Na farmie wiatrowej, czyli Sahara z bliska. Część I

Czasem los się do mnie uśmiecha i zsyła mi pracę w ciekawych miejscach. Jednym z nich był oczywiście park turbin wiatrowych na pograniczu Maroka i Sahary Zachodniej. Pracowałem w Maroku, mieszkałem w Al Ujun, czyli stolicy Sahary Zachodniej. Oczywiście niemalże każdy Marokańczyk stwierdzi, że Sahara Zachodnia to Sahara Marokańska i należała się im od zawsze tak jak ich prorokowi dziewięciolatka, ale rdzenni (tak mniej więcej) mieszkańcy Sahary mają tutaj inne zdanie, przynajmniej jeśli chodzi o przynależność państwową ich ziemi, w tym drugim są całkowicie zgodni. Cóż z tego, skoro powoli stają się mniejszością we własnej stolicy, a genialny prezydent USA z blond grzywką przyklepał okupację ich kraju?

No ale nie kwestie polityczne na tym terenie mnie najbardziej interesowały, a jak zwykle natura. Zdarzało mi się mieć przestoje choćby z powodu wiatru, więc wykorzystywałem ten czas na odkrywanie tajemnic kamienistej pustyni. Głównie taka się tu znajduje, piaszczystych wydm też trochę było i do nich też zawitałem, ale dominującym składnikiem krajobrazu był mniej więcej płaski teren pokryty luźno rozrzuconymi kamieniami. I tak po horyzont. Spędziłem tam sześć tygodni i niemal codziennie miałem ze sobą aparat fotograficzny, choć nie codziennie z niego korzystałem. Mimo to zebrała mi się całkiem pokaźna kolekcja zdjęć, którymi warto się podzielić ze światem.

Dzień pracy zaczynaliśmy codziennie rano jeszcze przed wschodem słońca. Niemiłosiernie wtedy marzłem. Jeśli komuś Sahara kojarzy się z upałem, to pewnie słusznie, ale nie o tej porze dnia ani roku. Potem robiło się już znośniej, ale temperatura w ciągu dnia nie przekraczała dwudziestu pięciu stopni. Styczeń nawet tam jest chłodny. Czas, którego nie spędzałem na linach lub pracy dołowego, starałem się wykorzystać na poznawaniu pustyni. Niby to pustkowie, gdzie nic nie ma, mnie jednak fascynował każdy detal dookoła. Teren na farmie wiatraków nie był jednolity. W niektórych miejscach było płasko i kamieniście, gdzie indziej pojawiały się piaszczyste wydmy lub piętrzyły się niewielkie skały. Gdzieniegdzie było niemalże martwo, gdzie indziej bujnie rosły rachityczne krzaczki lub kaktusy, czy raczej rośliny kaktusopodobne. W miejscach z większą ilością skałek zrozumiałem, co tak naprawdę oznacza określenie „zwietrzała skała”. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie, ale zdarzały się skały, które dosłownie rozpadały mi się w rękach z powodu wietrzenia i erozji. Tyle razy czytałem o czymś takim w książkach podróżniczych, ale dopiero zobaczenie ich na własne oczy i dotknięcie własną dłonią uświadomiło mi, z czym tak naprawdę mam do czynienia. 

Skały na Saharze (przynajmniej tam, gdzie przebywałem) to nie tylko zwykłe kamulce, ale również skamieniałości w nich ukryte. W okolicach parku wiatrowego, na którym pracowałem, pojawiały się niestety sporadycznie i chyba nie znalazłem nic naprawdę interesującego, ale w bliższej lub dalszej okolicy znajdowały się przeróżne ciekawostki. Z tego właśnie powodu zaopatrzyłem się na miejscu w młotek i dłuto. Trochę musiałem połazić po Al Ujun, żeby znaleźć to, czego potrzebowałem, ale potem wrzuciłem je do auta i jeździły ze mną na każdą wycieczkę, często się przydawały. Najstraszniejsze dla mnie było to, że miałem niewielki limit bagażu, w dodatku wypełniony sprzętem biwakowym i tym podobnymi gadżetami, więc nie mogłem zabrać ze sobą do Polski choćby ćwierci skamieniałości czy minerałów, które zabrać bym chciał. Waga i objętość na to nie pozwalały. Naprawdę ciężko opisać, jak krwawiło mi serce, kiedy musiałem decydować, co ze sobą zabrać, a co zostaje.

Kiedy nie szukałem skamieniałości, to szukałem lokalnego życia, choć tak naprawdę to prowadziłem te działania symultanicznie. Moim ulubionym zajęciem było polowanie na skorpiony. Skoro pojechałem na pustynię, to koniecznie chciałem je zobaczyć, tyle że te urocze zwierzątka nieszczególnie przepadają za światłem dziennym i relatywnym chłodem. Bardzo nie kwapiły się do wychodzenia na zewnątrz za dnia, zresztą nocą też ich spacerów nie zaobserwowałem. Trzeba było jakoś znaleźć ich siedliska. Odwracałem więc kamienie w nadziei, że spotkam pod nimi najsławniejszych mieszkańców pustyni. No i spotykałem. W większości przypadków trafiałem albo na pustkę, albo na jakieś drobne bezkręgowce, ale czasami zdarzał się upragniony skorpion. Najczęściej trafiały mi się niewielkie, bo najwyżej kilkucentymetrowe, żółte bestie wyglądające jak Androctonus australis. Znaczy, podejrzewam, że to był ten gatunek, bo brak mi jakiegokolwiek wykształcenia, żeby określić go na pewno. Siedziały sobie zwinięte, czekając cierpliwie na odpowiedni czas, żeby zapolować, a ja brutalnie przerywałem ich sjestę. Oczywiście nie wyciągałem do nich palców, jeśli je niepokoiłem, to tylko przy użyciu noża lub jakiegoś patyka. Powód jest dość oczywisty: moje śliczne stawonogi potrafią być śmiertelnie jadowite.

 Ich jad jest silnie neurotoksyczny i może zrobić duże bubu człowiekowi. Szczególnie dzieci, osoby o podupadłym zdrowiu i starsze mogą po dawce jadu dorobić się poważnych kłopotów. Użądlenie powoduje intensywny ból, zaburzenia pracy układu nerwowego, drętwienie i skurcze mięśni, przyspieszone tętno, nadmierne pocenie się i ślinotok, a w ciężkich przypadkach również problemy z oddychaniem. Czyli nic, na co miałbym ochotę się narażać. Oczywiście przypadki śmierci są w ich wypadku dość sporadyczne, ale jakoś nie miałem ochoty sprawdzać, czy wylosuję w tej loterii główną nagrodę. Muszę tu dodać, że wszystkie były bardzo nieagresywne. Ich pięciosegmentowe ogony, zakończone pięknym kolcem jadowym, miały zazwyczaj zwinięte i położone płasko za sobą, w dodatku wcale, a wcale nie chciały ich używać. Kilka razy udało mi się je sprowokować do uniesienia swej broni w gotowości do ataku, ale ani razu nie zadały ciosu. Inaczej mówiąc, trzeba się bardzo postarać, żeby popełnić przy pomocy takiego skorpiona samobójstwo. Metasoma, bo tak w terminologii naukowej określa się to, co w terminologii nienaukowej nazywamy ogonem skorpiona, jest dość smukła i długa. Na jej końcu znajduje się telson, czyli struktura zawierająca gruczoł jadowy, z którego wystaje strzykawka w postaci zakrzywionego kolca jadowego zwanego aculeusem. Skorpion przytrzymuje swoją ofiarę smukłymi szczypcami i w razie potrzeby zadaje jej szybki cios ogonem, wprowadzając do jej ciała toksynę.

 Znacznie rzadziej, bo tylko dwukrotnie, udało mi się znaleźć jego bliskiego kuzyna wyglądającego jak Androctonus mauritanicus. Ten czarny, również niewielki pajęczak wygląda bardzo podobnie do swojego żółtego kuzyna. Różni się przede wszystkim kolorem i grubszą metasomą. Jest natomiast bardzo porównywalnie jadowity. W ogóle to najczęściej używanym parametrem opisującym toksyczność jadu danego stwora jest LD50 (z niepolskiego Lethal Dose 50%). Jest to dawka jadu, która jest w stanie uśmiercić połowę zwierzaków przeznaczonych do badania w warunkach laboratoryjnych. Wyraża się ją w miligramach jadu na kilogram masy testera jadu. Oczywiście, im niższa wartość, tym jad skuteczniejszy. Tak więc dla Androctonus australis LD50 to około 0,32 mg/kg, a dla Androctonus mauritanicus około 0,31 mg/kg. Obydwa gatunki, dzięki sile swojego jadu, znajdują się w ścisłej czołówce najbardziej jadowitych skorpionów świata. Niestety moje oznaczenia gatunkowe to tylko przypuszczenia. Potrzebowałbym mikroskopu i znacznie solidniejszej wiedzy, żeby określić ich przynależność gatunkową „na pewno”. Choć i to by mogło nie wystarczyć. Obcowanie z tymi zwierzakami w ich naturalnych siedliskach było dla mnie niezwykle satysfakcjonujące. Po raz kolejny w życiu miałem na wyciągnięcie ręki zwierzęta, które kiedyś poznawałem jedynie z filmów i książek przyrodniczych. Nawet nie podejrzewałem wtedy, że kiedyś będę oglądał je na żywo.


































































































Komentarze