, kartuszy gazowych w mieście nie brakowało, ale wszystkie były "na klik" i nijak do mojego palnika ich nie mogłem zamontować. Na miejscu nie udało mi się też znaleźć turystycznych palników pasujących do dostępnych kartuszy. To, co było rozmiarami gadżetów turystycznych, wcale, a wcale nie przypominało. Ogniska też nie dało się zorganizować. Z silnym wiatrem bym sobie nawet jakoś poradził, kłopot tylko w tym, że piasek bardzo kiepsko się pali, a żadnych patyków w zasięgu wzroku nie udało mi się znaleźć. Trudno, małże musiały poczekać, aż wrócę z nimi do mieszkania.

Niemalże zaraz po średnio udanym dialogu z dzieciakami czekał mnie kolejny dialog, ale tym razem z wojskiem. W pobliżu brzegu można znaleźć trochę budynków, nieszczególnie mnie one interesowały i nie zwracałem na nie ani uwagi, ani aparatu. Było to całkowicie niezamierzone, ale przy okazji całkiem rozsądne. Okazało się, że przynajmniej jeden z nich to koszary wojskowe. Budynek, czyli typowy dla tych okolic płaski, odrapany sześcian, był otoczony niewysokim murem i właśnie do tego muru podszedł jakiś wąsaty pan i zaczął mnie wołać. Nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi, ale uznałem, że nie mam nic na sumieniu, więc podszedłem. Z bliska okazało się, że pan ma mundur i nawet mówi po angielsku. Do Szekspira mu sporo brakowało, ale dało się go mniej więcej zrozumieć. Okazało się, że stoję przy murze koszarów wojskowych, których nie wolno mi fotografować. Wytłumaczyłem mu, że interesuje mnie tutaj tylko natura, a ich zabudowania nie stanowią obiektu moich zainteresowań. Facet wytłumaczył mi, że ani tych, ani kolejnych budynków nie wolno mi fotografować, ale mewy, wodę i piasek mogę sobie pstrykać do woli. Skoro już gadałem z kimś, kogo da się zrozumieć, to pokazałem mu też moje omułki, żeby się jeszcze raz upewnić, czy są jadalne.

Nie dość, że potwierdził, to jeszcze mi powiedział, jak je powinienem przygotować. Zazwyczaj po prostu wrzucałem takie do wrzącej wody, a po kilku minutach wyciągałem i były gotowe do spożycia. Żołnierz wyjaśnił mi, że lepiej jest je wrzucić na pustą, rozgrzaną patelnię i smażyć na małym ogniu. Małże, ginąc od gorąca, otworzą się i wypuszczą z siebie zgromadzoną w muszlach wodę i właśnie na tej wodzie należy je potem kilkanaście minut podsmażyć/obgotować? Poddać obróbce termicznej. Facet podał mi też lokalną nazwę tego specjału, ale nijak nie udało mi się jej zapamiętać. Tu jeszcze wrzucę podpowiedź dla wszystkich, którzy jeszcze nigdy nie zabierali się samodzielnie za przygotowanie omułków. Po zebraniu i oczyszczeniu muszelek od zewnątrz należy od razu odrzucić te osobniki, które są otwarte czy tam nie całkiem domknięte i nie reagują na bodźce. Jeśli widać szczelinę i małż jej nie zamyka, to znaczy, że jest trupem i raczej nie będzie smakował, a najprawdopodobniej zafunduje nam poważne kłopoty żołądkowe. Następnie należy wszystkie małże wrzucić do pojemnika z wodą. Jeśli pójdą na dno, to wszystko jest w należytym porządku, jeśli jakieś będą pływać, również należy się ich pozbyć. Omułek unoszący się na powierzchni wody to omułek martwy, którego ciało zaczęło już się rozkładać i uwalniać gazy gnilne, chyba nie muszę już dalej tłumaczyć? Oczywiście te zasady służą jedynie do rozpoznania czy wrzucamy do gara żywe osobniki, czy tez nie. U dziko zbieranych małży zawsze istnieje ryzyko obecności zanieczyszczeń, bakterii, wirusów lub toksyn z zakwitów glonowych. Bogatszy we własnoręcznie zdobyty i przetestowany w skalnej niecce prowiant ruszyłem w dalszą drogę.

Idąc tak sobie przed siebie, czułem się po prostu szczęśliwy. Wiatr mi sypał piach w oczy, ciągle nie do końca sprawna stopa trochę doskwierała na piasku i kamieniach, a ja i tak szczerzyłem się w uśmiechu i od czasu do czasu zgrzytał mi przez to piasek w zębach. Obserwowanie przyrody i w ogóle sam fakt, że ot tak kroczę sobie przez Afrykę, wprawiały mnie w nadzwyczaj dobry nastrój, przy którym wszelkie niedogodności bladły. Oczywiście bacznie przyglądałem się temu, co też może jeszcze ma mi do zaoferowania, a miało przede wszystkim przepiękne gąbki zerwane z dna silnymi prądami i wyrzucone na plażę. Udało mi się znaleźć kilka całkiem sporych i bardzo malowniczych okazów, których zwyczajnie nie miałem sumienia porzucić, więc upychałem je w plecaku. Poza gąbkami było jeszcze trochę muszli i kamienie. Ja wiem, że określenie kamień nie budzi jakiegoś wybitnego entuzjazmu, ot narzędzie do wyjaśniania sobie nieporozumień z policją lub tłumaczenia sąsiadowi, że źle zrobił zbyt długo patrząc na waszą żonę. No ale tutaj poza sprzętem wybitnie użytkowym zdarzał się też sprzęt nadzwyczaj dekoracyjny. Na przykład kilkukrotnie trafiłem na krzemień pasiasty... Do tej pory wydawało mi się, że takie cuda można znaleźć tylko w Krzemionkach Opatowskich, a tu się okazało, że wcale nie. Nawet rozbiłem jedną, nieco większą bułę, żeby sprawdzić, czy wzór warstw zachowany jest również w środku, był jak najbardziej. Oczywiście krzemienie z Polski są dużo ładniejsze, choćby dlatego, że są z Polski, ale i te były niczego sobie. Poza nimi trafiały się też całkiem ładne kawały wyszlifowanego piaskiem kwarcu (tak wiem, że piasek to też kwarc), w jednym kamyku tego typu, rozmiarów damskiej pięści, trafiła mi się nawet druza krystaliczna, niestety też już mocno przyszlifowana przez naturę, ale z nadal dość wyraźnymi kryształkami na ściankach. Takich rzeczy to ja obojętnie ominąć nie potrafię. Czasem szedłem po skałach, czasem po czystym piasku, czasem po kamieniach gęsto na tym piasku wysypanych. Trasa nie była monotonna i co chwila coś nowego przykuwało moją uwagę. Z tego powodu wcale nie długą, bo ledwo kilkukilometrową trasę do wraku statku pokonywałem w ponad trzy godziny.

W końcu dostrzegłem z oddali wrak statku, ostro odcinający się ciemnym kształtem od obmywającego go oceanu. Z każdym krokiem przybliżałem się do celu dzisiejszej podróży i rosnący w oczach, opuszczony statek coraz bardziej mnie fascynował. Jednostka, porzucona kiedyś tutaj przez handlarzy narkotyków, rdzewieje sobie, przewrócona na bakburtę. Straszy rdzą i wybitymi szybami, popadając w coraz większą ruinę, a mimo to tak bardzo pociąga. W końcu dotarłem naprzeciwko statku i zrobiłem sobie tam przerwę obiadową, czyli jakieś kanapki z topionym serkiem, uzupełnione potem lokalnymi pomarańczami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wkrótce zapoznam się z okrętem znacznie bliżej... Po przerwie obiadowej ruszyłem w drogę powrotną, zaczynał się przypływ, więc ciekawostek do oglądania miałem mniej, mimo to nigdzie się nie śpieszyłem, idąc sobie boso po mokrym piasku. Spotykałem teraz więcej ptactwa i głównie ono przyciągało moją uwagę. Kilka gatunków widziałem po raz pierwszy, więc tym bardziej ich widok mnie cieszył. Przy parkingu pomogłem jeszcze jakiejś rodzinie wypchać auto z piasku i już mogłem wracać do domu, w końcu miałem w plecaku małże, które tylko czekały na kontakt z patelnią.




















































































































Komentarze