piątek, 27 stycznia 2017

Aiguille de Varan - wyprawa niemalże na szczyt.

Po co spać jak można zwiedzać? Właśnie taka myśl towarzyszyła mi podczas pakowania plecaka w sobotni wieczór. Za sobą miałem sześć dni pracy, a przed sobą perspektywę pobudki o 4.30 i całodniowego marszu po górach. Oczywiste chyba, że się już tego marszu nie mogłem doczekać? Nie jestem do końca pewien czy motywowało mnie pragnienie przeżycia kolejnej przygody, czy może głębiej zakamuflowany masochizm, niemniej byłem mocno uradowany, że w końcu się wyrwę w góry.

Tak więc wczesnym rankiem 11 grudnia 2016 roku zagrzmiał budzik zrywając mnie i współlokatora ze snu. Stoczyłem się jakoś na parter, w zasadzie to lunatykując zaparzyłem herbatę do termosu i około piątej rano wytoczyłem się na zewnątrz. Miałem zamiar dotrzeć znowu do Chalets de Varan, a następnie zastanowić się co dalej. Marsz rozpocząłem ciemną nocą, posiłkując się czołówką na kapeluszu. Zacząłem wspinać się poznanym już szlakiem w kierunku  Le Parchet. Ta część drogi w żaden sposób interesująca nie była, uprzyjemniała mi ją jedynie pohukująca z oddali sowa. Dość szybko znalazłem się przy parkingu, od którego zaczynał się już prawdziwy szlak (znaczy taki, który nie biegnie między podwórkami). Ten fragment trasy również dane mi było przebyć w objęciach nocy. Gdzieś w połowie drogi do schroniska zaczęło się powoli rozjaśniać, zdecydowanie przyspieszyłem wtedy kroku. Rzut oka na masyw Mont Blanc znajdujący się po drugiej stronie doliny uświadomił mi, że zapowiada się całkiem interesujący wschód słońca i warto by go obejrzeć z jak najbardziej dogodnego punktu. Ten najbardziej dogodny znajdował się oczywiście przy schronisku, udało mi się tam dotrzeć we właściwym czasie. Niebo płonące żółcią i czerwienią ponad poszarpanymi szczytami Alp obserwowałem sobie to z ławki sącząc przy tym gorącą herbatę zagryzaną serdelkiem i czekoladą. Istna uczta dla oka i żołądka.


Nieco przed dotarciem na szczyt miałem jeszcze pogawędkę z lokalnym myśliwym. Facet ubrany w pomarańczową kurtkę moro zaczął coś do mnie gadać w swoim, śmiesznym języku. Grzecznie zapytałem:

- Du ju spik inglisz?

W odpowiedzi usłyszałem

- Inglisz? Ofkors.

I dalej zaczął do mnie gadać po francusku... 
Z 10 słówek w tym języku rozumiem i mam już niejakie doświadczenie w pojmowaniu mowy gestów. Wyszło mi, że w okolicy ma być polowanie i powinienem założyć na siebie coś jaskrawego, żeby mnie ta banda kretynów z sarną nie pomyliła. Przynajmniej tak odebrałem wskazywanie paluchem na sztucer i okolicę, a następnie na swoją jaskrawą kurtkę. No chyba, że chciał żebym ubrał się w coś jaskrawego, bo inaczej trudniej im będzie na mnie zapolować? Kto wie? Ciężko wyczuć tok rozumowania narodu, który sobie zafundował taką rzeź jak Rewolucja Francuska i się jeszcze z tego cieszy. 

Skoro już dotarłem tam gdzie dotrzeć zamierzałem, to teraz trzeba się było zastanowić co dalej. Moja mocno odbiegająca od ideału mapa pokazywała mi jedynie szlak biegnący dookoła masywu, na który się właśnie wspinałem, mnie interesowało wejście na jakiś szczyt, tyle, że nie wiedziałem od której strony się za to zabrać. Postanowiłem więc najpierw przedrzeć się przez szlak, na którym musiałem ostatnim razem zawrócić. Tym razem nie było tam już śladu po śniegu, ale nadal było ślisko i nadal ledwo dało się iść. W miarę szybko i bezpiecznie pokonałem trawersem strome zbocze i zagłębiłem się w lesie. Szlak, który już przedtem był ledwo widoczny, pomiędzy drzewami znikł całkowicie. Dobra... On na pewno gdzieś tu jest, albo poniżej mnie, albo powyżej, w końcu go znajdę. No i znalazłem, tak po godzinie przedzierania się przez krzaki, skakania z kamyka na kamyk po głazowiskach i rzucania obraźliwych inwektyw na temat twórców szlaku i ich matek. Docelowo okazało się, że ścieżka, którą oddaliłem się od schroniska wcale szlakiem nie była, nie wiem tylko po jaką cholerę była oznaczona tabliczką ze strzałką... Prawidłowy szlak odbijał nieco poniżej schroniska i do niego w końcu dotarłem.


Dość interesująca i na szczęście krótka przygoda poza szlakiem nie popsuła mi nastroju, pogodę miałem piękną, wciąż masę czasu i sporo chęci do dalszej drogi. Po szlaku maszerowało mi się już raźniej, zdążałem w kierunku schroniska Chalets de Plate licząc, że gdzieś przy nim trafi mi się informacja o szlaku biegnącym w kierunku szczytów. Gdzieś po drodze spostrzegłem tabliczkę z napisem "Déco Frioland", nie miałem i nadal nie mam pojęcia cóż to znaczy, po prostu zaciekawiło mnie, że tabliczka wskazuje na odbicie ze ścieżki i to biegnące w interesującym mnie kierunku. Czemu by nie sprawdzić? Trasa, którą teraz wybrałem szła w zasadzie równolegle w stosunku do poprzedniej, tylko sporo wyżej. Cofałem się w kierunku Chalets de Varan, a raczej w kierunku szczytu Aiguille de Varan wznoszącego się ponad schroniskiem, czyli szedłem tam gdzie od samego początku chciałem dotrzeć. Szlak dotarł mi dokładnie ponad schronisko i z tego punktu zaczął się piąć już stromo ku górze. Śniegu na razie było niewiele, więc całkiem sprawnie mi szła wspinaczka, przynajmniej do momentu, w którym dojrzałem jakiś kłąb futra przemieszczający się na kopytkach. Z początku (i z daleka) myślałem, że trafiłem na kozice górskie w bledszej formie kolorystycznej. No ale jakieś dziwnie masywne te kozice, takie wypasione mocno, na zimę się tak tłuszczem obłożyły czy co? Im bliżej podchodziłem tym mniej mi one kozice przypominały, ostatecznie wątpliwości rozwiał mi rzut oka na kawałek łąki jakieś 100 metrów na lewo, tam siedziało jeszcze kilka futrzaków, ale już nie do pomylenia z kozicami. W końcu żadna kozica nie może się chyba pochwalić grubo ponad półmetrowej długości rogami sięgającymi połowy pleców? Trafiłem oto na koziorożce alpejskie (Capra ibex) i fakt ten napełnił mnie niesamowitą radością, już teraz zerwanie się nad ranem zostało mi w pełni wynagrodzone, a jeszcze nawet nie było południa! Jak już zobaczyłem, to jeszcze uwiecznić by wypadało, nawet nie zauważyłem kiedy szlak mi spod nóg uskoczył i zaczął wiać w przeciwnym niż koziorożce kierunku. Jakoś nie noszę ze sobą teleobiektywu, aparatu do którego mógłbym teleobiektyw podpiąć też nie noszę, zresztą nie posiadam ani jednego, ani drugiego. Moja cyfrówka ma całkiem fajne powiększenie, ale i tak wypada podejść jak najbliżej, żeby jakieś sensowne zdjęcie ustrzelić, więc podchodziłem. Okazało się, że koziorożce do specjalnie lękliwych nie należą, więc podchodziłem i podchodziłem... Łącznie na zbliżanie się do rogatych stworów i robienie im zdjęć z 40 minut strawiłem, potem tylko trzeba było z powrotem na szlak wrócić. Jakoś wtedy dopiero zobaczyłem jak mam ślisko pod nogami i jak tu stromo. Wcześniej nie miałem czasu zajmować sobie głowy takimi drobiazgami. Tak ogólnie to koziorożców naliczyłem łącznie ponad 20 sztuk rozproszonych w kilku grupkach, w jednej trzymały się dorosłe obdarzone dorodnym porożem samce, w innej grupce widziałem mamy z maluchami, kolejna grupowała zdaje się lokalną młodzież. Widok był po prostu piękny, doceniłem go tym bardziej gdy uświadomiłem sobie, że patrzę na gatunek, który jeszcze w XIX wieku był na granicy zagłady. Dzięki głupocie myśliwych i sk....twu kłusowników żyło wtedy na wolności nie więcej niż 100 osobników. Dziś po Alpach skika sobie już ponad 30 tyś. przedstawicieli tego gatunku i zdaje się, że ich przyszłość rysuje się w raczej jasnych barwach.


Zostawiłem za sobą lokalną faunę i przepełniony radością piąłem się dalej w kierunku przełęczy i wzywającego mnie szczytu, co mogłoby mi zepsuć tak cudowny dzień? Niby środek grudnia, a śniegu mało co, słoneczko świeci, wręcz ciepło, zwierzaki na szlaku, w ogóle jest jakiś szlak, no sama radość. Moje rozmyślania przerwał nagle wrzask jakiegoś kretyna... Gościa ledwo dało się dostrzec w oddali, no dosłownie punkcik na horyzoncie, a darł japę tak głośno, że byłem w stanie rozróżnić poszczególne słowa. Jeszcze, żeby mu się coś stało, nie wiem, nogę skręcił, kolano potłukł, ale nie, na pogawędki przez telefon mu się krzykiem zebrało! Wrrrr... żarząca się we mnie iskierka mizantropii wybuchła nagle płomieniem równie jasnym co wysokim. Jeszcze, żeby mu się raz wyrwało, ale nie, z 15 minut ryja piłował. Zacząłem już poważnie się zastanawiać jak się zabrać do spuszczenia lawiny kamieni na głowę jemu i jego koledze, kiedy w końcu zapadła cisza. Odetchnąłem z nieskrywaną ulgą, zerknąłem jeszcze przez ramię jak nadmiar decybeli zniosły koziorożce, ale już nie było po nich śladu. Cóż, jedni idą w góry, żeby mieć kontakt z naturą, inni, żeby pogadać przez telefon.

Dalszy marsz powoli mnie wyciszył, dotarłem w końcu na przełęcz pod Aiguille de Varan. Tu już było śnieżnie, w dodatku śnieg od spodu był sypki, a z góry przymarznięty. Szkoda tylko, że niedostatecznie, jeśli szło się po czyichś śladach to było znośnie, ale każda próba postawienia nogi w innym miejscu kończyła się załamaniem śniegu i wpakowaniem się po kolano, po udo lub po pachwinę w zaspę. Cudowne uczucie, zwłaszcza kiedy za każdym razem śnieg wsypuje się do buta (tak, miałem na sobie nieodpowiednie obuwie, a to dlatego, że nie dysponowałem innym). No ale nic, przecież takie drobne przeciwności losu mnie nie powstrzymają, brnąłem więc dalej usiłując w plątaninie ludzkich i zwierzęcych tropów wybrać jakąś sensowną trasę, która doprowadzi mnie jak najwyżej przy jak najmniejszej ilości wpadek w zaspy. Nie sądzę, żeby udało mi się osiągnąć w tym względzie optimum, ale jakoś w końcu mi się udało dotrzeć na skraj skały, z której mogłem już bezpośrednio szarpnąć się na zdobycie szczytu, spojrzeć sobie na panoramę Francji rozciągającą się po drugiej stronie masywu i zerknąć sobie w kilkusetmetrową, praktycznie pionową przepaść, którą miałem krok od siebie.


Naprawdę fajnie tam było, tradycyjnie zapchałem sobie kawał karty pamięci w aparacie zdjęciami widoczków i zacząłem przymierzać się do ostatniego etapu wyprawy. Tutaj już skończyły się żarty, miałem przed sobą trasę w dość głębokim śniegu biegnącą po mocno pochylonym zboczu kończącym się stromą skarpą. Ergo, jeśli się pośliznę to nie będzie czego zbierać. Dość oczywiste, że w tej sytuacji przedsięwziąłem wszystkie środki ostrożności jakimi dysponowałem, żeby się nie pośliznąć. Moje naprawiane trytytkami raki zagościły na obuwiu, w prawym ręku mocno ścisnąłem czekan, w lewym kostur i ostrożnie zacząłem podążać ścieżką wydeptaną przez jakiegoś maniaka, który zamiast siedzieć w domu, żeby się mamusia nie martwiła, uznał, że chce czegoś od życia. Tak swoją drogą to miło z jego strony, że mi ten szlak przedeptał, bo sam bym nie miał pojęcia którędy podejść. Spora ekspozycja i świadomość, że jak się zacznę ślizgać to będę miał bardzo niewiele czasu na hamowanie sprawiły, że szedłem wspomagany sporą ilością adrenaliny. W zasadzie to nie pamiętam kiedy ostatnim razem mi się coś takiego zdarzyło, zdaje się, że na ferratach w Szwajcarii dłuuugie lata temu (jak się idzie po ferracie bez uprzęży to emocje są murowane), a i to w znacznie mniejszym stopniu. Ciężko powiedzieć, żeby mi się to nie podobało, znaczy mógłbym, ale łgać nie wypada. Jakoś mi nagle całe zmęczenie zniknęło, a przedzieranie się przez zaspy straciło nagle na znaczeniu i przestałem zauważać ten wysiłek. Liczyło się tylko bezpieczne postawienie kolejnego kroku. Warunki mi sprzyjały, śnieg był całkowicie stabilny więc i moja wędrówka jakoś nadzwyczaj niebezpieczna nie była, no ale to tak obiektywnie rzecz ujmując. Subiektywnie to ja byłem wtedy alpinista-wyczynowiec we własnym mniemaniu. Moja ścieżka doprowadziła mnie w końcu do skalnej ściany i ziejącej w niej szczeliny. Całkiem ciasno to wyglądało więc przykołkowany czekanem do śniegu plecak zostawiłem na zewnątrz, a do środka wśliznąłem się już tylko zbrojny w aparat. Szczelina miała kilka metrów wysokości, a z jej szczytu zwisał sobie spokojnie kawałek liny wspinaczkowej ozdobiony kilkoma supłami, a ja naiwnie myślałem, że ta najciekawszą część trasy już przeszedłem. Najpierw było łatwo, trzeba było tylko zrzucić raki i wspiąć się kawałek wewnątrz szczeliny. Banalne. Przestałem się uśmiechać jak już pokonałem ten fragment. Stałem oto na niewielkiej, bardzo niewielkiej półce skalnej, z jednej strony miałem jakieś 3 metry lekko oblodzonej skały ozdobionej kawałkiem liny, z drugiej przestrzeń, bardzo dużo przestrzeni...

- Szarpnąć się na wyjście czy sobie odpuścić?
- Niewiele tego lodu na ścianie, z pomocą liny spokojnie się wespnę.
- Ciekawe tylko, czy tak samo łatwo zejdę?
- Ekspozycja jest duża, do tego warunki zimowe, lepiej sobie odpuścić.
- Nawet nie spróbować???

Na tym skończyły się moje wewnętrzne rozważania z resztkami instynktu samozachowawczego, zawinąłem dwukrotnie linę wokół lewej ręki i ruszyłem do góry. jak to zazwyczaj w takich sytuacjach, strach ma wielkie oczy. Okazało się, że bez większych kłopotów wdrapałem się na skarpę powyżej, rozejrzałem się, oceniłem sytuację i powolnym ruchem schyliłem się ponownie do liny. Stałem własnie na kilkumetrowej, pochyłej i pokrytej śniegiem półce skalnej mając luźne kamienie pod stopami, reszta skały pokryta była śniegiem. Moje raki zostały na dnie szczeliny razem z resztą gratów, a mój zapał do dalszej wspinaczki jakoś stopniał. Pewnie bym dał radę iść dalej, pewnie bym nawet ten szczyt zdobył, ale perspektywa schodzenia napełniła mnie delikatnie rzecz ujmując niechęcią do tej idei. Po prostu zdawałem sobie sprawę, że schodzenie zamiast powiedzmy 15-20 minut mogłoby mi zająć tak ze 3 sekundy. Z dość niejasnych dla mnie przyczyn, nie miałem ochoty na taki rozwój wypadków. Zostało mi nie więcej niż 50 metrów wzwyż, żeby zdobyć szczyt, tak niewiele... Pełen niedosytu rzuciłem jeszcze tęsknym wzrokiem na ostatni fragment trasy i zabrałem się za złażenie do szczeliny. Wcześniejsze obawy o schodzenie po linie również okazały się bezpodstawne. Oblodzone fragmenty minąłem bokiem i po chwili byłem już przy plecaku. Z ciężkim sercem rozpocząłem odwrót. Bezpiecznie dostałem się nad wzmiankowaną powyżej przepaść i tu zrobiłem sobie w końcu przerwę śniadaniowo-obiadową. Jakoś wcześniej nie miałem czasu, żeby się porządnie pożywić.


Nie byłem tam sam, poza mną dotarły jeszcze dwie pary, na początku myślałem, że tez będą próbowali szarpnąć się na zdobywanie szczytu, oni mieli jednak inne plany. Odpoczęli trochę i zaczęli zakładać znane mi tylko z filmów skafandry. Pewnie każdy je widział, takie z błoną lotną pomiędzy rękami i nogami. Człowiek wygląda w tym jak lotopałanka bez ogona i mniej więcej tak samo się może przemieszczać. No to zapowiadało mi się niezłe widowisko, oczywiście podszedłem do nich żeby zagadać i zapytać czy mogę ich sfotografować. Oczywiście nie mieli nic przeciwko, a co najważniejsze, rozumieli co do nich mówię. Grupa składała się z Kanadyjczyka i trojga Francuzów, do tego jedna z pań jak się szybko okazało miała matkę Polkę, więc dało się z nią całkiem sprawnie rozmawiać w ojczystym języku. Nie dość, że mówiła po ludzku to jeszcze miała łowickie wzorki na telefonie, wystarczyło, żebym ją polubił. Grupa w pełni się już przebrała, amatorzy adrenaliny posprawdzali sobie nawzajem wszystkie zapięcia i zaczęli zbierać się do skoku. Pierwsze zdecydowały się na to panie, stanęły na skarpie, a następnie jedna po drugiej wybiły się w powietrze i zaczęły z zawrotną prędkością spadać w dół urwiska, by po chwili rozłożyć kończyny i pomknąć lotem ślizgowym ponad zalesionymi wzgórzami. Trzeba mieć sporo odwagi, i zapewne niewiele mniej umiejętności, żeby się na taki skok porwać. Dziewczynom widocznie nie brakowało ani jednego, ani drugiego. Po kilku minutach na to samo zdecydowali się mężczyźni, jeszcze przed skokiem Kanadyjczyk podszedł na czworaka na skraj urwiska, żeby się dokładnie przyjrzeć temu co go czeka. Sposób w jaki podchodził sugerował, że gość się boi wysokości, jakoś mi to nie współgrało z jego pasją. Po chwili panowie podążyli trasą pań, a ja zostałem sobie na górze myśląc, że moja ekstremalna wyprawa po śniegu i skałach tak naprawdę o ekstremum to się nawet nie otarła.

































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz