niedziela, 21 maja 2017

Psi Gulasz (18+ !!! Niepełnoletni i wegetarianie nie powinni tu zaglądać).

Zmęczeni wędrówką i arakiem siedzieliśmy sobie spokojnie w pokoju omawiając wydarzenia dnia minionego i planując szybki sen. Trochę się nie udało. Jakoś przez ścianę usłyszałem odgłosy bębnów gdzieś z wioski. Zaintrygowałem się dość mocno, no coś się dzieje, może coś ciekawego? Zostawić to samemu sobie i iść lulu? Nie.... Zebrałem się szybko i pomknąłem nocą ku źródłu niezwykłego dźwięku. 


Na początku nie bardzo mogłem zlokalizować skąd dochodzi bębnienie ze względu na jego przerywany charakter. W końcu zbliżyłem się do właściwej lokalizacji, bębny znowu zagrały nie dalej niż 100 metrów ode mnie, a ja prawie się po drodze wpakowałem w ognisko, kiedy na nie spojrzałem to mnie trochę zatkało. Oto w ogniu leżał sobie jakiś martwy piesek z gardłem rozpłatanym maczetą i powoli pozbywał się sierści. Takich rzeczy nie widuje się codziennie. Jako jednostka z jednej strony kulturalna, a z drugiej nie mająca żadnej ochoty do psa dołączyć, grzecznie zapytałem co się dzieje i czy mogę sfotografować. Miejscowi zajmujący się właśnie przygotowywaniem tej dość osobliwej kolacji nie mieli nic przeciwko, a nawet grzecznie i chętnie wyjaśnili, że dzisiaj są urodziny w wiosce, facet kończy 35 lat i z tej okazji będzie gulasz z burka. To jeszcze grzecznie zapytałem (maczeta w ręku mojego rozmówcy zawsze sprawia, że jestem przynajmniej o ton bardziej uprzejmy) czy mogę żonę przyprowadzić, bo też by chciała zobaczyć, dostałem odpowiedź twierdzącą i biegiem puściłem się po Żywię. Jakoś tak pomyślałem, że będzie zainteresowana. Trochę się zdziwiła kiedy wpadłem do mieszkania i kazałem jej się zbierać, wystarczyło kilka słów wyjaśnienia, żeby ponaglenia stały się zbędne. Może po 10 minutach byliśmy już przy ognisku. Okazało się, że głównym oprawiającym jest pan sprzedawca, z którym jeszcze niedawno spożywaliśmy arak jego produkcji, jaka ta Indonezja mała... Może dlatego bez żadnych oporów pozwolono nam zostać i obserwować? Mniejsza z tym, ważne, że zaproszono nas do towarzystwa i zapewniono iż nie przeszkadzamy. W tym czasie piesek przybrał już brunatną barwę i został kilka razy w ognisku obrócony. Gdy opalił się dostatecznie mocno został wyciągnięty z ogniska i dokładnie oskrobany maczetą z resztek futra. 


Teraz przyszła kolej na poćwiartowanie kolacji. Na ziemi pojawiły się liście bananowca, żeby mięcha piaskiem nie upaprać, a piesek pod bardzo sprawnymi ciosami maczety zaczął rozpadać się na mniejsze fragmenty. (W tym momencie pojawiły się przy ognisku szczenięta, zwabione zapachem krwi i zaczęły krążyć w nadziei na jakiś kąsek. Było to tak makabryczne, że musiałam zapalić papierosa. Na co dzień nie palę, ale czasem w skrajnych sytuacjach skoncentrowanie się na chwilę na czynności palenia, pomaga mi ochłonąć. Na szczęście w Indonezji palą już czterolatki, więc o papierosa nie było trudno- Żywia) Wszystkie wnętrzności wylądowały na liściach, serce wątroba i tym podobne zostały pocięte na drobne kawałki i wylądowały w mniejszym garnku. Kiszki zostały dokładnie przepłukane i nawinięte na kratkę do przysmażenia nad ogniskiem. Reszta Burka została porąbana razem z kośćmi i wylądowała w większym garze, co bardzo ciekawe, nie zmarnowało się niemal nic. Praktycznie każdy fragment okazał się być jadalny. na ziemi wylądowały jedynie opuszki z łap, końcówka ogona i kawałki żuchwy z kłami. (Jeszcze męskość Burka poleciała w ciemność poza światło ogniska, gdzie natychmiast rozległy się dźwięki kotłowaniny i mlaskania, jakieś zwierzątka gospodarskie dostały kolację - Żywia) Gary wylądowały na ogniu, flaczki zaczęły skwierczeć na kratce, a biesiadnicy zabrali się za przygotowywanie sosu do mięsa rozgniatając potrzebne do niego składniki kamiennym tłuczkiem na kamiennej misie. W końcu była chwila, żeby się zorientować o co chodzi z tymi bębnami. Okazało się, że kawałek dalej trwają pokazy dla turystów, jakieś panie z wioski prezentowały przyjezdnym lokalne tańce za odpowiednią opłatą. Kilkadziesiąt metrów od nas grupa turystów gapiła się w zachwycie na szopkę dla pieniędzy, a my niewiele dalej podglądaliśmy kawałek prawdziwej i w pełni realnej egzotyki. A nawet mieliśmy okazję jej skosztować. Miejscowi okazali się na tyle mili, że zaprosili nas na kolację. Ja byłem tą perspektywą szczerze zachwycony, po zielonkawym odcieniu twarzy Żywii uznałem, że ona mniej. Cóż... Pewne okazje trafiają się raz w życiu i grzechem by było z nich nie skorzystać. Zasiedliśmy więc wraz z solenizantem, jego przyjaciółmi i rodziną do wspólnego stołu i podjęliśmy się konsumpcji. Tutaj by wypadało napisać jak smakuje pies, niestety nie bardzo umiem odpowiedzieć na to pytanie, sos do niego był tak ostry, że praktycznie nie czułem smaku mięsa. Natomiast wiem na pewno, że kundel był twardy i łykowaty. Nigdy nie przepadałem za psami, zawsze uważałem, że są głupie, służalcze i śmierdzą (poza tym mają kretyńskie mundury), potem zostałem listonoszem i potwierdziłem swoje przekonania. Teraz, siedząc sobie przy stole gdzieś na antypodach i żując kawałek lokalnego Burka doszedłem do wniosku, że nie lubię psów na wszystkich płaszczyznach z kulinarną włącznie. Żywia jakoś niezbyt chętnie po poczęstunek sięgała, ale i ona się przemogła. (Jeśli chodzi o moje wrażenia smakowe, to w myślach dziękowałam za taką ilość chilli w marynacie, bo dzięki temu nie czułam zbyt mocno smaku, mięso poza tym, że faktycznie twarde i gumiaste, zalatywało jakimś takim piżmem, trochę kozłem, pewnie z racji wieku psiny. Jednak najbardziej przerażało mnie to, że będę musiała skosztować potrawki z podrobów, a nie jem nawet wątróbki drobiowej w domu, a co dopiero z psa! Zatem nakładałam porcyjki żeby każdy widział, że się poczęstowałam, a potem żułam i żułam i żułam i niby ocierając usta serwetką, wypluwałam pod krzesło...) Przy stole postanowiliśmy nieco dopytać o lokalne zwyczaje kulinarne, z odpowiedzi wyszło nam, że pies jest tutaj daniem okazjonalnym. Nie jestem pewien czy specjalnie na 35 urodziny trafia taki do gara czy jest daniem urodzinowym ogólnie. Niemniej nie każdy Burek ma szansę na taki zaszczyt. Psy tutaj w zasadzie nie mają jednego właściciela biegają sobie po wiosce i są dobrem wspólnym. Jeśli jakiś jest miły i przyjazny to raczej są małe szanse, żeby mu ktoś przejechał maczetą po gardle, jeśli natomiast jest wredny i nie umie się zachować to jego szanse na śmierć ze starości gwałtownie maleją. Odśpiewaliśmy jeszcze solenizantowi "100 lat" po polsku i pora się było zbierać. Dzięki mojej ciekawości, (jednej z rozlicznych zalet jakimi mnie los obdarował, a których jedynie przez wybujałą skromność nie uwypuklam) udało nam się przeżyć coś conajmniej niezwykłego. Takie historie czytuje się w książkach doświadczonych podróżników lub słyszy od znajomych "że ich znajomy poznał kogoś kto..." ale nigdy bym nie przypuszczał, że sam na własnej skórze i podniebieniu doświadczę takiej przygody. Tak, to wspomnienie zostanie ze mną na bardzo długo.









Żywia z kurzą kupą na kolanie. Jak się okazało na drzewie nad nami nocowały wioskowe kury.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz